ASTERIKS - 26 - Odyseja Asteriksa


Pan Sean Connery w Asteriksie? Czarne złoto remedium na każdą dolegliwość? Wściekły Cezar oraz bardzo głodne lwy? Galowie i ich nowe podejście do problemów z piratami? Sprytne dziki i ich sposób na wiecznie głodnych Galów? Wakacyjny Klub Żeglugi nową atrakcją turystyczną? Właśnie tyle i jeszcze więcej szaleństw można odnaleźć czytając album "Odyseja Asteriksa".

Album wyjątkowy, o którego wyjątkowości tym razem nie świadczą wyłącznie liczne dodatki, które wzorem poprzednich wydań niniejszej serii, odpowiadają nam na sakramentalne pytanie: co autor miał na myśli. Inność tego konkretnego komiksu leży w tym, że w całości odpowiada za niego pan Albert Uderzo.

René Goscinny zmarł 5 listopada 1977 roku i tym samym losy galijskiej osady znalazły się w rękach drugiego ojca słynnej serii. Czy była to zmiana wyczuwalna? Jako osoba nie znająca się aż tak dobrze na Asteriksie, jakbym sobie tego życzył powiem, że nie wiem. Wydaje mi się, że panu Goscinny'emu jako scenarzyście etatowemu łatwiej było bawić się fabułą i wplatać w nią subtelne aluzje do tego co aktualnie działo się wokół niego.

NOWY ŚWIAT ULTIMATE - Inwazja


Nie sądzę aby seria "Nowy świat Ultimate" została w obszarze moich zainteresowań na dłużej. Po pierwszy album sięgnąłem z dwóch powodów: z uwagi na nazwisko scenarzysty i 'nowy start' serii. Na jednym z facebook’owych profili przeczytałem, że jak ktoś chciałby wystartować z czytaniem uniwersum Marvela to jest na to teraz dobry moment. Nowe otwarcie, nowe zasady i pisarz umiejący w tworzenie tego całego, trykociarskiego, lore. Przyznaję, dałem się złapać na ten haczyk.

Zawsze mnie kręciło rozkminianie danej serii od zera, więc pomyślałem, że rzeczywiście jest to dobra chwila na poznanie tego całego Ultimate. Zwłaszcza, że za historię odpowiada autor, którego zasadniczo lubię. Jonathan Hickman zaliczał spadki formy - jak znacie scenarzystę, który ich nie miał do napiszcie - ale generalnie facet zna się na swojej robocie. Umie budować i to nie tylko rzucając ogólnikami ale również potrafi wyczuć na czym czytelnikowi w danym runie zależy. Innymi słowy umie w aktualne trendy. I tak jest także tym razem.

Problem jednak w tym, że mimo wszystkich tych dóbr fabularnych sama opowieść nie jest specjalnie interesująca. Podoba mi się tło i same lokacje ale mam duży kłopot ze stroną typowo superbohaterką. Czuję, że wiele z tego już było. Może nie było to stricte takie samo ale było podobne. Marvel tak już ma od dłuższego czasu ale po cichu liczę, że choć ciut zmieni się to wraz z serią Midnight Universe. Czy tak będzie? Zobaczymy.

STAR WARS - Obi-Wan Kenobi


Nie będę ukrywał: nie zawsze jest mi po drodze z komiksowymi adaptacjami czy to seriali czy to filmów. Często owym tworom nie udaje się udźwignąć tematu w sposób dla mnie satyfkacjonujący a ich twórcy najczęściej skracają to czego skracać nie powinni. Mówiąc wprost: scenarzyści często idą po najmniejszej linii oporu błędnie zakładając, że fani łykną wszystko. Jak często się mylą? Odpowiedzcie sobie sami.

W przypadku tego komiksu nie wiedziałem, że jest to adaptacja serialu. Komiksy Star Wars kupuję - lub otrzymuję dzięki współpracy z Egmont Polska - od lat w ciemno i naprawdę od wielkiego dzwonu zerkam na okładkowego blurba w myśl prostej zasady 'po co mam się z nim zapoznawać i narażać na spoilery skoro skoro i tak przeczytam komiks'.

Tym razem zostałem zaskoczony pozytywnie. Nie powiem Wam jak duży wpływ na mój pozytywny odbiór komiksu miał fakt, że podobał mi się serial ale ogólnie jestem na 'tak'.

