Jak bardzo może być interesująca historia o wielkim magicznym turnieju, niesłychanie ważnym dla losów Ziemi? Czy dostając taki konstrukt fabularny można w ogóle nie myśleć o Raidenie, Liu Kangu i pozostałych herosach z dość popularnego uniwersum fantasy? Czy w imię dawnej fascynacji wiadomą grą można przymykać oczy na schematyczność pewnych rozwiązań? W mojej opinii nie można. Nie da się czytać "Siedem stolic nieba" bez wykrzykiwania w myślach 'fatality' za każdym raz gdy ktoś zadaje ten jeden, decydujący cios. Nie da i owa niemoc nie jest bynajmniej czymś na plus.
Skończywszy czytać "Opowieść ostatniego Iron Fista" dałem panom scenarzystom kredyt zaufania. Podobał mi się wypracowany przez nich vibe kryminalny oraz kolorystyka Matta Hollingswortha - jak zawsze będącego w dobrej formie - jemu towarzysząca. Ed Brubaker i Matt Fraction zaintrygowali postacią ściganego ale opanowanego Orsona Randalla - 'Rozumiem po chińsku, chłopcy' 😁 - i ogólnie byłem zadowolony, że pojawiła się Hydra, gdyż ta organizacja przeważnie sprawdza się tak w roli villaina zbiorowego przez duże V jak i zwykłych łotrów gotowych na łomot.
W historii "Siedem stolic nieba" - za każdym razem jak widzę ten tytuł myślę o "Siedmiu miastach Ciboli" Carla Barksa 🤷♂️ - nadal czuć, że panowie scenarzyści mają pomysł na ciekawą historię ale jednocześnie ta sama historia wydaje się mniej pociągająca niż jej poprzedniczka. Dzieje się w niej dużo, tego scenarzystom nie można odmówić. Wątków dostajemy naprawdę sporo a dwa z nich śledzimy wręcz z wypiekami na twarzy, co mi osobiście zdarza się dość rzadko w historiach Marvel Comics. Gdzie zatem pojawia się problem? Nie wiem ale jako całość coś zaczyna zgrzytać.












