Wolverine vs. Beast part II, czyli ciąg dalszy historii pod tytułem 'Bestia oszalał i bawi się dyktatora z piekła rodem'. Tak w wielkim skrócie można podsumować zebrane w tym tomie zeszyty bo tak to dokładnie wygląda. Nasz niebieski koleżka - dr Hank McCoy, do tej pory ostoja spokoju oraz moralności - tym razem idzie na całość i dążąc do celu nie bierze jeńców. Jaki cel nim kieruje?
Dobro mutantów? Bezpieczeństwo Krakoi? W opinii Bestii jest on jedyną trzeźwo myślącą osobą w aspekcie świetlanej przyszłości homo superior. Postrzega siebie w kategoriach lidera biorącego na barki odpowiedzialność za los mutantów a każdego nie wpisującego się w jego widełki 'przydatności' zamierza ukarać. Oczywiście na pierwszy ogień idą wrogowie systemu - historia uczy, że taka kolej rzeczy to wręcz naturalny porządek świata - ci najbardziej krnąbrni i stanowiący zagrożenie. Czy mowa o kimś konkretnym?
W moim odczuciu 'nie' i jest to najcięższy grzech tego tomu. Jak Benjamina Percy'ego zazwyczaj chwalę tak tym razem jestem lekko rozczarowany jego fabularnym polotem. Nie dlatego, że w pięciu zeszytach nie dzieje się nic wyjątkowo intererującego tylko dlatego, że coś co zapowiadało się na fajną, wielowątkową, intrygę sprowadzone zostało finalnie do schematu 'My kontra Oni' a właściwie On.












