W dzisiejszym odcinku podcastu ReTro Komiks mawiam serię "Giant robot Hellboy", wydaną na przełomie 2023 i 2024 roku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Horse Comics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Horse Comics. Pokaż wszystkie posty
#001 "CONAN - Out of the Darksome Hills"
Czas nadrobić zaległości. W lutym 2004 roku Dark Horse Comics wydało pierwszy zeszyt, nowej serii poświęconej Conanowi z Cymerii. W czerwcu 2023 roku seria zaczęła ukazywać się również na polskim podwórku - brawa dla ekipy z Egmont Polska! - ale przyznam, że miałem duże opory przed lekturą Conana w nowej odsłonie. To znaczy nie takiej zupełnie nowej - jakby nie było komiksy te mają już ponad dwadzieścia lat - ale i nie tak retro jak pierwsze historie publikowane przez Marvel Comics, które po prostu uwielbiam. Kolekcja "Conan Barbarzyńca" od Hachette to moim zdaniem jedna z najlepszych i najważniejszych kolekcji wydanych w Polsce. A historie, które zawiera? Dla mnie, najlepsze z najlepszych, jeżeli chodzi o komiksowe przygody barbarzyńcy Howarda. Nie wykluczam oczywiście, że seria od Dark Horse Comics również do mnie trafi ale ponieważ dopiero zaczymam z nią zabawę to finalną ocenę zostawię sobie na koniec.
"Czarny młot. Koniec" || #001-#006 "Black Hammer. The End" (2023-2024)
Dobrze, że to koniec. Nie żebym jakoś mocno czuł awersję do twórczości Jeffa Lemire, ale akurat ten cykl powinien zostać przerwany już dawno temu. Nie wskażę Wam dokładnego momentu - zapewne u każdego leży on w delikatnie innym miejscu - w którym wizja pana scenarzysty zaczęła osiągać niewyobrażalne i całkowicie zbędne rozmiary. Do pewnego momentu było dobrze a później, co album to spadek - z wyjątkami - formy.
Jeżeli chodzi o ten album to zaczynamy z grubej rury, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Jak wyraźnie wskazuje podtytuł jest to finał 'wielkiej' opowieści. W dodatku rozpisany na zaledwie sześciu zeszytach z dużą ilością sporych kadrów, więc tak scenarzysta, jak i rysownik musieli mocno się spiąć, aby każdy z klocków wskoczył na właściwie miejsce. Czy im się udało? Czy jestem zadowolony?
Jest ciekawie, bardzo dużo się dzieje, nikt nie powinien narzekać na zbytnie przeciąganie liny i mamy dwa wątki główne. Trudno ocenić, który z nich jest ważniejszy ale zważywszy na zakończenie uznajmy, że istotniejszy wydaje się wątek Rose oraz jej misja wyrwania się z dziury zwanej Rockwood. Dla niej nasz świat nie jest światem prawdziwym. Jest miejscem poza jej rzeczywistością i nawet jeśli część jej znajomych nazywa to miejsce domem to ona nie zamierza. Zwłaszcza, gdy do Spiral City ponownie zawitał Antybóg, 'wróg wszelkiego życia'.
O co chodzi z tą podróbką Anty-Monitora? O to co zawsze, czyli potężna i zła istota niszczy kolejne ziemie a grupa dzielnych bohaterów - nazwa umowna, gdyż nie każdy z nich czynił dobro - stara się jemu przeciwdziałać i tym samym powtórzyć sukces legendarnych obrońców Spiral City. O kim mowa? Of course, o chowających się w cholernym Rockwood. Dla niewtajemniczonych: nasz Abraham Slam i jego kumple to ci, którzy dawno temu zrobili swoje, tj. powstrzymali Antyboga. Jak będzie tym razem?
Całkiem niezły finał. Rysunkowo też jest fajnie choć trzeba dać sobie czas na oswojenie się z kreską Malachi Warda. Jest dziwna. Poza tym standard. Sporo wulgaryzmów, kilka śmieszków - nanomateriały wybuchowe w posiłkach rządzą! - oraz jeszcze dziwnieszy Pułkownik Weird. Dzieje się!
------------------------------
#001-#006 "Black Hammer. The End" vol 1 [03/2023-03/2-2024]
napisał: Jeff Lemire
narysował: Malachi Ward
pokolorował: Malachi Ward
Polskie wydanie: "Czarny Młot. Koniec" [Egmont, 08/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"The Bounty Hunters: Kenix Kil" (1999)
"The Bounty Hunters: Kenix Kil", czyli kolejna historia ze świata Star Wars, która wpadła całkowicie przypadkiem, kiedy potrzebowałem gwiezdnowojennej rozrywki do porannej kawy.
Historia koncentruje się w całości na postaci Kir Kanosa, byłego imperialnego gwardzisty, którego powinniście znać z serii "Karmazynowe Imperium" Jak nie znacie tej serii to poznajcie, bo to fajna - przynajmniej taką ją zapamiętałem - opowieść. Czy jej lektura jest jednak totalnie konieczna, aby w pełni czerpać z "The Bounty Hunters: Kenix Kil"? Absolutnie nie. Dlaczego?
Przede wszystkim jeszcze zanim fabuła ruszy na dobre scenarzysta, pan Randy Stradley, dostarcza nam kilku prostych informacji na temat przeszłości bohatera. Są one podawane w telegraficznym skrócie, ale można połapać się - jeżeli oczywiście, choć trochę kojarzymy chronologię Legend - z kim mamy do czynienia. A jak już przyswoimy podstawowe dane to cała reszta wchodzi bardzo gładko, bo to bardzo prościutka historyjka jest 😉
Otóż, naszego bohatera spotykamy na Baramorrze, tj. na planecie rządzonej przez niejakiego Banjeera, który jest lokalnym mafioso trzymającym w szachu wszystkich łowców nagród z tego regionu. Podobno facet jest nietykalny, bo ma kontakty z władzami Imperium. Nie wygląda on jakoś przesadnie groźnie - przypomina myśliwego, który wybiera się na safari - ale budzi respekt.
Czy robi on wrażenie na naszym bohaterze? Ani trochę. Były gwardzista jest przekozacko pewny siebie, wydaje się doskonale wiedzieć dokąd zmierza, każdy jego ruch wydaje się przemyślany i w ogóle przypomina kosmicznego Rambo. Może na samym początku wyglądał jakby poruszał się we mgle, choć może to tylko były pozory. Być może od początku polował na tą konkretną zgraję Łowców Nagród, ale jeżeli tak rzeczywiście było to ja tego nie czułem.
Jak już zaznaczyłem scenariuszowo historia jest do bólu prosta. Kir Kanos najpierw błąka się po barach pytając o różne sprawy, następnie podając się za łowcę nagród Kenix Kila sprzymierza się ze wspomnianym watażką a w finale sprawnie wyżyna wszystkich bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. I tyle.
Od strony wizualnej komiks może się podobać, bo pan Javier Saltares dostarcza nam sporo detali oraz idzie w umiarkowany realizm. Naprawdę fajnie się patrzy na tych łowców nagród i ich rynsztunek 🙂
I ciekawostka na koniec. Na Bastionie Star Wars można wyczytać, że "The Bounty Hunters: Kenix Kil" jest wstępem do historii "Karmazynowe Imperium. Rada we krwi". Warto mieć to na uwadze.
