Napisałem kiedyś, że nie ma serii trzymającej równy poziom od pierwszego do ostatniego zeszytu. Zdania nie zmieniam ale wszem i wobec stwierdzam, że "Moon Knight" Jeda MacKaya jest blisko obalenia mojego twierdzenia. Bardzo też możliwe, że to jedna z najlepszych serii od Marvela z ostatnich lat. Mówię oczywiście o seriach regularnych, nie one-shotach czy mini seriach mocno odautorskich. Dlaczego mam o tym runie tak dobre zdanie?
Otóż, Jed MacKay zrobił coś, czego w komiksach Marvela nie widziałem od dłuższego czasu. Wziął bohatera biegającego w rajtuzach i pokazał, że historia z udziałem takiego gościa nie musi sprowadzać się do przysłowiowej mowy trawy, paplania bez sensu - paplania niepotrzebnie ubarwianego kosmiczną mitologią uniwersum - ale może być to opowieść konkretna, osadzona w przyziemnych ramach, rozwiązująca problem z tu i teraz a nie rzucająca hasłami typu 'jak tego nie powstrzymamy to wszechświat wyparuje'. Że może to być po prostu opowieść o kimś kto chce coś zmienić. Coś wokół siebie, co miałoby znaczenie tu i teraz, dla ludzi których zna i spotyka a nie od razu dla całego świata.
Upraszczając: Moon Knighta Jeda MacKaya można nazwać bohaterem z sąsiedztwa. Czy przez to jego przygody tracą rozmach?












