BATMAN - Detective Comics - 1 - Ojcowskie miłosierdzie


Też tak macie, że z optymizmem patrzycie na nowiutkie historie z Batmanem wydawane w seriach regularnych? A może już dawno postawiliście krzyżyk na bajkach z Gackiem wychodząc z prostego założenia, że nie są warte Waszego zainteresowania bo i tak koniec końców otrzymacie coś mocno wtórnego, przekombinowanego, jedynie udającego historię poważną? Nadal jesteście Bat-Team czy niekoniecznie? Pytam, bo coraz częściej słyszę, że superhero story ciągnie na oparach co dla mnie osobiście nie jest czymś fajnym, zwłaszcza gdy mowa o Gotham i jego rycerzu.

Lubię Batmana. Szczególnie wtedy jak choć troszeczkę scenarzysta zmusza go do bycia detektywem. Kiedy aktualny problem wymaga zastanowienia, przeprowadzenia nawet quasi śledztwa, po prostu czegoś więcej niż łamania kolejnych kolan - uwaga: nie ukrywam, że dobrze narysowany Batman boksujący jest miły dla oka - i kiedy zagrożony jest nie tyle Batman co osoby postronne. To lubię i to mniej więcej dostałem w historii "Ojcowskie miłosierdzie".

W niniejszym komiksie Tom Taylor i Mikel Janín konfrontują Batmana z nowym zagrożeniem ale tym razem to nie Gacek jest celem. Nie Gacek i nikt z jego najbliższego otoczenia. Przynajmniej na tym etapie historii. To plus komiksu. Nie żebym jakoś mocno cierpiał po "Gothamskim Nokturnie" ale pod koniec poprzedniego eventu momentami czułem leciutkie zmęczenie tym, że cała zadyma zmierzała do udupienia Batmana i jego alter ego. Tym razem wydaje się, że jest inaczej. Gdzieś w cieniu tytułowej historii dostajemy zapowiedź większej dramy - 'Gotham najwyraźniej toczy zaraza. W przeszłości paliliśmy takie miasta', mówi koleś wyglądający trochę jak Wesley Snipes - ale na szczęście to nie ona zajmuje główną przestrzeń fabularną.

KRONIKI X-MEN - 1 - Wolverine/Gambit. Ofiary


Dokładnie tego się spodziewałem. Historii nie wybitnej ale dobrego umilacza czasu. Miłego dla oka i trochę cierpiącego na scenariusz, który po prostu mógłby być lepszy. Nie jest bo każdy może mieć gorsze dni, nawet Jeph Loeb i Tim Sale. Nie jest bo może, najzwyczajniej na świecie, jego twórcy lepiej czują się śmigając po Gotham niż po Londynie. Możliwe również, że twórcom zabrakło miejsca na rozwinięcie fabularnych skrzydeł, bo Marvel zawsze dość restrykcyjnie podchodził do długości serii. Jak jakiś tytuł sprzedawał się gorzej to zaraz schodził ze sceny. Pokonany. Gdziekolwiek jednak nie leżałaby prawda uczciwie należy przyznać, że historia "Wolverine/Gambit: Ofiary" nie jest tak dobra jak "Długie Halloween".

Jak bardzo niniejszy komiks odstaje od swojego młodszego brata? Odpowiem dyplomatycznie: troszeczkę. Oczywiście, ktoś napisze, że owe 'troszeczkę' to spore niedopowiedzenie ale ta londyńska przygoda naszych 'mutków dziwolągów’' - jak nazywa Gambita jeden z bobby'ch - naprawdę mi się podobała. Jak już pisałem: nie jest to historia przełomowa, ma swoje wady ale nie jest tak, że ten komiks nie ma również dobrych momentów. Powiedziałbym nawet, że jak na komiks dość mocno powiązany z serią podstawową ma ich całkiem sporo.

PREACHER - 1 - The Time of the Preacher

 
"It was the time of the preacher…". Tymi słowami scenarzysta Garth Ennis rozpoczął w połowie lat dziewięćdziesiątych snucie opowieści o postaci nietuzinkowej, kontrowersyjnej i przyciągającej niczym magnes. Opowieści o Jesse Custerze, kaznodziei opętanym potrzebą odnalezienia Boga Wszechpotężnego. Na polskim podwórku historia debiutowała w sierpniu 2002 roku, kiedy to wydawnictwo Egmont odpowiedziało na głosy czytelników i wydało tom "Zdarzyło się w Teksasie", zawierającym cztery pierwsze zeszyty oryginalnej serii. I choć oceniając walory techniczne wspomnianej publikacji czuło się pewien niedosyt to jednak warto pamiętać, że był to jeden z pierwszych – obok cyklu "Sandman" i "Transmetropolitan" – komiksów Vertigo w naszym kraju. Blisko piętnaście lat później polski Kaznodzieja doczekał się twardej oprawy, kredowego papieru i delikatnie zmienionego tłumaczenia, za które jednakże w dalszym ciągu odpowiadał Maciej Drewnowski. Nie tak dawno obchodziliśmy trzydziestolecie serii, więc myślę więc, że to dobry moment, aby ponownie wyruszyć w szaloną, brutalną i zabawną podróż po Ameryce pastora Custera.