------------------------------
napisał: Randy Stradley
narysował: Javier Saltares
Polskie wydanie: "Star Wars Komiks #043" (Egmont, 03/2012)
"Aliens: Reapers" (1991)
Czy rozważaliście istnienie gatunku mogącego zaszkodzić samym ksenomorfom? Nie mówię tutaj o typowych zwierzęcych drapieżnikach, takich jak chociażby zdeformowane nietoperze z opowieści "Aliens: Outbreak". Ani o dzielnych marines, którzy od czasu do czasu – jak to się ładnie mówi – dają czadu w prawdziwie jankeskim stylu. Chodzi mi o rasę, która nie stroni od konfrontacji z Obcymi, wręcz przeciwnie. Rasę traktującą ksenomorfy jako naturalny składnik ekosystemu, element niezwykle ważny, żeby nie powiedzieć 'niezastąpiony'. Z owym zagadnieniem mierzyło się wielu artystów, między innymi John Arcudi. Dla nieznających owego pana przypomnę, że przez wiele lat współpracował z Dark Horse Comics wspierając takie tytuły jak "Predator", "Terminator" no i oczywiście słynne "The Thing". Z kolei fani Hellboya powinno kojarzyć go z prac nad serią "B.P.R.D." oraz "B.P.R.D. Hell on Earth". John Arcudi, prawdziwy weteran, jeżeli chodzi o komiksy czerpiące z konwencji science fiction i horroru.
Ponad trzydzieści lat temu – konkretnie w kwietniu 1991 roku – na kartach wydawnictwa zarządzanego przez Mike’a Richardsona ukazała się historia "Aliens: Reapers" próbująca dać wyobrażenie na temat tego, jak mogłaby wyglądać wspomniana rasa. Twórcy komiksu raptem na ośmiu planszach przedstawili czytelnikom Żniwiarzy, dla których jaja ksenomorfów stanowią kulinarny rarytas. Swoim zachowaniem humanoidalne, brudnozielone bestie niewiele różnią się od pewnych siebie i uzbrojonych po zęby amerykańskich żołnierzy. Owszem wyglądają na lepiej odżywionych – w końcu w skład ich diety wchodzi jedna z najbardziej niezniszczalnych ras, jakie mieliśmy szanse poznać – ale większego zachwytu nie wzbudzają. Całkiem ciekawie natomiast zostały zaprezentowane ksenomorfy i nie mówię tutaj o ich wyjątkowo gigantycznych rozmiarach Królowej. Na jednej z plansz możemy zauważyć jak ze szczęki Obcego wyłania się cienka igła, ewentualnie szpon. Osobiście nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, ale sam pomysł wydaje mi się lekko przekombinowany.
John Arcudi i spółka – Simon Bisley [art], Chris Chalenor [colors] – nie silą się na skomplikowaną, wyjątkową fabułę. Trudno ją także umiejscowić w stosunku do innych opowieści ze świata ksenomorfów. "Aliens: Reapers" przypomina luźną, artystyczną wariację pod hasłem 'A co by było gdyby…'. Jeżeli jednak lubicie takie short comics to mocno polecam. Pod koniec września 2020 nakładem wydawnictwa Scream Comics ukazało się kilka albumów poświęconych uniwersum Obcego. W jednym z nich została zamieszczona także niniejsza historia.
"Aliens: Countdown" (1990-1991)
Na początku lat osiemdziesiątych pewien młody, dobrze rokujący twórca z Oregonu zainwestował i otworzył niewielkich rozmiarów sklepik pod nazwą Pegasus Fantasy Books. Wykorzystując doświadczenie zdobyte na studiach oraz kontakty nawiązane podczas pracy w agencji artystycznej szybko uczynił z lokalnego projektu markę powszechnie rozpoznawalną. W niedługim okresie ową popkulturową oazę na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych zaczęli odwiedzać coraz liczniejsi goście, którzy od czasu do czasu wspominali gospodarzowi o problemach z wydawcami. Jeden temat przewijał się wyjątkowo często, a dotyczył braku posiadania kontroli nad postaciami przez siebie wykreowanymi. Kilka lat później właściciel Pegasus Fantasy Books postanowił rozszerzyć działalność i pomóc przyjaciołom odnaleźć miejsce, w którym bez skrępowania mogliby realizować własne wizje. Tak doszło do powstania wydawnictwa Dark Horse Comics a niezwykle przedsiębiorczym i pomysłowym facetem był pan Mike Richardson.
We wrześniu 1990 roku na łamach Dark Horse Insider – jednej z gazetek promujących nowe tytuły 'wydawnictwa matki' – ukazała się startowa plansza historyjki "Aliens: Countdown". Rozpoczęte wówczas odliczanie trwało przez kolejnych czternaście zeszytów wspomnianego tytułu, aż do października 1991 roku, kiedy to zakończyło się spektakularną eksplozją. Pomysł, aby w każdym numerze "Dark Horse Insider" pojawiła się jedna strona opowieści spotkał się z dobrym przyjęciem ze strony fanów serii "Aliens" oraz był ciekawym – skutecznie intrygującym – eksperymentem wydawniczym. Dla zainteresowanych dopowiem, że do tej pory historia "Aliens: Countdown" jedynie raz doczekała się wydania zbiorczego. Na przełomie marca i kwietnia 1993 roku została opublikowana na łamach brytyjskiego magazynu "Aliens".
Akcja komiksu rozgrywa się mniej więcej w tym samym czasie, co historie opowiedziane przez Marka Verheidena w "Aliens: Outbreak" oraz "Aliens: Nightmare Asylum". Ziemia – głównie z powodu chciwości i krótkowzroczności zarządzających korporacją Bio-Research Company – straciła tytuł 'przyjaznego człowiekowi środowiska'. Opanowana przez Królowe i jej przerażające potomstwo, coraz bardziej przypomina rodzinny świat ksenomorfów. Niedobitkom ludzkości zostaje narzucona rola zwierzyny, nieustannie ukrywających się koczowników mogących liczyć na pomoc jedynie ze strony najbliższych. W takich okolicznościach poznajemy czwórkę marines, którzy z własnej lub prawie własnej woli nie załapali się na ostatni transport z Ziemi. Przeczesując opuszczone budynki trafiają oni do ruin kompleksu badawczego Bio-Research Company - miejsca narodzin ziemskiego koszmaru - gdzie czeka nia nich przykra niespodzianka.
"Aliens: Countdown" daleko do poziomu przywołanych wyżej historii Marka Verheidena. Cała opowieść kręci się wokół grupki pechowych marines – podczas ostatniego rekonesansu natrafiają na tykającą bombę atomową – i ich dzielnej walce z upływającym czasem. Opowieści nie można zarzucić braku dynamizmu, niemalże każda plansza serwuje czytelnikom nagły zwrot akcji. Liczne starcia z ksenomorfami – dosłownie czyhającymi wszędzie, za każdym rogiem i za każdymi drzwiami – nie rekompensują jednak wszystkiego. Historii Mike’a Richardsona oraz Denisa Beauvaisa brakuje jakiegoś drugiego dna, wątku zmuszającego czytelnika do głębszego zastanowienia. Z drugiej strony, może twórcy właśnie taki efekt chcieli uzyskać. Może pan Richardson chciał udowodnić, że na opanowanej przez ksenomorfy Ziemi nie ma czasu na puste rozkminy i nieustanne wracanie do przyszłości. Może chciał pokazać, że obecnie życie na macierzystej planecie rodzaju ludzkiego sprowadza się jedynie do walki, ciągłego odliczania do kolejnego starcia z kosmicznymi agresorami.
------------------------------
"Aliens: Countdown" (1990-1991)
napisał: Mike Richardson
narysował: Den Beauvais
"Aliens: Advent/Terminus" (1990)
Komiksowe uniwersum Aliens to nie tylko opowieści bazujące na przygodach bohaterów z filmu Jamesa Camerona z 1986 roku. To nie tylko koszmary dręczące nastoletnią Newt czy zagubiony Hicks nieustannie próbujący udowodnić swoją wartość. W lipcu 1990 roku wydawnictwo Dark Horse Comics zaprezentowało "Aliens: Advent/Terminus", historyjkę całkowicie niezależną i oderwaną od wydarzeń opisanych we wcześniejszych komiksach [cykl Marka Verheidena, czyli "Outbreak", "Nightmare Asylum", "Earth War"]. Wspomniany komiks był pewnego rodzaju eksperymentem mającym zweryfikować, jak dokładnie ma funkcjonować wszechświat opanowany przez ksenomorfów. Miał udzielić odpowiedzi, czy twórcy związani z serią "Aliens" powinni nadal korzystać głównie z filmowej spuścizny, czy też zaryzykować i postawić na coś zupełnie nowego, silnie autonomicznego.
