Po "Ludzkiej maszynie", historii nie biorącej jeńców, przyszedł czas na Dylana lżejszego, ładnie bawiącego się weirdem i tymi wszystkimi wątkami horrorowymi, których nie trzeba nikomu zbyt szczegółowo tłumaczyć. Takie przygody pana Doga również są potrzebne. Lekkie, śmieszne i bez zbędnego skrępowania przemycające nawiązania do kultowych już tytułów.
"Miasteczko Ramblyn" jest takim właśnie komiksem. Na dzień dobry dowiadujemy się, że Dylan Dog jest obiektem westchnień nastolatki. Prawdopodobnie nie jedynej - śmiem twierdzić, że 'detektyw mroku', w dodatku taki wyglądający jak Rupert Everett, ma ich wiele - ale pan scenarzysta skupia się na tej jednej, konkretnej. Katinka Jones wysyła do niego listy, załącza w nich zdjecia rodzinnego domu, także samej rodziny i generalnie robi wszystko aby Dylan w nią uwierzył. Już na starcie czujemy, że to bardzo ważne.
Dodatkowo z owych listów dowiadujemy się, że panna Jones mieszka w najnudniejszej miejscowość w całej Walii, to jest właśnie w tytułowym Ramblyn. W miejscu gdzie rzeczywiście nic się nie dzieje poza tym, że od czasu do czasu - w ostatnich dwóch latach częściej niż rzadziej - znikają nastolatki. I to właśnie owe dziwne dziwy a także artykuł o nich w gazecie sprawiają, że Dylan Dog porzuca domowe pielesze i niczym Sherlock Holmes wyrusza na wieś aby osobiście przekonać się o co tyle szumu.












