W czerwcu 1964 roku zadebiutowała Złowieszcza Szóstka, czyli - mówiąc wprost - zbieranina bandziorów przebierańców mających problem z Przyjaznym Spider-Manem z sąsiedztwa. Problem wręcz natury egzystencjalnej ale sprowadzający się jednak do prostej konkluzji: albo My albo On. Oczywiście 'Oni' stając do starcia przekonani byli, że to Oni będą rozdawać karty w myśl zasady: Spider-Man nie będzie w stanie pokonać nas wszystkich razem. Plany jednak planami a rzeczywistość swoje.
Grzechem Złowieszczej Szóstki jest to, że nie atakuje Spider-Mana jednocześnie. Coś co miało być genialnym planem doktora Otto Octaviusa zostało sprowadzone do akcji 'po kolei walczymy z Pajęczakiem, aż się zmęczy i ostatecznie przegra'. Jak się szybko okazuje plan ma poważną wadę: Spider-Man nie męczy się a przynajmniej nie tak szybko jakby życzyli sobie jego trykociarscy adwersarze. Powiem więcej: ze spokojem sprytnie kalkulującego matematyka zadaje precyzyjne ciosy aż dociera do bossa. Nie, nie jest to boss z gier typu soulslike.
Historia strasznie nudna. Główny wątek to tak naprawdę skakanie od jednego przeciwnika do drugiego. Za grosz w tym wszystkim czegoś spektakularnego, choć Stan Lee głosi wszem i wobec, że prace nad tym wyjątkowym zeszytem trwały rok czasu. Może i trwały. Może rzeczywiście pracowano nad nim długo ale na pewno nie dumano wówczas nad fabułą. Idę o zakład, że głównie zastanawiano się jak zrobić z tego numeru żywą reklamę uniwersum Marvela.












