Pisałem Wam jak bardzo cieszę się, że Non Stop Comics wydaje komiksową adaptację "Diuny"? Nie? Pozwólcie zatem, że naprawię błąd w tym właśnie momencie a przy okazji zrażę do siebie ortodoksyjnych fanów tego uniwersum. Jak zapewne wiecie na ten moment cykl zapoczątkowany przez pana Franka Herberta w 1965 roku liczy sobie tomów od diabła i jeszcze więcej. Każdy z tych tomów to grubaśna kniga mająca w zamyśle literackich spadkobierców ojca cyklu - aktualnie są nimi Brian Herbert oraz Kevin Anderson - poszerzać uniwersum do granic możliwości i o jeden kilometr dalej. Czy posiadam owe tomy na regle? Posiadam. Czy przeczytane? Nie wszystkie.
Jeszcze do niedawna wierzyłem, że prędzej czy później przeczytam całość ale prawdę mówiąc odkąd ukazują się komiksowe adaptacje owych tomiszczy to już nie jestem tego wcale taki pewien. Może kiedyś, na emeryturze, ale na pewno nie w najbliższej przyszłości. Na dzień dzisiejszy wystarczą mi komiksy. Why?
Po prostu: Brian Herbert, Kevin Anderson i Simone Ragazzoni bardzo sprawnie dostarczają nam "Diunę" w pigułce. I oczywiście można mówić, że komiksy nie zastąpią nigdy książek ale każdy kto zaczął czytać 'nowe' tomy cyklu ten rozumie problem z nimi związny i tym samym rozumie również dlaczego tak ciepło wypowiadam się na temat ich komiksowych adaptacji. Dostajemy literacko-komiksowego bryka, dzięki któremu możemy darować sobie książki - oryginalny sześcioksiąg przeczytać trzeba koniecznie! - a i tak będziemy dobrze rozeznani w temacie machlojek rodu Corrinów. Piszę 'Corrinów' bo akurat ten album skupia się konkretnie na nich ale takie samo zdanie mam i o wcześniejszych mini seriach. Każda, czy to poświęcona Harkonnenom czy Atrydom w sposób zwięzły oraz uporządkowany podpowiada nam co aktualnie piszczy w Landsraadowej - zgromadzenie wielkich rodów - trawie.












