Dokładnie tego się spodziewałem. Historii nie wybitnej ale dobrego umilacza czasu. Miłego dla oka i trochę cierpiącego na scenariusz, który po prostu mógłby być lepszy. Nie jest bo każdy może mieć gorsze dni, nawet Jeph Loeb i Tim Sale. Nie jest bo może, najzwyczajniej na świecie, jego twórcy lepiej czują się śmigając po Gotham niż po Londynie. Możliwe również, że twórcom zabrakło miejsca na rozwinięcie fabularnych skrzydeł, bo Marvel zawsze dość restrykcyjnie podchodził do długości serii. Jak jakiś tytuł sprzedawał się gorzej to zaraz schodził ze sceny. Pokonany. Gdziekolwiek jednak nie leżałaby prawda uczciwie należy przyznać, że historia "Wolverine/Gambit: Ofiary" nie jest tak dobra jak "Długie Halloween".
Jak bardzo niniejszy komiks odstaje od swojego młodszego brata? Odpowiem dyplomatycznie: troszeczkę. Oczywiście, ktoś napisze, że owe 'troszeczkę' to spore niedopowiedzenie ale ta londyńska przygoda naszych 'mutków dziwolągów’' - jak nazywa Gambita jeden z bobby'ch - naprawdę mi się podobała. Jak już pisałem: nie jest to historia przełomowa, ma swoje wady ale nie jest tak, że ten komiks nie ma również dobrych momentów. Powiedziałbym nawet, że jak na komiks dość mocno powiązany z serią podstawową ma ich całkiem sporo.
Punktem wyjścia do historii o nieporozumieniu między kolegami z drużyny jest seria morderstw, których ofiarami są kobiety i które to morderstwa mają miejsce w Londynie. W Londynie iście hitchcockowskim, mglistym i niespokojnym. Co prawda Tim Sale nie oprowadza nas ulicami miasta - za co dostaje ode mnie minusa bo bardzo chciałbym dostać Londyn taki jaki jest widoczny chociażby w filmie "Lokator" z 1927 roku, byłoby nastrojowo - ale przynajmniej umie oddać jego duszą atmosferę. Arenę działań słynnego Kuby Rozpruwacza, którego krwawa legenda również zostaje wspomniana.
W ogóle początek historii to najmocniejszy jej etap. Jest w nim miejsce na wszystko. Na odwołanie się do maniaka z nożem, na słówko słabościach Remy'ego - w takiej kreacji Gambit mógłbym doskonale odnaleźć się w chandlerowskiej konwencji - na iście sherlockowe robienie głupców z londyńskiej policji oraz na Rosomaka przyznającego się do luk w pamięci. Wszystkie elementy są 'po coś' i robią grunt pod główny wątek. Wątek, który powinien być poprowadzony lepiej.
Historia "Ofiary" cierpi na prostą przypadłość a przynajmniej wydaje mi się, że wiem o co chodzi. Patrząc na to co dostajemy w pozostałych trzech zeszytach jestem bardziej niż pewien, że jak Jeph Loeb układał fabularne klocki podszedł do niego któryś z redaktorów naczelnych i powiedział coś w stylu: za dużo kombinujesz. Pamiętaj, że dzisiaj nikt nie ma ochoty czytać o facetach siedzących w barach nad kielichem - Ed Brubaker nie przyznałby temu komuś racji - tylko każdy woli oglądać laski w lateksie. Wiem, brzmi to lekko seksistowsko ale ta historia czasami wygląda tak jakby Tim Sale chciał doścignąć Jima Lee.
Jak takie działania wpływają na fabułę? Traci ona impet i klimat. Coś co w moim oczach zapowiadało się na ciekawy quasi kryminał idzie w stronę sztampowych przepychanek między Dobrymi i Złymi. Niby w drużynie Dobrych relacje nie są tak przyjazne jak dawniej - w końcu dwaj wielcy macho muszą sobie coś wyjaśnić - ale nie są też przesadnie dramatyczne. Trochę na siebie warczą i tyle. Z kolei Złole są tak samo śmieszni i mało przekonujący w swoim jestestwie jak zawsze. Czy mam problem z tym, że tak to właśnie wygląda? Absolutnie, nie. Lubię takie proste popierdółki. Dobrze sprawdzają się jako czasoumilacze i naturalnie dobrze się sprzedają, co w jednym z wywiadów przyznał sam Tim Sale.
Co do szczegółów fabuły to nie będę Wam ich zdradzał. Przypomnę jedynie, że całe zamieszanie zaczyna się od serii morderstw, których ofiarami się londyńskie kobiety. Ktoś jest podejrzany, ktoś inny bawi się w detektywa i tak się ta historia toczy. Swoim własnym tempem. Czasami przyspiesza a czasami stoi w miejscu tak długo, aż każdy z bohaterów wyjaśni czytelnikom dlaczego jest sam i jak upiornie skomplikowane prowadzi życie. Nie, ich monologi nie dostarczają niczego nowego. I jednego i drugiego bohatera w podobnych, melancholijnych nastrojach, już widywaliśmy.
Pierwszy album nowej serii od Mucha Comics - "Kroniki X-Men" - oceniam pozytywnie. Choć niniejsza historia jest raczej z grupy opowieści drugoligowych nie żałuję czasu poświęconego na lekturę. Cztery zeszyty, kilka naprawdę ciekawych scen, jedna sentymentalna retrospekcja i szpony Wolverina, na które zawsze miło popatrzeć. Jestem zadowolony. Właściwie jak myślę o tym komiksie to żałuję tylko jednego: że jego tytuł nie brzmi "Gambit/Wolverine. Ofiary". Uważam, że to Cajun, Remy LeBeau, gra w tej historii pierwsze skrzypce.
-----------------------------------------------------
#001-#004 "Wolverine/Gambit. Victims" vol 1 [07-10/1995]
napisał: Jeph Loeb
narysował: Tim Sale
pokolorował: Gregory Wright
Komiks otrzymałem od Mucha Comics (08/2026)




