Dokładnie tego się spodziewałem. Historii nie wybitnej ale dobrego umilacza czasu. Miłego dla oka i trochę cierpiącego na scenariusz, który po prostu mógłby być lepszy. Nie jest bo każdy może mieć gorsze dni, nawet Jeph Loeb i Tim Sale. Nie jest bo może, najzwyczajniej na świecie, jego twórcy lepiej czują się śmigając po Gotham niż po Londynie. Możliwe również, że twórcom zabrakło miejsca na rozwinięcie fabularnych skrzydeł, bo Marvel zawsze dość restrykcyjnie podchodził do długości serii. Jak jakiś tytuł sprzedawał się gorzej to zaraz schodził ze sceny. Pokonany. Gdziekolwiek jednak nie leżałaby prawda uczciwie należy przyznać, że historia "Wolverine/Gambit: Ofiary" nie jest tak dobra jak "Długie Halloween".
Jak bardzo niniejszy komiks odstaje od swojego młodszego brata? Odpowiem dyplomatycznie: troszeczkę. Oczywiście, ktoś napisze, że owe 'troszeczkę' to spore niedopowiedzenie ale ta londyńska przygoda naszych 'mutków dziwolągów’' - jak nazywa Gambita jeden z bobby'ch - naprawdę mi się podobała. Jak już pisałem: nie jest to historia przełomowa, ma swoje wady ale nie jest tak, że ten komiks nie ma również dobrych momentów. Powiedziałbym nawet, że jak na komiks dość mocno powiązany z serią podstawową ma ich całkiem sporo.












