NIEŚMIERTELNY IRON FIST - 3 - Historia Żelaznej Pięści


Trzeci album "Nieśmiertelnego Iron Fista" nie idzie torem wcześniejszych tomów tej serii. W zasadzie zmienia się w nim wszystko. Strona wizualna, szkielet fabularny, sposób opowiadania historii a nawet rozkład sił jeśli chodzi o panów scenarzystów. Czy to dobrze? Skończywszy czytać "Siedem stolic nieba" zastanawiałem się nad dalszym ciągiem opowieści - finał poprzedniego tomu sugerował jednoznacznie, że magiczna ekipa nie powiedziała ostatniego słowa - ale zupełnie nie spodziewałem się, że "Historia Żelaznej Pięści" będzie przerywnikiem. Albumem dzięki któremu złapiemy oddech oraz spojrzymy na postać Iron Fista z całkiem innej perspektywy. Nie spodziewałem ale ostatecznie cieszę się, że tak to właśnie zostało rozegrane. Ten komiksowy półobrót z wyskoku był konieczny.

Dlaczego? Drugi tom oceniłem dobrze. Miał on swoje problemy - i te problemy punktowało wiele osób - ale ja osobiście nie narzekałem. Sztampowość fabularną rekompensowała mi intryga i powiązane z nią retrospekcje, które krok po kroku wyjaśniały dlaczego doszło do zamieszania opisanego w "Siedmiu stolicach nieba". Czy mogło być lepiej? Naturalnie. Jak ktoś pokusiłby się o wycięcie owych przebitek z przeszłości to cała historia sprowadzałaby się do bardzo prostej bitki pod tytułem 'Dobrzy kontra Źli' a takich akcji widzieliśmy o wiele za dużo. Dla niektórych czytelników owa prostota mogła być - i była - denerwująca i zakładam, że ja również trafiłbym do grupy niezadowolonych, gdyby kolejny tom serii szedł tą samą drogą. Tak się jednak nie stało.

Mój przyjaciel Kim Dzong Un


Po lekturze "Czekania" i "Trawy" stało się dla mnie zupełnie jasne, że jak ktoś lubi takie combo jak 'historia w komiksie' a zwłaszcza interesuje go historia nieustannego - jak celnie zauważa tłumacz - konfliktu obu Korei, tudzież ciekawi go historia Dalekiego Wschodu w ujęciu pełniejszym, to nie wypada przejść mu obojętnie obok tytułów autorstwa Keun Suk Gendry Kim. Po przeczytaniu komiksu "Mój przyjaciel Kim Dzong Un" zdania nie zmieniam.

Czego należy oczekiwać sięgając po ten tytuł? Naturalnie, nie akademickiego i historycznego wykładu sensu stricto. To powinno być jasne dla każdego, kto zna twórczość autorki. Dla Gendry-Sun opowiadanie o historii Korei albo, jak w tym przypadku, pisanie o obecnym północnokoreańskim przywódcy to punkt wyjścia do zrobienia... kroku w tył. Do cofnięcia się w czasie i stopniowego budowania przed czytelnikami coraz pełniejszego obrazu o obu Koreach. O ich obywatelach, o ich czworonożnych pupilach, o trudnościach wynikających z wieloletniego rozłamu, o różnicach kulturowych a także o tym jak ów rozłam wpływał na samą autorkę.

I jeszcze raz powtórzę: kiedy Gendry-Kim rozpoczyna 'wykład' nie robi tego w sposób nachalny, czysto akademicki. Nie zarzuca czytelnika faktograficznymi danymi, nie jest nauczycielem zmuszanym iść zgodnie z założeniami programu nauczania. Przeciwnie. Mimo, że temat należy do grupy tych bardzo poważnych - wystarczy spojrzeć na minę pana na okładce - autorka podchodzi do niego z dystansem a nawet z humorem.

STAR WARS - Szelmy, Rebelia i Imperium


Pamiętam jakby to było dosłownie wczoraj. Jest druga połowa lat dziewięćdziesiątych, wchodzę do biblioteki publicznej, podchodzę do regału z fantastyką - zdominowanego wówczas przez Amber i cykle typu 'Wielkie serie SF' albo 'patrzcie jakie ekstra horrory drukujemy' - a tam "Opowieści z kantyny Mos Eisley", zbiór krótkich historii o różnych wydarzeniach mających miejsce jeszcze przed narodzinami Luke'a. Chyba. Nie pamiętam szczegółów fabuły ale klnę się na Moc, że wówczas ten tytuł bardzo mi podszedł. Ot, parę historyjek budujących dobre tło dla głównej osi fabularnej. Chyba. Jak pisałem: fabuła tych tekstów to dzisiaj dla mnie zagadka.