Przede wszystkim ten komiks jest odpowiednio długi a tak jak wspomniałem twórcy takich tytułów często mają problem z właściwym rozplanowaniem fabuły. Pani Jody Houser udało się wyjść z tego obronną ręką. Wyszła prawdopodobnie z założenia - całkowicie słusznego! - że są na świecie czytelnicy starwarsowych komiksów, którzy mają duży problem z disney’owskimi serialami. Sam znam kilku z nich.

DYLAN DOG - 64 - Miasteczko Ramblyn


Po "Ludzkiej maszynie", historii nie biorącej jeńców, przyszedł czas na Dylana lżejszego, ładnie bawiącego się weirdem i tymi wszystkimi wątkami horrorowymi, których nie trzeba nikomu zbyt szczegółowo tłumaczyć. Takie przygody pana Doga również są potrzebne. Lekkie, śmieszne i bez zbędnego skrępowania przemycające nawiązania do kultowych już tytułów.

"Miasteczko Ramblyn" jest takim właśnie komiksem. Na dzień dobry dowiadujemy się, że Dylan Dog jest obiektem westchnień nastolatki. Prawdopodobnie nie jedynej - śmiem twierdzić, że 'detektyw mroku', w dodatku taki wyglądający jak Rupert Everett, ma ich wiele - ale pan scenarzysta skupia się na tej jednej, konkretnej. Katinka Jones wysyła do niego listy, załącza w nich zdjecia rodzinnego domu, także samej rodziny i generalnie robi wszystko aby Dylan w nią uwierzył. Już na starcie czujemy, że to bardzo ważne.

Dodatkowo z owych listów dowiadujemy się, że panna Jones mieszka w najnudniejszej miejscowość w całej Walii, to jest właśnie w tytułowym Ramblyn. W miejscu gdzie rzeczywiście nic się nie dzieje poza tym, że od czasu do czasu - w ostatnich dwóch latach częściej niż rzadziej - znikają nastolatki. I to właśnie owe dziwne dziwy a także artykuł o nich w gazecie sprawiają, że Dylan Dog porzuca domowe pielesze i niczym Sherlock Holmes wyrusza na wieś aby osobiście przekonać się o co tyle szumu.

DYLAN DOG - 356 - Ludzka maszyna


Znacie to uczucie bycia wykorzystywanym i pomiatanym przez małe i duże korporacje mające - w swojej, mylnej, opinii - prawo decydować o każdym kroku swoich pracowników? Dylan Dog zna. Od piętnastu lat podbija kartę w firmie DayDream, od piętnastu lat nie jest detektywem od koszmarów, od piętnastu lat Groucho jest kurem domowym nie spełniającym się w roli szefa kuchni i fanem czytania między wierszami.

Można tak żyć? Można ale pod warunkiem, że zaakceptujesz swoje miejsce w szeregu. Jak nie będziesz zbyt głęboko drążył i zastanawiał nad dzisiejszym porządkiem rzeczy. Jak będziesz potulnie podbijał kartę w pracy, spłacał raty, kupował bezużyteczne rzeczy oraz wpisywał się, po prostu i bez szumu, w społeczny schemat.

"Ludzką maszynę" przeczytałem dwa razy i dwa razy historia nie pozostawiła mnie obojętnym. Nie żebym po jej przeczytaniu od razu rzucał kamieniami i niszczył aktualne status quo - taki odważny nie jestem i nigdy nie byłem - ale jej lektura sprawiła, że na nowo zacząłem dumać nad zmianą priorytetów. Czy uda mi się coś zmienić? Nie wiem ale jak nie spróbuję to się nie dowiem.

BATMAN - 6 - Umierające miasto


Nie wiem co we mnie wstąpiło ale wróciłem do batmanowego runu Chipa Zdarsky'ego. Po albumie "Wojna w Gotham" rzeczywiście byłem mocno zniesmaczony pomysłami Zdarsky'ego, powiedziałem 'pas' i porzuciłem Gotham tego scenarzysty ale prawda jest taka, że nie potrafię długo gniewać się na historie z Gackiem. Supermana mogę nie czytać latami ale do Batmana ciągnie mnie stale, jak ćmę do światła. Czy słusznie? Cóż, tym razem nie będę narzekał a przynajmniej nie tak bardzo jak ostatnio.