Trójkę bohaterów – zabawnego wampira Cassidy’ego, postrzeloną Tulip O’Harę oraz zamyślonego Custera – poznajemy w przyjezdnym barze, gdzie wspólnie prowadzą filozoficzne dysputy odnośnie… miejsca pobytu Boga Ojca. I choć mądrościami nie potrafią wyjść poza znane oczywistości ["Słyszałam, że są dwa dobre miejsca, w których można szukać Boga: Kościół i dno butelki"] to jednak ich postawa intryguje i sprawia, że nie można przejść obok nich obojętnie.

STAR WARS. RYCERZE JEDI - 1 - Strażnicy Republiki


Przeczytałem i można uznać, że jestem dość pozytywnie nastawiony do tego co otrzymaliśmy. Zanim jednak do konkretów wyjaśniam, że od zawsze byłem fanem historii krótkich i ta zasada dotyczy wszystkich komiksów, nie tylko tych ze świata Star Wars. Jak widzę słowo 'event' z reguły - tak, wyjątki mają miejsce - wlatuje pierwszy minus, tak z zasady i mojego wewnętrznego oporu przed historiami zbyt rozdmuchanymi.

W przypadku tego tytułu na tą chwilę nie ma mowy o żadnym evencie. Każda historia to de facto osobny rozdział z życia Jedi, tak mistrzów, jak i rycerzy czy padawnów. Gdzieś w tle majaczy jeden wątek świadczący o tym, że misje naszych bohaterów rozgrywają się mniej więcej w tej samej przestrzeni czasowej - retrospekcje także się zdarzają - ale nie jest to wątek dominujący. To dobrze. Jego istota nie przyćmiewa ważnych dla Republiki działań Jedi.

Pierwszy album "Rycerzy Jedi" zbiera pięć zeszytów serii głównej oraz jeden zeszyt dodatkowy, wydany w ramach Dnia Darmowego Komiksu w 2025 roku. Jak już zaznaczyłem, Każdy z zeszytów to oddzielna opowieść dziejąca się w jednej, wspólnej przestrzeni. Krótkie sprawozdanie z kolejnych ważnych misji Strażników Republiki i nowe okazje do przypomnienia o kilku dość - czasami bardziej, czasami mniej - istotnych kwestiach związanych z działalnością Jedi.

MAŁE ARKANA - 3 - Księżyc


Nie jestem fanem historii pędzących na łeb na szyję, tak samo jak nie lubię gdy kolejni herosi Marvela zamiast ruszać głową prężą muskuły niczym na wybiegu dla modeli. Lubię gdy historia ma własny rytm, niezależny tak od aktualnych trendów jak i - przynajmniej do pewnego stopnia - od oczekiwań czytelników. Kiedy biorę do ręki coś co rzeczywiście chciał przekazać twórca danego komiksu a nie dział marketingu. "Małe Arkana" są takim tytułem. Bardzo odautorskim, z wszystkimi tego zaletami i wadami.

Zacznijmy od tych ostatnich. Na co cierpi ten konkretny cykl Jeffa Lemire'a? Złośliwi powiedzą: dokładnie na to samo co większość ostatnich komiksów jego autorstwa. Historia nie grzeszy tempem. Jej bohaterowie snują się po planszach a z tego snucia wynika niewiele. Nawet jeżeli przy pierwszym spotkaniu czujemy zaciekawienie - choć kolejna dysfunkcyjna familia nie jest czymś czego nie widzieliśmy już wcześniej - to przy kolejnych zaczynamy ziewać. Niestety, w tym wypadku często urozmaicenia w postaci 'scen magicznych' nie pomagają bo z nich również - na tą chwilę - wynika niewiele. Wiemy, że Theresa ma w sobie magicznego wilka a jej matka nie ma choć od lat wmawia mieszkańcom Limberlost, że jest inaczej. Theresa złości się na matkę, złości się na siebie za powrót w rodzinne strony, jej matka wkurza się na nią bo ta ciągle chodzi w nosem na kwintę i tak w kółko. Bywa to męczące. Bywa też prawdziwe.