CRIMINAL - 6 - Noże


Przyznam Wam się do czegoś. Bardzo często gdy biorę do ręki nowy komiks autorstwa Eda Brubakera i Seana Phillipsa mam malutkiego fanowskiego stresa. Nie zrozumcie mnie źle. Z jednej strony jestem podekscytowany, przebieram nóżkami aby natychmiast zacząć czytać, z drugiej myślę sobie 'kolejny kryminał, znowu bohaterowie doświadczeni przez życie, te same problemy, podoba ilość krwi'. Zastanawiam się czy kiedyś nie dojdzie do takiego momentu, kiedy odłożę jakiś nowy tytuł ich autorstwa i będę czuł, że tym razem nie była to historia z gatunku must have. Że fabułę zabija mocna wtórność, schematyczność i brak pomysłu na zakończenie. Nie oszukuję się. Taki dzień w końcu nadejdzie. Dla niektórych czytelników już nadszedł. Sam biłem się z myślami pisząc o "Domach potępionych" i powiem Wam, że skończywszy czytać "Noże" również się zastanawiałem co napisać.

Zakładam, że każdy kto czytał "Criminal" ma pewne wyobrażenie tego jak mogą wyglądać nowe historie z tego mini uniwersum. Jeżeli nie to wyobraźcie sobie amerykańskie miasto, które ciężko nazwać odpowiednim miejscem do życia, gdzie wypadki chodzą po ludziach a jeżeli nadepniesz komuś niewłaściwemu na odcisk to możesz mieć większe problemy niż eksmisja z powodu zaległego czynszu. W sumie nawet nie chodzi oto, że nocą lepiej samemu nie spacerować po ulicach tego miasta. Wiecie, że obstawa w pewnych miejscach jest konieczna powinien wiedzieć każdy, nie tylko bohaterowie tej serii.

W zasadzie dla Eda Brubakera problemem nie jest nawet samo miasto i czytając "Noże" czuć to bardzo wyraźnie. Pod tym względem "Noże" to wypisz wymaluj wcześniejsze tomy serii. Jak zawsze obecny w tych komiksach pesymistyczny komentarz Brubakera dotyka wielu, jeżeli nie wszystkich, aspektów życia w Stanach. Służba zdrowia, problem z comiesięcznymi opłatami rosnącymi stale i szybko, tendencja do zawierania umów 'na gębę', bogatsi nie mający skrupułów w postępowaniu ze słabszymi, karierowicze robiący wszystko aby awansować i tak dalej i tak dalej. Takie aspekty codziennego życia mieszkańców wspomnianego miasta Brubaker jak zawsze punktuje mocno, precyzyjnie a przy tym nie oszczędza nikogo.

NIEŚMIERTELNY IRON FIST - 3 - Historia Żelaznej Pięści


Trzeci album "Nieśmiertelnego Iron Fista" nie idzie torem wcześniejszych tomów tej serii. W zasadzie zmienia się w nim wszystko. Strona wizualna, szkielet fabularny, sposób opowiadania historii a nawet rozkład sił jeśli chodzi o panów scenarzystów. Czy to dobrze? Skończywszy czytać "Siedem stolic nieba" zastanawiałem się nad dalszym ciągiem opowieści - finał poprzedniego tomu sugerował jednoznacznie, że magiczna ekipa nie powiedziała ostatniego słowa - ale zupełnie nie spodziewałem się, że "Historia Żelaznej Pięści" będzie przerywnikiem. Albumem dzięki któremu złapiemy oddech oraz spojrzymy na postać Iron Fista z całkiem innej perspektywy. Nie spodziewałem ale ostatecznie cieszę się, że tak to właśnie zostało rozegrane. Ten komiksowy półobrót z wyskoku był konieczny.

Dlaczego? Drugi tom oceniłem dobrze. Miał on swoje problemy - i te problemy punktowało wiele osób - ale ja osobiście nie narzekałem. Sztampowość fabularną rekompensowała mi intryga i powiązane z nią retrospekcje, które krok po kroku wyjaśniały dlaczego doszło do zamieszania opisanego w "Siedmiu stolicach nieba". Czy mogło być lepiej? Naturalnie. Jak ktoś pokusiłby się o wycięcie owych przebitek z przeszłości to cała historia sprowadzałaby się do bardzo prostej bitki pod tytułem 'Dobrzy kontra Źli' a takich akcji widzieliśmy o wiele za dużo. Dla niektórych czytelników owa prostota mogła być - i była - denerwująca i zakładam, że ja również trafiłbym do grupy niezadowolonych, gdyby kolejny tom serii szedł tą samą drogą. Tak się jednak nie stało.

Mój przyjaciel Kim Dzong Un


Po lekturze "Czekania" i "Trawy" stało się dla mnie zupełnie jasne, że jak ktoś lubi takie combo jak 'historia w komiksie' a zwłaszcza interesuje go historia nieustannego - jak celnie zauważa tłumacz - konfliktu obu Korei, tudzież ciekawi go historia Dalekiego Wschodu w ujęciu pełniejszym, to nie wypada przejść mu obojętnie obok tytułów autorstwa Keun Suk Gendry Kim. Po przeczytaniu komiksu "Mój przyjaciel Kim Dzong Un" zdania nie zmieniam.