"Umierające miasto" to ostatnie zeszyty pisane przez Chipa Zdarsky’ego w serii "Batman" volume trzy i chyba najlepsze jeżeli chodzi o jego pomysły na batmanowe opowieści. Of course, jest to dość typowa papka z gatunku superhero ale papka, którą łyknąłem za pierwszym podejściem. Dawno tak z seryjnym Gackiem nie miałem.

Na pewno dużym plusem jest obecność Edwarda Nygmy, aktualnie przedsiębiorcy usiłującego zarabiać duże pieniądze i współpracować z graczami znaczenie większymi od siebie. Między innymi z Wayne Enterprises. Lubię gościa. To jeden z tych antagonistów Batmana, który najczęściej nie wydaje się być totalnym wariatem ale po prostu kimś, kto kocha grać w wiadomę grę. Uwielbia działać zakulisowo, rywalizować z Nietoperzem, być sprytniejszym od pozostałych. I takiego pana Nygmę dostajemy w tym komiksie.

Podcast nr 151: ŚWIATY LOVECRAFTA - 1 - Przyczajona groza i inne opowieści (1997-1998)


W dzisiejszym podcaście na kanale ReTro Komiks opowiadam o pierwszym tomie "Światów Lovecrafta".

"Światy Lovecrafta", "Jinx", "Kabuki", "The Crow" i dwa zdania o wydawnictwie Caliber Comics. Czym są "Światy Lovecrafta" i do jakich komiksów im najbliżej? Czy można je nazwać spadkobiercami antologii grozy z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Co je łączy a co je różni? Kim są Steven Philip Jones oraz Octavio Cariello?

Jak "Światy Lovecrafta" prezentują się wizualnie i czy można się nimi zachwycać od strony technicznej? "Grobowiec", "Alchemik", "Poza murem snu" oraz "Przyczajona groza" czyli słówko o tekstach Lovecrafta. Jak się zestarzały wspomniane opowiadania i którzy czytelnicy będą potrafili cieszyć się z ich lektury? 

Podcast na Spotify

STAR WARS. Dziedzictwo Vadera - 01 - Rządy Kylo Rena


Nie jestem fanem Kylo Rena i raczej nigdy nie będę. Czy jest w masce czy bez maski nie jestem w stanie traktować go poważnie. Po prostu nie. Zawsze wyobrażałem sobie, że widząc spadkobiercę Dartha Vadera będę czuł doniosłość chwili, powagę sytuacji i będę rzeczywiście wiedział, że oto jestem świadkiem narodzin nowej legendy. Niestety, jak dotąd i filmowa trylogia - a już w szczególności sceny z udziałem bohatera dzisiejszego wpisu - i powieści z udziałem Kylo Rena to dla mnie rozczarowanie. Jak na ich tle wypada niniejszy komiks? Czy historia pisana przez Charlesa Soule'a przekonała mnie?

Nie jestem pewien. Nie zaskoczyła, to na pewno. Choć, ostatnią trylogię pamiętam jak przez mgłę to jestem bardziej niż pewien, że zachowanie Kylo Rena z niniejszego komiksu oddaje zachowanie filmowego Kylo Rena. Widzimy bohatera szukającego własnej drogi. Widzimy kogoś, kto z jednej strony czuje ciążącą nad nim spuściznę dziadka, z drugiej chce zerwać z przeszłością i kroczyć własną ścieżką. I ten wątek zdecydowanie dominuje w historii "Rządy Kylo Rena".

Charles Soule zestawiając teraźniejszość z przeszłością rozgrywa wspomniany motyw ciekawie a przy tym nie ogranicza się do zbędnego słowotoku. Rosnąca megalomania dziedzica Vadera, jego monologi, złote myśli - mające sugerować prawdopodobnie dojrzałość nowego lidera Najwyższego Porządku - nie są czymś irytującym. Są tym elementem, który prawidłowo charakteryzuje Kylo Reno na początku jego drogi a jak sądzę o taki właśnie efekt chodziło panu scenarzyście.

VENOM. Tom 3


Powinienem dostać medal za to, że jeszcze daję szansę temu runowi. "Venom", wcześniej od Ala Ewinga i Rama V teraz również od Torunna Grønbekka, to jedno z większych rozczarowań jeżeli chodzi o ostatnio czytane przeze mnie komiksy superhero. Możliwe, że nawet największe ale mały plusik seria dostaje za Venoma, na którego zawsze miło popatrzeć.