Artystami odpowiedzialnymi za projekt "Aliens: Advent/Terminus" zostali Paul Guinan – dbający także o stronę graficzną – oraz Anina Bennett, których powinniśmy kojarzyć przede wszystkim z ciekawej – głównie z uwagi na silny akcent postaci kobiecych – serii science fiction "Heartbreakers". Warto także wspomnieć, że Paul Guinan to współtwórca opowieści "Cargonauts" [1986], nazywanej w pewnych kręgach "prekursorem Firefly". Historia "Aliens: Advent/Terminus" pierwotnie opublikowana na łamach antologii Dark Horse Presents [#042-#043, lipiec – sierpień 1990] doczekała się także edycji polskiej. Na początku 2000 roku można się było z nią zapoznać czytając "Aliens: Widmo", ósmy numer serii Mega Komiks od wydatwnictwa TM-Semic.
Fabuła "Aliens: Advent/Terminus" niczym specjalnym nie zaskakuje – choć można jej elementy odnaleźć w filmie "Alien vs. Predator" Paula Andersona – i doprawdy ciężko byłoby przez nią przebrnąć, gdyby nie została rozpisana na zaledwie czternastu stronach. Bohaterami historii jest grupka poszukiwaczy przygód, łaknąca nieśmiertelnej sławy i wielkich bogactw. W trakcie badania wnętrza tajemniczej piramidy – momentami do złudzenia przypominającej egipskie budowle – zostają zaatakowani przez grupę ksenomorfów. Naturalnie, nasi bohaterowie przystępując do zadania doskonale zdają sobie z potencjalnych niebezpieczeństw – w końcu coś tam słyszeli o straszliwych obcych – ale ostentacyjnie je ignorują. Rzucając uwagi w stylu "im większy horror tym większa zapłata" niestrudzenie podążają naprzód, aż do mocno przewidywalnego finału.
"Aliens: Advent/Terminus" to bardzo przeciętny komiks, w którym ciężko wskazać mocne strony. Postacie wydają się totalnie odrealnione, ich głupota i lekkomyślność są bardziej przerażające niż niejeden atak ksenomorfów. Być może Paul Guinan i Anina Bennett chcieli stworzyć karykatury bohaterów znanych chociażby z opowieści Marka Verheidena. Być może bezmyślnie działania niedoszłych odkrywców zostały specjalnie spotęgowane, aby tym wyraźniej wyeksponować odwieczną prawdę zawartą w słowach "chciwość nie popłaca". Niezależnie jednak od wszystkiego "Aliens: Advent/Terminus" odradzam osobom nie będącym wielkimi miłośnikami graficznych historii z udziałem ksenomorfów. Mogą one spokojnie pominąć niniejszy komiks w swoich planach czytelniczych i sięgnąć po coś zdecydowanie ambitniejszego.
------------------------------
"Aliens: Advent/Terminus" (1990)
napisali: Paul Guinan, Anina Bennett
narysował: Paul Guinan
"Aliens: Female War" (1990)
Blisko czterdzieści lat temu Carl Sagan w książce Cosmos napisał: „Kosmos jest tym wszystkim, co jest, kiedykolwiek było lub kiedykolwiek będzie”. Przeczytawszy "Aliens: Earth War" stwierdzam, że w podobnym tonie można opowiadać o ksenomorfach. Dla bohaterów powieści Marka Verheidena Obcy to potwory, obiekty badań, zwierzątka, trutnie – w zależności od kontekstu – których istnienie to uniwersalna stała. Coś niesamowicie autentycznego, co całkowicie zawładnęło myślami postaci i sprawiło, że trudno im wyobrazić sobie rzeczywistość bez przerażających stworów rodem z najgorszych koszmarów. Naturalna cześć ekosystemu, w którym przyszło im funkcjonować.
"Aliens: Earth War" stanowi bezpośrednią kontynuację wydarzeń zaprezentowanych w "Aliens: Nightmare Asylum", co dostrzegamy zanim jeszcze akcja nabierze odpowiedniego tempa. Naszych bohaterów pozostawiliśmy na terenie ośrodka medycznego Gateway – platformie na orbicie okołoziemskiej – i tam ich również odnajdujemy. Tym razem do teamu Newt-Hicks dołącza nie kto innych jak dzielna Ellen z wielką giwerą w dłoni i szalonym planem ostatecznego rozwiązania kwestii ksenomorfów. Skąd nagła wizyta postaci Ripley w świecie powieści graficznych? Mark Verheiden we wstępie do jednego z wydań wspomina, że początkowo Dark Horse Comics miało olbrzymie problemy ze zdobyciem zezwolenia na użycie kluczowej bohaterki. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie wraz ze wzrostem zainteresowania komiksowym uniwersum Aliens. Liczba fanów rosła bardzo szybko. Mark Verheiden skrzętnie wykorzystał zielone światło ze strony 20th Century Fox i nie tylko przywrócił 'ostatnią ocalałą z załogi Nostromo' do życia, ale również opowiedział jej dalsze losy. W końcu po wydarzeniach zaprezentowanych w filmie Jamesa Camerona ["Aliens", 1986] na jakiś czas straciliśmy ją z oczu.
Jednym z podstawowych elementów tworzących mitologię serii o Obcych jest chciwość ziemskich korporacji dążących do zdobycia i zbadania ksenomorfa. Choć w "Aliens: Earth War" nie stanowi ona siły napędowej fabuły – czytelników zainteresowanych obrazem moralnej degeneracji odsyłam do "Aliens: Outbreak" – pojawia się w retrospekcji odsłaniającej wątek Ripley, po tym jak bohaterka odleciała z LV-426. Weyland-Yutani Corporation zastępuje przedstawiciel rządu kapitan Hankerson, lecz sam schemat działania jest podobny. Ellen Ripley porwana z pokładu USS Sulaco zostaje skierowana – oczywiście wbrew woli – na Acherona w roli eksperta 'naukowej ekspedycji'. Będąc przewodnikiem odważnych komandosów ponownie dociera do okrętu obcej cywilizacji, gdzie odebrawszy szereg informacji z komputera pokładowego poznaje 'genezę Obcego – źródło jego mocy'. Zgodnie z mechaniką scenariuszy serii Aliens plany wspomnianego kapitana Hankersona idą w łeb w momencie przybycia ksenomorfów; z rzezi wychodzi cało jedynie Ripley i dwójka marines. Ci ostatni, rezygnując z oficjalnej służby, postanawiają w dalszym ciagu wspierać eksperta.
Wprowadzenie Ellen Ripley do komiksowej franczyzy Aliens wzbogaciło serię Marka Verheidena. Jakby nie patrzeć odnalazła się dość lubiana i przynajmniej przez niektórych fanów mocno wyczekiwana postać. Co więcej, jej przybycie pozwoliło urozmaicić fabułę "Aliens: Earth War" wprowadzając wątki związane z czymś więcej, niż tylko kolejnym polowaniem na potwory. Szczególnie dużo miejsca poświęcono ukazaniu trudnych relacji łączących Ripley z Newt. Na początku, dla pełnego zrozumienia obrazu autorzy przypomnieli horror małej dziewczynki na Acheronie oraz rozbudzoną wówczas w sercu dziecka nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Biorąc pod uwagę powyższe można pomyśleć, że spotkanie starych przyjaciółek powinno przebiegać w dość przyjaznej atmosferze. Nic bardziej mylnego. Jak pokazały wcześniejsze części – chociażby "Aliens: Nightmare Asylum" – Newt wydoroślała i żyła w przekonaniu, że została zwyczajnie porzucona. Nagłe 'zmartwychwstanie' Ripley otworzyło dawne rany i spowodowało wybuch negatywnych emocji, utrudniających wykonywanie nawet podstawowych zadań. Koniec końców jednak stosunki pomiędzy bohaterkami ulegają ociepleniu – po części dzięki wspólnej, szalonej akcji ratunkowej – a nawet na nowo tworzy się pomiędzy nimi specyficzna, rodzinna więź. Można chyba uznać, że Mark Verheiden chciał w ten sposób troszeczkę ocieplić historię. Przypomnieć czytelnikom – możliwe, że momentami w zbyt infantylny sposób – że nawet w świecie opanowanym przez Obcych jest miejsce na proste, dobre uczucia.
