Nie jestem fanem historii pędzących na łeb na szyję, tak samo jak nie lubię gdy kolejni herosi Marvela zamiast ruszać głową prężą muskuły niczym na wybiegu dla modeli. Lubię gdy historia ma własny rytm, niezależny tak od aktualnych trendów jak i - przynajmniej do pewnego stopnia - od oczekiwań czytelników. Kiedy biorę do ręki coś co rzeczywiście chciał przekazać twórca danego komiksu a nie dział marketingu. "Małe Arkana" są takim tytułem. Bardzo odautorskim, z wszystkimi tego zaletami i wadami.
Zacznijmy od tych ostatnich. Na co cierpi ten konkretny cykl Jeffa Lemire'a? Złośliwi powiedzą: dokładnie na to samo co większość ostatnich komiksów jego autorstwa. Historia nie grzeszy tempem. Jej bohaterowie snują się po planszach a z tego snucia wynika niewiele. Nawet jeżeli przy pierwszym spotkaniu czujemy zaciekawienie - choć kolejna dysfunkcyjna familia nie jest czymś czego nie widzieliśmy już wcześniej - to przy kolejnych zaczynamy ziewać. Niestety, w tym wypadku często urozmaicenia w postaci 'scen magicznych' nie pomagają bo z nich również - na tą chwilę - wynika niewiele. Wiemy, że Theresa ma w sobie magicznego wilka a jej matka nie ma choć od lat wmawia mieszkańcom Limberlost, że jest inaczej. Theresa złości się na matkę, złości się na siebie za powrót w rodzinne strony, jej matka wkurza się na nią bo ta ciągle chodzi w nosem na kwintę i tak w kółko. Bywa to męczące. Bywa też prawdziwe.