Wizualnie ten run wygląda jak wielki billboard, na którym różne symbioty - czasami również Dr Doom i jego doomboty - prężą się jak tylko mogą obiecując czytelnikom niesamowicie widowiskowy rollercoaster, napakowany akcją, przebojowy oraz ciekawy. Tak, 'ciekawy', dobrze słyszycie. W końcu historia z taką ilością różnych interpretacji Venoma nie może nie być ciekawa. Prawda?

Niestety, całościowo nie wygląda to tak interesująco jak zapewne wyobrażali sobie scenarzyści owej opowieści. Zapewne czytelników młodszych, tych bawiących się dzisiejszym Marvel Fresh nie gorzej niż my w latach dziewięćdziesiątych przygodami trykociarzami drukowanymi przez TM-Semic  - nie oszukujmy się, tamte komiksy miały swoje za uszami - problemy Eddiego Brocka mogą powalić na kolana ale jednak obiektywnie patrząc nie jest to dobry run.

STAR WARS Wielka Republika - 3 - Strach Jedi


Gdyby ktoś Wam powiedział, że do czytania komiksów z Gwiezdnych Wojen należy podchodzić z dużym dystansem to pamiętajcie, że ten ktoś przeważnie ma rację. Zresztą, owa konieczność pamiętania przy lekturze z czym odbiorca ma styczność nie jest w żadnym wypadku problemem wyłącznie niniejszego uniwersum. Powiedzmy jednak, że Star Wars to ta franczyza, przy której czytelnik choć przyjemnie spędza czas to jednocześnie obcując z nią często zdaje sobie sprawę, że jakość owych historii pozostawia wiele do życzenia.

Czy czytając "Strach Jedi" miałem podobne przemyślenia? Nie choć jestem pewien, że znajdą się osoby mające inne zdanie. Ze mną jest o tyle prościej, że po drodze mi z Wielką Republiką i tak jak kiedyś pisałem ąchciałbym, aby komiksy z tego cyklu ukazywały częścieją. Na tą chwilę niniejszy album jest albumem numer trzy z trzeciej fazy cyklu The High Republic co oznacza, że nie zachęcam do jego lektury, jeśli pomineliście wcześniejsze. "Strach Jedi" kontynuuje wątki wcześniejsze a że są one moim zdaniem bardzo interesujące - chociażby w zestawieniu z innymi komiksami Star Wars - to żal tracić fan z lektury. Poza tym ten komiks to zwieńczenie jednego z najlepszych cyklów Star Wars jaki zdarzyło mi się czytać.

DIUNA - Ród Corrinów tom 3


Pisałem Wam jak bardzo cieszę się, że Non Stop Comics wydaje komiksową adaptację "Diuny"? Nie? Pozwólcie zatem, że naprawię błąd w tym właśnie momencie a przy okazji zrażę do siebie ortodoksyjnych fanów tego uniwersum. Jak zapewne wiecie na ten moment cykl zapoczątkowany przez pana Franka Herberta w 1965 roku liczy sobie tomów od diabła i jeszcze więcej. Każdy z tych tomów to grubaśna kniga mająca w zamyśle literackich spadkobierców ojca cyklu - aktualnie są nimi Brian Herbert oraz Kevin Anderson - poszerzać uniwersum do granic możliwości i o jeden kilometr dalej. Czy posiadam owe tomy na regle? Posiadam. Czy przeczytane? Nie wszystkie.

Jeszcze do niedawna wierzyłem, że prędzej czy później przeczytam całość ale prawdę mówiąc odkąd ukazują się komiksowe adaptacje owych tomiszczy to już nie jestem tego wcale taki pewien. Może kiedyś, na emeryturze, ale na pewno nie w najbliższej przyszłości. Na dzień dzisiejszy wystarczą mi komiksy. Why?

Po prostu: Brian Herbert, Kevin Anderson i Simone Ragazzoni bardzo sprawnie dostarczają nam "Diunę" w pigułce. I oczywiście można mówić, że komiksy nie zastąpią nigdy książek ale każdy kto zaczął czytać 'nowe' tomy cyklu ten rozumie problem z nimi związny i tym samym rozumie również dlaczego tak ciepło wypowiadam się na temat ich komiksowych adaptacji. Dostajemy literacko-komiksowego bryka, dzięki któremu możemy darować sobie książki - oryginalny sześcioksiąg przeczytać trzeba koniecznie! - a i tak będziemy dobrze rozeznani w temacie machlojek rodu Corrinów. Piszę 'Corrinów' bo akurat ten album skupia się konkretnie na nich ale takie samo zdanie mam i o wcześniejszych mini seriach. Każda, czy to poświęcona Harkonnenom czy Atrydom w sposób zwięzły oraz uporządkowany podpowiada nam co aktualnie piszczy w Landsraadowej - zgromadzenie wielkich rodów - trawie.