Dlaczego wspominam tytuł, o którym pewnie mało kto pamięta? Cóż, tamte historie może i nie były najlepiej napisane ale moim zdaniem zrobiły dla lucasowego uniwersum niesamowicie ważną rzecz. Pokazały - nie wiem czy nie po raz pierwszy w takiej ilości - że Gwiezdne Wojny to nie tylko pierwszoligowi gracze, wielkie nadzieje i jeszcze większe gwiezdne niszczyciele. Gwiezdne Wojny to również ci, na których przeważnie nie zwracamy uwagi. Chyba że jesteśmy chłopakami z Konglomeratu Podcastowego. Oni wiedzą i widzą wiele 😉

ASTERIKS - 27 - Syn Asteriksa


Czy można pomylić bobasa z warchlakiem? Jak Obeliks wyobraża sobie pracę bocianów? Do czego silne niemowlę może wykorzystywać wioskową krowę? Ile rzymskich warowni ulokowano wokół wioski mężnych, nieugiętych Galów? Co łączy Obeliksa z tytułowym dzieckiem? I najważniejsze: kim jest dziecko niespodzianka? 🤨

Powiem Wam, że dawno nie czytałem tak dziwnego oraz chwilami absurdalnego Asteriksa. Co kierowało panem Albertem Uderzo - po raz kolejny to właśnie on odpowiada i za scenariusz i za rysunki - kiedy postanowił podrzucić dziecko parze słynnych Galów? Dlaczego tym razem to dziecko jest źródłem niepokojów w wiosce Galów a nie kolejny szpieg czy mąciwoda wysłana przez wielkiego Cezara? Cóż, odpowiedź jest prosta i bardzo wtórna: zmieniają się czasy, więc i rodzą się nowe wyzwania przed naszymi bohaterami. Kropka.

Wiem, brzmi to zabawnie ale tak właśnie jest. Jak czytamy w materiałach dodatkowych - ich lekturę polecam zawsze bo to złoto warte każdej Waszej minuty - Francja lat osiemdziesiątych to kolejna społeczno-obyczajowa zawierucha. Podejrzewam, że w owym czasie zmieniło się wiele ale tym przykuło uwagę pana Uderzo były coraz częstsze zmiany w tradycyjnym modelu rodziny. Co wówczas staje się modne? Otóż wstawcie sobie, że mniej więcej wtedy pojawiła się moda - określenie może niezbyt trafne i grzeczne ale dla uproszczania wystarczy - aby brzdącami zajmowały się nie tylko kobiety ale i panowie. Tatusiowie, opiekunowie, dziadkowie, zwał jak zwał. I niniejsza historia to właśnie wyobrażenie pana Alberta Uderzo owej zmiany.

BATMAN - Detective Comics - 1 - Ojcowskie miłosierdzie


Też tak macie, że z optymizmem patrzycie na nowiutkie historie z Batmanem wydawane w seriach regularnych? A może już dawno postawiliście krzyżyk na bajkach z Gackiem wychodząc z prostego założenia, że nie są warte Waszego zainteresowania bo i tak koniec końców otrzymacie coś mocno wtórnego, przekombinowanego, jedynie udającego historię poważną? Nadal jesteście Bat-Team czy niekoniecznie? Pytam, bo coraz częściej słyszę, że superhero story ciągnie na oparach co dla mnie osobiście nie jest czymś fajnym, zwłaszcza gdy mowa o Gotham i jego rycerzu.

Lubię Batmana. Szczególnie wtedy jak choć troszeczkę scenarzysta zmusza go do bycia detektywem. Kiedy aktualny problem wymaga zastanowienia, przeprowadzenia nawet quasi śledztwa, po prostu czegoś więcej niż łamania kolejnych kolan - uwaga: nie ukrywam, że dobrze narysowany Batman boksujący jest miły dla oka - i kiedy zagrożony jest nie tyle Batman co osoby postronne. To lubię i to mniej więcej dostałem w historii "Ojcowskie miłosierdzie".

W niniejszym komiksie Tom Taylor i Mikel Janín konfrontują Batmana z nowym zagrożeniem ale tym razem to nie Gacek jest celem. Nie Gacek i nikt z jego najbliższego otoczenia. Przynajmniej na tym etapie historii. To plus komiksu. Nie żebym jakoś mocno cierpiał po "Gothamskim Nokturnie" ale pod koniec poprzedniego eventu momentami czułem leciutkie zmęczenie tym, że cała zadyma zmierzała do udupienia Batmana i jego alter ego. Tym razem wydaje się, że jest inaczej. Gdzieś w cieniu tytułowej historii dostajemy zapowiedź większej dramy - 'Gotham najwyraźniej toczy zaraza. W przeszłości paliliśmy takie miasta', mówi koleś wyglądający trochę jak Wesley Snipes - ale na szczęście to nie ona zajmuje główną przestrzeń fabularną.