Pamiętam jakby to było dosłownie wczoraj. Jest druga połowa lat dziewięćdziesiątych, wchodzę do biblioteki publicznej, podchodzę do regału z fantastyką - zdominowanego wówczas przez Amber i cykle typu 'Wielkie serie SF' albo 'patrzcie jakie ekstra horrory drukujemy' - a tam "Opowieści z kantyny Mos Eisley", zbiór krótkich historii o różnych wydarzeniach mających miejsce jeszcze przed narodzinami Luke'a. Chyba. Nie pamiętam szczegółów fabuły ale klnę się na Moc, że wówczas ten tytuł bardzo mi podszedł. Ot, parę historyjek budujących dobre tło dla głównej osi fabularnej. Chyba. Jak pisałem: fabuła tych tekstów to dzisiaj dla mnie zagadka.
Dlaczego wspominam tytuł, o którym pewnie mało kto pamięta? Cóż, tamte historie może i nie były najlepiej napisane ale moim zdaniem zrobiły dla lucasowego uniwersum niesamowicie ważną rzecz. Pokazały - nie wiem czy nie po raz pierwszy w takiej ilości - że Gwiezdne Wojny to nie tylko pierwszoligowi gracze, wielkie nadzieje i jeszcze większe gwiezdne niszczyciele. Gwiezdne Wojny to również ci, na których przeważnie nie zwracamy uwagi. Chyba że jesteśmy chłopakami z Konglomeratu Podcastowego. Oni wiedzą i widzą wiele 😉




