Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lovecraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lovecraft. Pokaż wszystkie posty

"Marka Cthulhu" (2020) || August Derleth


Jak wiele klasycznych opowieści grozy czeka w kolejce na swój debiut w Polsce? Z każdym rokiem coraz mniej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że od dwóch, trzech lat możemy zaobserwować wzrost zainteresowania pracami sprzed kilkudziesięciu a nawet kilkuset lat. Coraz częściej padają pytania o autorów wcześniej pomijanych czy wręcz zapomnianych, także tych tworzących weirdową pulpę. Naszła nas ochota na zgłębianie podwalin gatunku? A może najzwyczajniej w świecie szukamy odskoczni od horroru współczesnego? Niezależnie od przyczyn zjawiska warto je wspierać – co de facto czynimy – i pielęgnować. W naturalny sposób prośby czytelników znajdują odzwierciedlenie w zapowiedziach poszczególnych wydawnictw. Do oficyny pana Pawła Marszałka, jeszcze do niedawna będącego prawdziwym outsiderem polskiej sceny wydawniczej, dołączają kolejni promotorzy dawnej grozy. Wśród nich ekipa Wydawnictwa IX.

Ponad rok temu usłyszeliśmy, że na polski rynek zawita August Derleth i jego "Maska Cthulhu", zbiór sześciu opowiadań pierwotnie opublikowanych w latach 1939-1957 na łamach magazynów "Weird Tales" oraz "Fantastic Universe". Wspomniana informacja wywołała w środowisku miłośników horroru – nie tylko wśród osób zafascynowanych światami Lovecrafta – naturalny i w moim przekonaniu całkowicie zrozumiały entuzjazm. Podejrzewam, że każdy kto choć trochę czytał o dokonaniach Derletha chciał w pewien sposób przekonać się o wartości i sile jego literackich pomysłów. Pomysłów dużo bardziej indywidualnych – nie bazujących na notatkach mistrza z Providence – od tych zaprezentowanych chociażby w zbiorze Obserwatorzy spoza czasu. Jeżeli o mnie chodzi to dodatkowo chciałem osobiście przekonać się, czy opowieści zebrane w "Masce Cthulhu" potrafią zwyczajnie zaciekawić. Zweryfikować czy wyprawa do Nowej Anglii Derletha będzie równie porywająca jak podróże po tych terenach w towarzystwie Lovecrafta.


August Derleth nie był drugim Lovecraftem, choć zapewne bardzo chciał. Był za to człowiekiem, dzięki któremu pamięć o Samotniku z Providence przetrwała próbę czasu – w dużej mierze za sprawą jego tytanicznej pracy w wydawnictwie Arkham House. Był także pisarzem, który dość dobrze poruszał się w obrębie 'mitologii Cthulhu', który to termin sam ukuł. Przykładem sprawnego się nią posługiwania jest właśnie "Maska Cthulhu". Jak bardzo sprawnego? Od autorów piszących w hołdzie Lovecraftowi wymagam, aby możliwie mocno łączyli własne historie z opowieściami oryginalnymi. Niekoniecznie poprzez motyw przewodni 'cyklu Arkham', czyli w wielkim uproszczeniu: relacje kontaktów ludzi z Przedwiecznymi, ale o połączeniu bardziej przyziemnej natury. I "Maska Cthulhu" takie literackie scalenie oferuje. Choć większość czytelników doskonale zdawało sobie sprawę, iż zaprezentowane w zbiorze wydarzenia rozgrywają się na terenie Nowej Anglii, to Derleth poszedł dalej i dość mocno sprecyzował lokalizacje poszczególnych opowiadań. W "Powrocie Hastura" posiadłość Amosa Tuttle’a – ciekawe czy twórcy serialu Detektyw inspirowali się bohaterem opowiadania? – usytuowana została 'przy Aylesbury Road pobliżu zjazdu do Innsmouth', z kolei dom Sylvana Phillipsa [Pieczęć z R’lyeh] znajduje się bezpośrednio w owej miejscowości. Podobnie wygląda kwestia umiejscowienia wydarzeń w czasie. We "Wzgórza lelków" bohaterowie wracają do niedawnych wydarzeń z Dunwich, zaś w "Powrocie Hastura" i "Układzie Sandwina" zostaje przywołana akcja 'wysadzania dynamitem osiedla przybrzeżnych budynków i części złowieszczej Diabelskiej Rafy'. Być może dla większości czytelników powyższe drobiazgi nie mają większego znaczenia. Dla mnie jednak pełnią bardzo ważną funkcje. Chronologii wydarzeń nadają znamiona autentyczności oraz scalają poszczególne opowieści tworząc coś na kształt uniwersum.