"Aliens: Earth War" to jednak nie tylko melancholijne obrazy i rozdrapywanie starych ran. Jak wskazuje drugi podtytuł serii – "Female War" – niniejsza historia to także a może przede wszystkim relacja pojedynku Ellen Ripley z 'nadrzędną zewnętrzną inteligencją' kierującą Obcymi, czyli z Pierwszą Królową – matką wszystkich ksenomorfów. Brzmi poważnie? Mark Verheiden i artyści odpowiedzialni za szatę graficzną – Sam Kieth, Monika Livingston – zadbali, aby problem został przedstawiony z należytą starannością. Lektura "Aliens: Earth War" to nie dziki galop po jaskiniach wypełnionych tysiącami Obcych. Pojedynki z ksenomorfami – zredukowane do niezbędnego minimum – zostały zastąpione planszami prezentującymi przygotowania Ripley do zapewne najważniejszego zadania w życiu naszej bohaterki. Jesteśmy świadkami jak w sposób rzeczowy i opanowany przekonuje ona do swojego ekstrawaganckiego planu personel stacji Gateway, jak konstruuje lokum dla wymagającego 'pasażera' oraz jak krok po kroku zbliża się do ocalenia Ziemi. Do czego konkretnie zamierza doprowadzić? Najlepiej będzie jak sprawdzicie sami.
Lektura "Aliens: Earth War" była prawdziwą przyjemnością. Oczywiście sięgając po "Aliens: Earth War" należy pamiętać, że to komiks i jako takowy rządzi się komiksowymi prawami. Momentami rozwiązana fabularne wręcz kipią naiwnością, ale na szczęście nie oceniamy produktu tylko z jednej perspektywy. Liczy się całość, a całość wypada bardzo dobrze. Mark Verheiden udowodnił, że potrafi pisać nie tylko scenariusze przypominające sprawozdania z pola walki, ale i historie stonowane, poruszające. Wplatając w główny wątek kilka pozornie mało znaczących motywów – terraformowanie Ziemi przez rasę Inżynierów, ewolucję Obcego i kolejną jego formę [zbliżoną do tej z filmu "Alien: Covenant", 2017], wpływ Królowej na mieszkańców Ziemi – przekonał, że uniwersum Aliens to nie tylko prosta walka z ksenomorfami, ale zdecydowanie coś więcej. Prawdziwe i wielkie uniwersum, które można i należy rozbudowywać z każdej strony.
Na zakończenie jeszcze jedna, drobna uwaga. Komiksy osadzone w uniwersum Aliens to przeważnie opowieści science fiction z dość silnymi akcentami horroru. "Aliens: Earth War" nie jest wyjątkiem, choć w tym przypadku potęgowanie grozy nie stanowi dla Marka Verheidena priorytetu. Z drugiej strony, w tym przypadku – w odróżnieniu od dwóch poprzednich tomów – możemy natknąć się na prawdziwie przerażające plansze. Przypominały mi one historie z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, konkretnie grafiki Berniego Wrightsona ze "Swamp Thing" i "House of Mystery". Mieliśmy wówczas do czynienia z pewną specyficzną kreską, lekko rozmazaną, rozciągniętą, ale dającą świetne połączenie makabry i groteski. W "Aliens: Earth War" także możemy ją spotkać, co dla mnie jest wielkim plusem. Jeżeli komuś podobały się rysunki z tomu Sandman: Preludia i Nokturny to i tym razem powinien być zadowolony. W końcu odpowiadała za nie jedna i ta sama osoba – Sam Kieth.
------------------------------
"Aliens: Female War" (1990)
napisał: Mark Verheiden
narysowali: Sam Kieth
pokolorowała: Monika Livingston
"Aliens: Nightmare Asylum" (1989-1990)
Dzięki pozytywnym reakcjom czytelników Mark Verheiden zaraz po ukończeniu "Aliens: Outbreak" przystąpił do zmagań z kolejnym projektem osadzonym w ksenomorficznej rzeczywistości. Tym razem scenarzysta zaprosił do współpracy dwóch nowych rysowników. Kanadyjczyka Denisa Beauvaisa, który kreśląc – po prostu rewelacyjną! – okładkę do pierwszego zeszytu "Aliens: Nightmare Asylum" zgarnął Eagle Award za 1990 rok oraz Rogera Casselmana, artystę dopiero wkraczającego do kosmicznego uniwersum. Niestety, nie należę do fanów wizualnej oprawy tejże serii. Będąc raczej pedantem i perfekcjonistą przekładam drobiazgowe plansze – np. Marka Nelsona – nad 'rozmazane' ilustracje ze stajni Beauvais-Casselman. I nic tu nie pomogą liczne ujęcia ukazujące kobiecą zmysłowość Newt, czy obrazy podkreślające krwiożerczą naturę Obcych. Sytuację delikatnie ratują większe ilustracje – prezentujące np. Obcego rozrywającego klatkę piersiową Hicksa czy Królową przyjmującą ofiary od 'wyznawców'. Są to obrazy warte zapamiętania. Zwłaszcza, jeżeli ktoś lubi żywe, barwne ilustracje.
"Aliens: Nightmare Asylum" stanowi bezpośrednią kontynuację "Aliens: Outbreak", więc siłą rzeczy spotykamy w niej starych znajomych. Szukającego śmierci Hicksa, zdeterminowaną – i coraz częściej pokazującą pazur – Newt oraz pokiereszowanego Buellera. Nasi bohaterowie opuściwszy zdewastowaną Ziemię rozpoczynają nową podróż w nieznane. W tym konkretnym wypadku wyraz 'nieznane' należy traktować bardzo dosłownie, gdyż nikt nie zna dokładnego kursu tajemniczego frachtowca. Kosmiczna odyseja – upływająca na rozważaniach o dysfunkcyjnej miłości człowieka i maszyny oraz potyczkach z ksenomorfami – kończy się wraz z przybyciem na planetę rządzoną przez niejakiego generała Thomasa Spearsa z Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Psychopatyczny marines, idealnie odzwierciedlający krótkowzroczność i lekkomyślność rodzaju ludzkiego, planuje wykorzystać Obcych w walce o wyswobodzenie Ziemi. Szaleństwo generała doprowadza do wielu krwawych pojedynków – w Aliens: Outbreak troszeczkę ich brakowało – w których Hicks czuje się wprost doskonale. Całość dopełnia monumentalna wizja Spearsa zstępującego na Ziemię niczym nowy Napoleon, z szablą w dłoni i głową wypełnioną rewolucyjnymi hasłami.
Porównując "Aliens: Nightmare Asylum" z "Aliens: Outbreak" wypada stwierdzić, że Mark Verheiden to nie tylko znakomity scenarzysta, ale także surowy redaktor własnych pomysłów. Śledząc wcześniejszy projekt Verheidena czytelnicy mogli odczuwać lekkie znużenie wynikające z przydługich – nie zawsze, ale momentami – wprowadzeń do poszczególnych wątków. W "Aliens: Nightmare Asylum" ów delikatny problem praktycznie został wyeliminowany. Scenariusz został wyważony, główny wątek – niezdrowa fascynacja morderczymi predyspozycjami Obcych – bardziej uwypuklony, a wszelkie narratorskie uwagi zostały sprowadzone do krótkich, niemalże żołnierskich spostrzeżeń. Dzięki wspomnianym korektom historia zaprezentowana w "Aliens: Nightmare Asylum" nabrała większego dynamizmu, znalazła uznanie u większej liczby odbiorców.