SAMURAJ tom 2




Trochę zeszło mi z drugim tomem "Samuraja" a to dlatego, że prawdę mówiąc nadal mam z tym tytułem ogromny problem. Pierwsze kłopoty zaczęły się już przy wcześniejszym albumie ale mimo pewnych jego niefajności koncepcyjnych postanowiłem zachowawczo nie rezygnować z lektury tylko cierpliwie poczekać na dalszy rozwój sytuacji. W końcu ta seria na tą chwilę liczy sobie osiemnaście rozdziałów, więc grzechem byłoby ją skreślać po czterech zeszytach. Przeczytałem zatem kolejne cztery. Czy zostanę z tym cyklem na dłużej? Ciągle się waham.

Przede wszystkim drugi tom "Samuraja" to rzecz inna z uwagi na konstrukcyję opowieści. Inaczej są w nim rozkładane akcenty fabularne, inne rzeczy przykuwają uwagę czytelnika. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej a tylko tyle, że jeśli ktoś oczekuje długiego wątku przewodniego ten może finalnie odczuć lekki zawód. Tym razem nie dostajemy antagonisty na miarę pana Akumy, tym razem nie mamy w tle konfliktu mogącego zachwiać obecnym status quo czy innego, bardziej precyzyjnie nakreślonego motywu.

Pierwszy plan to właściwie dwie historie krótsze - rozpisane po dwa rozdziały każda - szybsze, bardziej konkretne, sprowadzone trochę do prościutkich komiksów o superbohaterach, po prostu. Panowie Jean-Francois Di Giorgio i Frédéric Genet przedstawiają problem a Takeo ten problem rozwiązuje. I tyle. Dopiero w tle dostajemy wątek będący powiedzmy wątkiem spajającym wszsytko - wspomniane dwie mini historie - w większą opowieść ale nadal nie jest to rzecz na miarę motywu z Trzynatym Wróżbitą z tomu poprzedniego. Powiedziałbym, że jest to COŚ co na ten monent zaprząta głowę Takeo ale niewiele więcej. W tle majaczy jakaś tajemnica związana z jego bratem i zagładą ich klanu ale są to zaledwie pojedyncze zdania.

THE AMAZING SPIDER-MAN ANNUAL - 1 - The Sinister Six


W czerwcu 1964 roku zadebiutowała Złowieszcza Szóstka, czyli - mówiąc wprost - zbieranina bandziorów przebierańców mających problem z Przyjaznym Spider-Manem z sąsiedztwa. Problem wręcz natury egzystencjalnej ale sprowadzający się jednak do prostej konkluzji: albo My albo On. Oczywiście 'Oni' stając do starcia przekonani byli, że to Oni będą rozdawać karty w myśl zasady: Spider-Man nie będzie w stanie pokonać nas wszystkich razem. Plany jednak planami a rzeczywistość swoje.

Grzechem Złowieszczej Szóstki jest to, że nie atakuje Spider-Mana jednocześnie. Coś co miało być genialnym planem doktora Otto Octaviusa zostało sprowadzone do akcji 'po kolei walczymy z Pajęczakiem, aż się zmęczy i ostatecznie przegra'. Jak się szybko okazuje plan ma poważną wadę: Spider-Man nie męczy się a przynajmniej nie tak szybko jakby życzyli sobie jego trykociarscy adwersarze. Powiem więcej: ze spokojem sprytnie kalkulującego matematyka zadaje precyzyjne ciosy aż dociera do bossa. Nie, nie jest to boss z gier typu soulslike.

Historia strasznie nudna. Główny wątek to tak naprawdę skakanie od jednego przeciwnika do drugiego. Za grosz w tym wszystkim czegoś spektakularnego, choć Stan Lee głosi wszem i wobec, że prace nad tym wyjątkowym zeszytem trwały rok czasu. Może i trwały. Może rzeczywiście pracowano nad nim długo ale na pewno nie dumano wówczas nad fabułą. Idę o zakład, że głównie zastanawiano się jak zrobić z tego numeru żywą reklamę uniwersum Marvela.