Czego należy oczekiwać sięgając po ten tytuł? Naturalnie, nie akademickiego i historycznego wykładu sensu stricto. To powinno być jasne dla każdego, kto zna twórczość autorki. Dla Gendry-Sun opowiadanie o historii Korei albo, jak w tym przypadku, pisanie o obecnym północnokoreańskim przywódcy to punkt wyjścia do zrobienia... kroku w tył. Do cofnięcia się w czasie i stopniowego budowania przed czytelnikami coraz pełniejszego obrazu o obu Koreach. O ich obywatelach, o ich czworonożnych pupilach, o trudnościach wynikających z wieloletniego rozłamu, o różnicach kulturowych a także o tym jak ów rozłam wpływał na samą autorkę.

I jeszcze raz powtórzę: kiedy Gendry-Kim rozpoczyna 'wykład' nie robi tego w sposób nachalny, czysto akademicki. Nie zarzuca czytelnika faktograficznymi danymi, nie jest nauczycielem zmuszanym iść zgodnie z założeniami programu nauczania. Przeciwnie. Mimo, że temat należy do grupy tych bardzo poważnych - wystarczy spojrzeć na minę pana na okładce - autorka podchodzi do niego z dystansem a nawet z humorem.

STAR WARS - Szelmy, Rebelia i Imperium


Pamiętam jakby to było dosłownie wczoraj. Jest druga połowa lat dziewięćdziesiątych, wchodzę do biblioteki publicznej, podchodzę do regału z fantastyką - zdominowanego wówczas przez Amber i cykle typu 'Wielkie serie SF' albo 'patrzcie jakie ekstra horrory drukujemy' - a tam "Opowieści z kantyny Mos Eisley", zbiór krótkich historii o różnych wydarzeniach mających miejsce jeszcze przed narodzinami Luke'a. Chyba. Nie pamiętam szczegółów fabuły ale klnę się na Moc, że wówczas ten tytuł bardzo mi podszedł. Ot, parę historyjek budujących dobre tło dla głównej osi fabularnej. Chyba. Jak pisałem: fabuła tych tekstów to dzisiaj dla mnie zagadka.

Dlaczego wspominam tytuł, o którym pewnie mało kto pamięta? Cóż, tamte historie może i nie były najlepiej napisane ale moim zdaniem zrobiły dla lucasowego uniwersum niesamowicie ważną rzecz. Pokazały - nie wiem czy nie po raz pierwszy w takiej ilości - że Gwiezdne Wojny to nie tylko pierwszoligowi gracze, wielkie nadzieje i jeszcze większe gwiezdne niszczyciele. Gwiezdne Wojny to również ci, na których przeważnie nie zwracamy uwagi. Chyba że jesteśmy chłopakami z Konglomeratu Podcastowego. Oni wiedzą i widzą wiele 😉

ASTERIKS - 27 - Syn Asteriksa


Czy można pomylić bobasa z warchlakiem? Jak Obeliks wyobraża sobie pracę bocianów? Do czego silne niemowlę może wykorzystywać wioskową krowę? Ile rzymskich warowni ulokowano wokół wioski mężnych, nieugiętych Galów? Co łączy Obeliksa z tytułowym dzieckiem? I najważniejsze: kim jest dziecko niespodzianka? 🤨

Powiem Wam, że dawno nie czytałem tak dziwnego oraz chwilami absurdalnego Asteriksa. Co kierowało panem Albertem Uderzo - po raz kolejny to właśnie on odpowiada i za scenariusz i za rysunki - kiedy postanowił podrzucić dziecko parze słynnych Galów? Dlaczego tym razem to dziecko jest źródłem niepokojów w wiosce Galów a nie kolejny szpieg czy mąciwoda wysłana przez wielkiego Cezara? Cóż, odpowiedź jest prosta i bardzo wtórna: zmieniają się czasy, więc i rodzą się nowe wyzwania przed naszymi bohaterami. Kropka.

Wiem, brzmi to zabawnie ale tak właśnie jest. Jak czytamy w materiałach dodatkowych - ich lekturę polecam zawsze bo to złoto warte każdej Waszej minuty - Francja lat osiemdziesiątych to kolejna społeczno-obyczajowa zawierucha. Podejrzewam, że w owym czasie zmieniło się wiele ale tym przykuło uwagę pana Uderzo były coraz częstsze zmiany w tradycyjnym modelu rodziny. Co wówczas staje się modne? Otóż wstawcie sobie, że mniej więcej wtedy pojawiła się moda - określenie może niezbyt trafne i grzeczne ale dla uproszczania wystarczy - aby brzdącami zajmowały się nie tylko kobiety ale i panowie. Tatusiowie, opiekunowie, dziadkowie, zwał jak zwał. I niniejsza historia to właśnie wyobrażenie pana Alberta Uderzo owej zmiany.