Też tak macie, że z optymizmem patrzycie na nowiutkie historie z Batmanem wydawane w seriach regularnych? A może już dawno postawiliście krzyżyk na bajkach z Gackiem wychodząc z prostego założenia, że nie są warte Waszego zainteresowania bo i tak koniec końców otrzymacie coś mocno wtórnego, przekombinowanego, jedynie udającego historię poważną? Nadal jesteście Bat-Team czy niekoniecznie? Pytam, bo coraz częściej słyszę, że superhero story ciągnie na oparach co dla mnie osobiście nie jest czymś fajnym, zwłaszcza gdy mowa o Gotham i jego rycerzu.
Lubię Batmana. Szczególnie wtedy jak choć troszeczkę scenarzysta zmusza go do bycia detektywem. Kiedy aktualny problem wymaga zastanowienia, przeprowadzenia nawet quasi śledztwa, po prostu czegoś więcej niż łamania kolejnych kolan - uwaga: nie ukrywam, że dobrze narysowany Batman boksujący jest miły dla oka - i kiedy zagrożony jest nie tyle Batman co osoby postronne. To lubię i to mniej więcej dostałem w historii "Ojcowskie miłosierdzie".
W niniejszym komiksie Tom Taylor i Mikel Janín konfrontują Batmana z nowym zagrożeniem ale tym razem to nie Gacek jest celem. Nie Gacek i nikt z jego najbliższego otoczenia. Przynajmniej na tym etapie historii. To plus komiksu. Nie żebym jakoś mocno cierpiał po "Gothamskim Nokturnie" ale pod koniec poprzedniego eventu momentami czułem leciutkie zmęczenie tym, że cała zadyma zmierzała do udupienia Batmana i jego alter ego. Tym razem wydaje się, że jest inaczej. Gdzieś w cieniu tytułowej historii dostajemy zapowiedź większej dramy - 'Gotham najwyraźniej toczy zaraza. W przeszłości paliliśmy takie miasta', mówi koleś wyglądający trochę jak Wesley Snipes - ale na szczęście to nie ona zajmuje główną przestrzeń fabularną.