I jeszcze jedno spostrzeżenie na koniec. Cieszę się, że twórcy niniejszej serii nie zapomnieli od czasu do czasu wspomnieć o rozwoju sytuacji na ojczystej planecie naszych bohaterów. Scenariusz wypełniają krótkie migawki z Ziemi rządzonej przez Królową i jej 'wyznawców'. Dzięki automatycznym, transmisjom zostajemy biernymi obserwatorami zmagań człowieka z potężnym, nieograniczonym moralnymi hamulcami, kosmicznym zagrożeniem z kosmosu. Dostrzegamy także, że szaleństwo nie ogranicza się do jednostek – za przykład niech posłuży generał Spears i jego poglądy – ale nieustannie poszerza zasięg i przybiera coraz bardziej niebezpieczne kształty (patrz krwawe ofiary z ludzi).
Doceniam także, że twórcy komiksu ponownie wykazali się świeżym spojrzeniem na 'taktyczne' działania Obcych. Scena uwolnienia się ksenomorfów w pierwszym zeszycie "Aliens: Nightmare Asylum" – 'Inne stwory pożarły go, żeby wykorzystać jego krew!' – kilka lat później została doceniona przez Jean-Pierre Jeuneta w "Alien Resurrection" [1997]. Pod koniec historii możemy również dostrzec słynne Egg Silo, czyli ogromne gniazdo 'rozciągające się w całym mieście, na ulicach i pod ziemią... schronienie dla [...] młodych'. Patrząc na Egg Silo ponownie możemy odczuć biomechanicznego ducha Hansa Gigera, który będąc konsultantem na planie u Ridley'a Scotta próbował przemycić ów pomysł do filmu "Alien".
Oryginalna historia "Aliens: Nightmare Asylum" – nie zawierająca modyfikacji spowodowanych filmem Davida Finchera – ukazywała się od sierpnia 1989 do maja 1990 roku. Jak wspomina Mark Verheiden 'część druga okazała się jeszcze większym hitem niż pierwsze seria', a wszystko za sprawą delikatnych zmian w sposobie prowadzenia narracji oraz przyciągającym i powszechnie cenionym planszom Denisa Beauvaisa.
------------------------------
"Aliens: Nightmare Asylum" (1989-1990)
napisał: Mark Verheiden
narysowali: Den Beauvais, Roger Casselman
"Aliens: Outbreak" (1988-1989)
Za scenariusz "Aliens: Outbreak" odpowiada Mark Verheiden, amerykański twórca którego powinniśmy kojarzyć zarówno ze świata komiksu – oprócz uniwersum Aliens aktywnie wspierał chociażby serię "Predator" ["Concrete Jungle", "Cold War", "Dark River"] – jak i telewizji. Współpracował przy powstawaniu seriali "Smallville", "Battlestar Galactica", "Caprica", "Ash vs Evil Dead" oraz wyczekiwanego przeze mnie "Swamp Thing". Strona wizualna projektu "Aliens: Outbreak" została powierzona Markowi Nelsonowi, także mocno zaangażowanemu w 'kosmiczne' projekty w ramach wydawnictwa Dark Horse Comics. Plansze Nelsona, przyciągające i pełne szczegółów nadających opowieści ducha realizmu, to zdecydowanie najmocniejszy punkt serii. Obserwując Obcego – czy to kucającego na próbniku penetrującym wrak dryfującego statku, czy to rozszarpującego przerażonego marines – możemy niemalże poczuć z jak wielkim pietyzmem artysta przystępował do pracy nad przedstawicielami tej – kultowej obecnie – rasy.
W zamyśle twórców "Aliens: Outbreak" powstawał z myślą o kontynuacji historii zapoczątkowanej filmem "Aliens" Jamesa Camerona z 1986 roku. W pierwszych zeszytach czytelnik ponownie spotyka starych znajomych, w tym konkretnym wypadku Newt i kaprala Dwayne’a Hicksa. Choć od wydarzeń na Acheronie minęło wiele lat – 'umorusana' dziewczynka wyraźnie wydoroślała – koszmarne wspomnienia nie pozwalają bohaterom normalnie funkcjonować. Ich życie przypomina wegetację i sprowadza do nieustannych wewnętrznych zmagań; tylko od czasu do czasu przerywanych dzięki różnego rodzaju znieczulaczom. Rebeccę Jorden odnajdujemy w podejrzanym – w końcu to jednostka naukowa z uniwersum Aliens! – ośrodku psychiatrycznym, zaś porucznika Hicksa w zwykłej jednostce wojskowej. Żadne z nich nie podejrzewa, że są obiektami wnikliwych obserwacji zarówno ze strony amerykańskiego rządu, jak i organizacji Bionational Corporation.
Właściwa fabuła zostaje zawiązana wraz z pojawieniem się na scenie pułkownika Billa Stephensona i doktora Waidslawa Orony. Wyciągając Hicksa z żołnierskiego letargu proponują mu wycieczkę na rodzinną planetę Obcych celem dostarczenia amerykańskiemu rządowi 'okazów' nowej broni biologicznej. Szukający odkupienia marines – będąc na LV-426 nie zdołał ocalić przyjaciół – zgadza się po raz kolejny rzucić wyzwanie kapryśnemu losowi. Oczywiście wspiera go oddział doborowych żołnierzy; jednostka zachowaniem do złudzenia przypominająca ekipę wysłaną na Acherona. Koniec końców w misji bierze udział także Newt, którą od przykrych eksperymentów medycznych ponownie ratuje jej dzielny obrońca sprzed lat.
Śledząc fabułę "Aliens: Outbreak" wypada przyznać, że Mark Verheiden z powierzonego mu zadania wywiązał się nad wyraz dobrze. Przez blisko sto siedemdziesiąt stron umiejętnie budował napięcie wykorzystując w scenariuszu zarówno motywy sprawdzone, jak i rozwiązania mocno nowatorskie. Obok znanego wątku o amerykańskich marines odbywających kosmiczny spacer, obok chciwej korporacji marzącej o stworzeniu kontrolowanego zabójcy doskonałego, otrzymaliśmy Królową – w genialnej wersji Marka Nelsona! – wykorzystującą naiwnych ludzi i bezwzględnego socjopatę wyznającego zasadę „cel uświęca środki”. Całość dopełnił niesamowity motyw sekty – Kościoła Niepokalanego Wylęgu – widzącej we wspomnianej Królowej prawdziwego Mesjasza, ofiarującego ludzkości 'ostateczną komunię'. Postać 'wielebnego' Salvaje i rozpowszechniana przez niego idea stanowią jeden z najciekawszych punktów całego komiksu. A scena z wyznawcami oddającymi się Mesjaszowi? Po prostu warta zapamiętania; coś niesamowitego. Podobnie jak i wątek miłosny pomiędzy Newt a jednym z marines sierżanta Hicksa. Jeżeli kogoś interesują kwestie typu 'czy androidy marzą o elektrycznych owcach?' na pewno będzie usatysfakcjonowany. Cieszę się, że w "Aliens: Outbreak" nie zabrakło miejsca dla tematów poruszających poważne zagadnienia. To właśnie dzięki niecodziennym i pomysłowym motywom pobocznym – oraz genialnym szkicom – warto poznać historię opowiedzianą przez Marka Verheidena i Marka Nelsona.
Początkowo "Aliens: Outbreak" został rozpisany na sześć zeszytów, publikowanych od maja 1988 do lipca 1989 roku. Pozytywne przyjęcie historii Verheidena ze strony fanów doprowadziło do jej wielokrotnych wznowień; jednak w lekko zmodyfikowanej formie. Premiera "Alien3" [05/1992] Davida Finchera wymusiła na władzach Dark Horse Comics wprowadzenie zmian w oryginalnym scenariuszu, celem zachowania zbieżności fabularnej komiksów z filmami. Z pierwszymi modyfikacjami czytelnicy mogli zapoznać się już w drugiej połowie 1992 roku w powieści 'Aliens: Earth Hive" [pl "Obcy: Mrowisko"] Steve’a Perry’ego. I tak, sierżanta Hicksa zastąpił David Wilks, a Newt zmieniła się w Billie - najmłodszą osobę, która przeżywał inwazję ksenomorfów na kolonialnym świecie Rim. Po wielu latach – dokładnie 26 kwietnia 2016 roku – wydawnictwo Dark Horse Comics powróciło do pierwotnego zamysłu Marka Verheidena zamieszczając go w "Aliens 30th Anniversary: The Original Comics Series". W listopadzie 2017 roku wydawnictwo Scream Comics zaprezentowało polską wersję komiksu.
------------------------------
"Aliens: Outbreak" (1988-1989)
napisał: Mark Verheiden
narysowali: Mark Nelson, Ron Randall
#001 "Shadow of the Golden Crane" (01/2025)
No i mamy kolejną miniserię ze świata Hellboya. Tym razem prezentuje nam ona tajne stowarzyszenie w Chinach, które zajmowało się gromadzeniem i neutralizowaniem groźnych artefaków. Upraszczając: członkowie Golden Crane Society robili dokładnie to samo, co amerykańskie Bureau of Paranormal Research and Defense [B.P.R.D.] a piszę 'zajmowali', ponieważ władze komunistyczne koniec końców ukruciły działalność stowarzyszenia a zgromadzone przez nie dziwne i nadprzyrodzone przedmioty gdzieś się... zapodziały. Tyle mniej więcej możemy wyczytać między wierszami historii głównej. Prawdopodobnie w kolejnych zeszytach dostaniemy coś jeszcze z historii Golden Crane Society.
Fabularnie dostajemy standard. Zero zaskoczeń i fajerwerków. Główna bohaterka historii Susan Xiang - analityczka Biura - na wieść o pewnych wydarzeniach zawiesza pracę przy biurku i rusza w teren razem z Hellboyem i Victorem Koestlerem. Coś jej mówi, że ta aktualna sprawia wiąże się z jej przeszłością i tak rzeczywiście jest. Na ten moment więcej szczegółów nie zdradzam, bo to historia świeża, więc nie chcę za bardzo spoilerować.
Na pewno sięgnę po kolejne zeszyty, choć tak jak pisałem jest to typowy średniak ze świata Hellboya. Nic specjalnego, wręcz przeciwnie. Kolejne stowarzyszenie, kolejna tajemnica do rozwiązania i kolejne demonty do pokonania. Jako fan tego uniwersum będę czytał dalej, ale nie zdziwiłbym się, gdyby ta seria przeszła bez większego echa. Rysunkowo mocno nijako, choć sam chiński demon wygląda dobrze.
------------------------------
#001 "Shadow of the Golden Crane" [01/2025]
napisał: Chris Roberson
narysował: Michael Avon Oeming
pokolorował: Chris O'Halloran
okładka: Michael Avon Oeming i Dave Stewart
"Czarny Młot. Odrodzenie. Część trzeba" || #009-012 "Black Hammer. Reborn" [09/2022]
Są na pokładzie osoby czytające jeszcze serię "Czarny młot"? Przyznam, że zanim pan Jeff Lemire i inni zaczęli rozbudowywać uniwersum mocno kibicowałem tym dziwnym bohaterom i ich pokręconym rzeczywistościom. Do pewnego stopnia byli oni szalonym odbiciem znanych nam superbohaterów, tych najpopularniejszych, a także hołdem złożonym pulpowym historiom sprzed kilkudziesięciu lat. Grało mi to idealnie. Na początku.
Moje podejście do "Czarnego młota" zmieniło się, gdy ich twórcy chyba sami zaczęli tracić kontakt z rzeczywistością. Wrzucili zbyt dużo grzybów do jednego barszczu? Niewykluczone. Być może pogubili się we własnej opowieści. Wdarł się do niej chaos i to nie za sprawą szalonego pułkownika Weirda.
A teraz konkrety, ale bez spoilerów.
Trzeci rozdział "Odrodzenia" przynosi kolejne informacje związane z akcją: 'kolizja dwóch światów wydaje się nieunikniona'. Co więcej? Wielkie ZŁO nadchodzi!
Z powodu dość zagmatwanej fabuły - z owego 'zagmatwania' bekę wydają się mieć również twórcy serii - na starcie dostajemy krótkie wyjaśnienie 'kto z kim i dlaczego'. Nie jest ono zbyt precyzyjne, więc zanim sięgnięcie po ten album poznajcie wcześniejsze. Dobrze Wam radzę.
Jeff Lemire potrafi opowiadać, ale w tej historii chyba za mocno chciał czytelników szokować. Miał pomysł, zabrakło jednak miejsca do jego spokojnej realizacji. Wierzę, że gdyby dostał więcej czasu mógłby na spokojnie bawić się tymi wszystkimi nawiązaniami do różnych rzeczywistości DC Comics a tak… co czwarta plansza to nowy zwrot akcji i nowe koncepcje dane nam do przetrawienia. Zdecydowanie tego za dużo.
Momentami miałem problem, aby zrozumieć rewelacje głoszone przez Parlament Weirdów - tak, oni także się tutaj pojawiają - a jak już poskładałem puzzle w jakąś sensowną całość to wpadł jeszcze jeden Weird i wywrócił stół z moim obrazkiem.
I nie był to odosobniony przypadek. Pan Jeff Lemire lubi jak jest dziwnie, jak może choć na chwilę oszukać czytelnika, etc. Szkoda, że w swoich zabawach nie zna umiaru. Chwilami mógłby zwolnić. Wydaje mi się, że fabuła tylko na tym zyskałaby. Mielibyśmy szansę na dłuższe tête-à-tête z bohaterami i na przemyślenie tego na co patrzymy.
------------------------------
#009-012 "Black Hammer. Reborn" vol 1 [09/2022]
napisał: Jeff Lemire
narysowała: Caitlin Yarsky
Polskie wydanie: "Czarny Młot. Odrodzenie, część trzecia" tom 7 [Egmont 2025]
"Mazebook. Księga labiryntów"
"Mazebook. Księga labiryntów" Jeffa Lemire’a to jeden z bardziej interesujących tytułów, które dane mi było ostatnio czytać. I takich tez nie rzucam przez pryzmat mocno wkręcającego pomysłu - choć ten z powodzeniem mógłby stanowić podstawę scenariusza do jednego z epizodów "Strefy Mroku" - ale z uwagi na chwytające za serce ukazanie człowieka od lat zmagającego się ze śmiercią córeczki. Nigdy nie jest to temat prosty do przekazania. Wielu artystów często idzie na skróty, skręca w stronę bardzo poważnych, dramatycznych i nasiąkniętych depresją kadrów zapominając, że można inaczej. Tak jak chociażby Jeff Lemiere.
Opowiadać z wyczuciem oraz pewnością, że prędzej czy później historia zacznie żyć własnym życiem, jeżeli tylko na to pozwolimy. Autor dużo miejsca w posłowiu poświęcił właśnie wskazaniu czytelnikowi punktu wyjścia tej historii, zdradzeniu co skłoniło go do podjęcia tak skomplikowanego tematu a także wyjaśnieniu procesu tworzenia rzeczywistości w "Mazebook". Wyjaśnia jak powstawała droga tytułowego bohatera i jak często kroczył on własną ścieżką porzucając rolę marionetki ulegającej Losowi. I ten chaos fabularny - chaos bardzo pozytywny - jest doskonale wyczuwalny w tej opowieści. Historia trzyma nas w niepewności do samego końca a sama postać Willa dzięki owej nieprzewidywalności wydaje się bardziej ludzka, mniej kartonowa.
Kilkakrotnie w trakcie lektury łapałem się na tym, iż autentycznie nie wiem dokąd pan Lemire mnie prowadzi. Miałem swoje tropy, jednak wszystkie gdzieś znikały gdy bohater wkraczał w kolejny obszar labiryntu. I choć wraz pojawieniem się postaci Lisy poszczególne klocki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce to nadal nie byłem pewien zakończenia. To największa zaleta tej historii. Jeff Lemire mimo iż wybrał temat wydawałoby się mocno ckliwy oddał go w sposób wyjątkowo pomysłowy, tak fabularnie jak i rysunkowo.
Kreska tego albumu to w ogóle rzecz warta osobnego podkreślenia. Jest inna od tego do czego przyzwyczaił nas artysta. Jest mocno oszczędna - także kolorystycznie - ale właśnie przez tą swoją ubogość sprawia, że plansze zlewają się dezorientując czytelnika oraz zmuszając go poruszania się po komiksie niczym w jakimś labiryncie. Daje to niesamowity efekt i udowadania, że Jeff Lemire powinien częściej tworzyć autorskie projekty.
____________________
"Mazebook" [09/2021-01/2022]
Tytuł polski: "Mazebook. Księga labiryntów"
Scenarzysta: Jeff Lemire
Rysunki: Jeff Lemire
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 256
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328170476
Data wydania: 29 maj 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Opis wydawcy:
Pogrążony w żałobie po stracie córki ojciec odbiera tajemniczy telefon. Rozmówczyni twierdzi, że jest jego ukochaną małą Wendy i że została uwięziona pośrodku labiryntu! Mężczyzna, przekonany, że dziecko kontaktuje się z nim z zaświatów, wyznacza zawiłą drogę przez inny poziom rzeczywistości, aby sprowadzić córkę z powrotem do domu...
[1997-1999] "The Vârcolac" / "A Christmas underground" [podcast]
W dzisiejszym odcinku wspólnie z Hellboyem - najskuteczniejszym i najbardziej rozpoznawalnym agentem Biura Badań Paranormalnych i Obrony - udajemy się do Anglii, gdzie nasz bohater staje w zawody z kolejnymi istotami dybiącymi na maluczkich i zlęknionych. Tym razem na swojej drodze spotyka hrabinę Ilonę Kakosy oraz demona z piekła rodem.
_________________________
"The Vârcolac"
014-019 "Dark Horse Extra" [07/1999-01/2000]
Scenariusz i rysunki: Mike Mignola
Kolor: Dave Stewart
"A Christmas underground"
"Hellboy. Christmas Special" [12/1997]
Scenariusz i rysunki: Mike Mignola
Kolor: James Sinclair
"Jenny Finn"
Wiktoriańska Anglia, londyńskie zaułki wymagające bacznego rozglądania się na wszystkie strony, dziwna zaraza, duchy oraz Joe, który próbuje zrozumieć czego dokładnie jest świadkiem. Czytelnik również - właściwie od samego początku - próbuje ułożyć w logiczną całość podsuwane mu wątki. I jeden i drugi nie mają prostego zadania, gdyż opowieść kreślona przez pana Mike’a Mignolę i towarzyszący mu zespół jest w mojej ocenie prowadzona za szybko a co za tym idzie ciut zbyt chaotycznie.
To znaczący minus tego tytułu. Fabularnie historia wypada przyzwoicie - choć nie jest to także coś, czego nie widzielibyśmy wcześniej - ale sam sposób jej opowiadania wprowadza zwyczajnie... zamęt. Gdzieś pod koniec drugiego rozdziału zacząłem zastanawiać się czy aby nie mamy tutaj jakiegoś wariantu przerostu formy nad treścią. Cała historia została zamknięta na kilkudziesięciu stronach a dostaliśmy naprawdę ogrom pokręconych motywów. Istoty z koszmarów Lovecrafta, zjawy zamordowanych kobiet, wariację Kuby Rozpruwacza, maniaków spirytualizmu, zapomniane wierzenia, przepowiednie, artystę-szaleńca czekającego na objawienie, steampunkowych stróżów porządku, etc. Natłok tych wszystkich wątków przytłacza i nie pomaga w śledzeniu historii, zwłaszcza że wydarzenia następują po sobie bardzo, bardzo szybko. Wygląda to tak jakby twórcy komiksu chcieli za wszelką cenę wrzucić do scenariusza jak największą liczbę motywów kryminalno-horrorowatych. Przy czym robiąc to zapomnieli, że taki miszmasz zazwyczaj utrudnia odpowiedni odbiór historii.
Od strony czysto rysunkowej komiks może się podobać - ja jestem pod wrażeniem 😁- ale lojalnie uprzedzam, że ma on w sobie coś z karykatury. Styl Troya Nixey'a jest mocno specyficzny. Cechuje go surowość - popadajaca miejscami w brzydotę - w przedstawianiu teatru wydarzeń jak i samych bohaterów. Na to wszystko nakłada się duża paleta kolorów stonowanych, co jeszcze bardziej podkreśla ponury charakter komiksowej rzeczywistości. To z kolei... znaczący plus tego komiksu. Panowie Nixley, Dalrymple oraz Stewart spisali się lepiej niż scenarzysta Mignola. To coś nowego.
____________________
#001-004 "Jenny Finn" [11/2017-02/2018]
Tytuł polski: "Jenny Finn"
Scenarzyści: Mike Mignola, Troy Nixey
Rysunki: Troy Nixey, Farel Dalrymple
Kolor: Dave Stewart
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Seria: Jenny Finn
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328153660
Data wydania: 28 luty 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Historia przywołująca na myśl klimaty H.P. Lovecrafta rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii. Na londyńskie doki pada blady strach, kiedy pojawiają się dziwaczne potwory i znajdowane są zwłoki ze śladami macek. Śmierć zbiera coraz większe żniwo i rodzi się pytanie: jaki związek z groźnymi i zagadkowymi zjawiskami ma tajemnicza dziewczynka, która pojawiła się znikąd? Gdy o morderstwa oskarżony zostaje niewinny człowiek, grupa Londyńczyków postanawia zorganizować seans spirytystyczny, lecz czy pozwoli on zidentyfikować zabójcę i znaleźć odpowiedzi na liczne pytania?
Etykiety:
2017,
2018,
Dark Horse Comics,
Dave Stewart,
Egmont,
Farel Dalrymple,
komiks amerykański,
komiksy,
Lovecraft,
Mike Mignola,
pulpa,
recenzje,
Świat komiksu,
Troy Nixey
"Star Wars. Darth Maul. Syn Dathomiry"
Zacznę od przyznania, że nie lubię Maula. Nie lubiłem, kiedy pierwszy raz pojawił się w gwiezdnowojennym uniwersum i nie lubię go dzisiaj. Nie pytajcie mnie o powody tej niechęci, naprawdę nie wiem dlaczego ale ta postać dość mocno działa mi na nerwy. Być może jest dla mnie zbyt nijaka i mająca zbyt mało do zaoferowania. Ot, jeden z uczniów Lorda Sidiousa, który miał pecha być tym skazanym na pożarcie. Jeżeli ktoś zapytałby mnie czy kojarzę jakieś fajne historie z jego udziałem to niestety, nie dane mi było do nich dotrzeć. Dla mnie Darth Maul to po prostu jeden z wielu Sithów, więc mocno się zdziwiłem widząc, że doczekał się własnego albumu. Dobrego albumu?
W połowie 2014 roku włodarze lucasowej franczyzy postanowili przypomnieć fanom o wspomnianym bohaterze oraz przy pomocy amerykańskiego scenarzysty Jeremy'ego Barlowa sprezentowali mu krótką, czterozeszytową historię. Nic wielkiego, nic oryginalnego, nic nadzwyczajnego. Najprościej rzecz ujmując album "Darth Maul. Son of Dathomir" okazał się typowym sensacyjniakiem, prostą przygodówką bez większego znaczenia dla chronologii uniwersum. Przynajmniej ja nie dostrzegam owego 'znaczenia'. Niewykluczone, że dla osób 'siedzących w Gwiezdnych Wojnach' krucjata Dartha Maula wypełnia jakieś chronologiczne luki i wyjaśnia pewne kwestie, których zwyły zjadacz chleba nie dostrzega. Prawdę powiedziawszy mam nadzieję, że tak właśnie jest, gdyż w innym przypadku mielibyśmy wyłącznie mocno przeciętną historię.
Jeżeli chodzi o fabułę historia sprowadza się właściwie do jednego, to jest do rywalizacji Maula i jego matki - wieźmy Talzin reprezentującej Siostry Nocy - z lordem Sidiousem. Ów zatarg ma swoje źródło ze wspólnej, burzliwej przeszłości trójki bohaterów. Przeszłości, która po latach zaczyna o sobie przypominać. I właściwie to tyle. Czytelnikom nie dane jest poznać konkretne powody owej rywalizacji choć możemy się ich domyślać. W końcu, lord Sidious wybierając uczniów żadno oglądał się na ich rodzinne koneksje.
Podsumowując. Album "Darth Maul. Syn Dathomiry" z pewnością nie zalicza się do grupy komiksów must have. Powinni być z niego zawodoleni czytelnicy będący rzeczywiście twardymi miłośnikami Star Wars. Dla pozostałych fanów komiku jest to tytuł, bez którego spokojnie mogą się obejść.
____________________
#001-004 "Darth Maul—Son of Dathomir" vol 1 [05-08/2014]
Tytuł polski: "Star Wars. Darth Maul. Syn Dathomiry"
Scenarzyści: Jeremy Barlow, Dave McCaig
Rysunki: Dave McCaig, Juan Frigeri, Lucas Marangon
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Seria: Star Wars
Format: 167x255 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328164413
Data wydania: 31 styczeń 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Licznik przeczytanych komiksów: 20/2024*
Opis wydawcy:
Przecięcie na pół przez Obi-Wana Kenobiego i odrzucenie przez dawnego sithańskiego mistrza, Dartha Sidiousa, to za mało, żeby pokonać Dartha Maula. W istocie jedynie go to wzmocniło na tyle, żeby stanął do walki z całą galaktyką... wraz z armią Mandalorian! Po utworzeniu Kolektywu Cienia – organizacji przestępczej złożonej z Huttów, Czarnego Słońca, Mandalorian i budzących grozę Braci Nocy – Maul wypowiada wojnę Sidiousowi i jego generałom, hrabiemu Dooku i generałowi Grievousowi. Opowieść stanowi adaptację niewyprodukowanych odcinków serialu "Wojny klonów" i jest finałem sagi o Maulu.
"Hellboy in love. Goblin Night" [podcast]
Wielkimi krokami zbliżają się Walentyki i właśnie z tej okazji omawiam dla Was dwa pierwsze zeszyty serii "Hellboy in Love". Dzisiejsza historia - "Goblin Night" - przenosi nas do Anglii 1979 roku, gdzie przyglądamy się Hellboyowi pomagającemu urocznej archeolożce, Anastasii Bransfield. Jak wyglądają relacje ich łączące? Jak układa im się współpraca? Czego chcą tytułowe gobliny od Anastasii? Tego wszystkiego dowiecie się z dzisiejszego odcinka.
Podcast do wysłuchania na Spotify oraz You Tube. Zapraszam!
_________________________
"Goblin Night"
#001-002 "Hellboy in Love" vol 1 [10-12/2022]
Scenarzyści: Mike Mignola, Christopher Golden
Rysownik: Matt Smith
Licznik przeczytanych komiksów: 16/2024**
"The Nature of the Beast" [podcast]
W dzisiejszym odcinku podcastu Retro komiks zapraszam Was do Mignolaverse, gdzie przyjrzymy się pojedynkowi Hellboya ze smokiem a dokładnie z czerwiem świętego Leonarda. Historia "The Nature of the Beast" została po raz pierwszy opublikowana w ramach serii "Dark Horse Presents" w lutym 2000 roku.
_________________________
"The Nature of the Beast"
#151 "Dark Horse Presents" vol 1 [02/2000]
Scenarzysta: Mike Mignola
Rysownik: Mike Mignola
Kolory: Dave Stewart
Polskie wydanie: "Hellboy. Spętana trumna. Prawa ręka zniszczenia" [Egmont, 2018]
Licznik przeczytanych komiksów: 7/2024*
Etykiety:
2000,
Dark Horse Comics,
Dave Stewart,
Egmont,
Hellboy,
komiks amerykański,
komiksy,
Mike Mignola,
nagrania,
podcast,
pulpa,
recenzje,
Scott Allie,
Spotify,
You Tube
#003 "Giant Robot Hellboy" [12/2023]
Mamy to! Troszeczkę musieliście poczekać na podsumowanie serii "Giant Robot Hellboy", ale koniec końców się udało. Premiera trzeciego zeszytu miała miejsce na przełomie minionego i obecnego roku, choć widziałem także portale twardo informujące o premierze w styczniu. W sumie nie ma to znaczenia. Ważne, że doczekaliśmy się 🙂
Warto było. Nawet jeżeli historia jako całość fabularnie kuleje z uwagi na nijakie, postać Hellboya to zdecydowanie za mało, powiązanie z mignolaverse to i tak cieszę się, że miałem szansę ją przeczytać. Na brawa zasługuje głównie kreska, za którą odpowiada Duncan Fegredo, artysta związany z franczyzą od blisko dwudziestu lat. Dwadzieścia lat! Pan Fegredo miał czas na naukę hellboyowego stylu i ten czas wykorzystał. Wystarczy spojrzeć na tytułowego robota czy też jego walkę z wymyślnymi potworami. Cudo 🙂
Odnośnie scenariusza. Nie wiem do końca co o nim sądzić. Z jednej strony, mamy wyspę pełną dziwnym stworzeń i ruiny naukowego kompleksu, w którym działy się rzeczy mocno zakazane. Jakie konkretnie? Podobno dochodziło tam do pewnych eksperymentów. Badań, co do których opinia publiczna mogłaby mieć różne zdanie, więc jakaś tam głównodowodząca postanawia wysadzić ową wyspę w powietrze i tym samym pogrzebać wszystkie dowody pod wodą. Proste? Proste. Do akcji zostaje zaagnażowany Hellboy, którego świadomość - dodajmy: kontrolowana świadomość - ma sterować tytułowym robotem. Tak to ma działać i do pewnego momentu faktycznie działa. Potem zaczynają się schody, tj. robot zaczyna żyć własnym życiem a prostą z założenia misję trafia szlag, etc.
Oczywiście, do eksplozji dochodzi i wyspa znika z powierzchni, ale... No właśnie. Nie jestem pewien, czy to jest koniec opowieści. Pan Mignola wydaje się jasno sugerować, że o całej sprawie jeszcze usłyszymy, ale na ten moment pewien rozdział tej historii zostaje zamknięty. Pozostają pytania, na które - być może w niedalekiej przyszłości - znajdą się odpowiedzi.
_________________________
#003 "Giant robot Hellboy" vol 1 [12/2023]
Scenarzysta: Mike Mignola
Rysownik: Duncan Fegredo
Kolory: Dave Stewart
Twórcy okładki: Duncan Fegredo
Polskie wydanie: brak
Licznik przeczytanych komiksów: 6/2024**
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.png)



































.webp)
.webp)
-page1.jpg)
.jpg)