Skoro mowa o dążeniach Derletha do nadania opowieściom wiarygodności warto wspomnieć o jeszcze jednym zabiegu obecnym w "Masce Cthulhu". I nie mówię tutaj o próbach wkomponowania mitologii Cthulhu do wierzeń rzymskokatolickich. O tym możecie dowiedzieć się zerkając do posłowia Mikołaja Kołyszki [Tak, Derleth nasz oszukał – ale jednak był wielki]. Z kolei w "Powrocie Hastura" możecie przeczytać o Robercie Chambersie oraz o panu Bierce i jego Carcosie. Natomiast w "Rzeczy z drewna" być świadkiem zestawienia tytułowej figurki z rzeźbami Clarka Ashtona Smitha. Oczywiście powyższe nazwiska nie wpływają w znaczący sposób na fabułę opowiadań, ale z pewnością pobudzają wyobraźnię. Stanowią pewien rodzaj literackiego mrugnięcia okiem do czytelników, drobnego ale wyjątkowo efekciarskiego.

No dobrze, lecz czy "Maska Cthulhu" oferuje czytelnikowi coś więcej niż krajoznawczą wycieczkę po owianych złą sławą miasteczkach Nowej Anglii? Z całą pewnością, zwłaszcza miłośnikom prozy Samotnika z Providence. Derletha oczarowała wizja Lovecrafta, co wyraźnie odzwierciedlają pisane przez niego historie. To dlatego w jego opowiadaniach nieustannie natrafiamy na motywy dość dobrze nam znane i kojarzone jednoznacznie. W "Domu Sandwinów" raz jeszcze odkrywamy kulisy koszmarnego paktu zawartego między człowiekiem a Przedwiecznymi. Przymierza, którego konsekwencje – nie tylko duchowe, ale i stricte fizyczne – od razu przywodzą na myśl wydarzenia z "Widma nad Innsmouth". Czytając "Rzecz z drewna" mamy szansę ponownie obserwować wpływ dziwnej, prymitywnej figurki – będącej czymś na kształt bramy do innego wymiaru – na umysł człowieka wrażliwego. Nie będę w tym miejscu wymieniał wszystkich fabularnych zbieżności, aby nie zepsuć zabawy tym, którzy do "Maski Cthulhu" dopiero zasiądą. Śmiem twierdzić, że samodzielne odkrywanie owych powiązań to radość równa radości potomka Phillipsów, kiedy pierwszy raz poczuł zew morza [Pieczęć z R’lyeh].


Jak zaznaczyłem na samym początku: August Derleth dość sprawnie poruszał się w obrębie rzeczywistości arkhamowej. Owszem, gdy czuł potrzebę jej modyfikacji – przykładem ponownie niech będzie naginanie mitologii Cthulhu do własnych wyobrażeń na temat walki Dobra ze Złem – to po postu jej dokonywał. W moim przekonaniu miał do tego prawo, choć oczywiście powinien owe zmiany opatrzyć stosownymi przypisami. Tak, aby przyszłe pokolenia umiały bezbłędnie oddzielić obie wizje, Lovecrafta i Derletha. Fakt, że zaniechał owych wyjaśnień to prawdopodobnie jeden z jego największych grzechów. Zasiadając do lektury "Maski Cthulhu" warto o tym pamiętać. Pomoże to we właściwej ocenie zbioru i oddali zarzuty – jak najbardziej słuszne, ale przecież powtarzane od lat – o zniekształcanie, wypaczanie podań o Wielkich Przedwiecznych. W końcu, jak długo jeszcze będziemy karać Derletha za jego przewinienia? Czyżbyśmy życzyli sobie aby Arkham House nigdy nie powstał?

Zakończywszy lekturę "Maski Cthulhu" postanowiłem, że będę bronił zawartych w niej tekstów. Są one oparte na podobnych scenariuszach i przez to mocno przewidywalne. Czytelnik nieustannie jest bombardowany tymi samymi fabularnymi zagrywkami, a poszczególne wątki są lustrzanymi odbiciami wątków zapoczątkowanych przez Lovecrafta. Wszystko to już było. Tajemnicze zniknięcie lub śmierć przedstawiciela rodu, 'kroki istoty o wymiarach przekraczających ludzkie wyobrażenie", lelki zwiastujące śmierć, fizyczne deformacje ciała, przerażająca a zarazem fascynująca muzyka, zakazane księgi, monumentalne budowle, człekopodobne stworzenia czy rozpaczliwe prośby opętanych w godzinie ich agonii. Mógłbym wymieniać bardzo długo. Czy jednak brak oryginalności z góry skazuje opowiadania Derletha na niskie noty? Nie w moich oczach. Przyznam, że za tym tęskniłem. "Maska Cthulhu" pozwoliła mi ponownie poczuć ducha Lovecrafta. O wiele bardziej niż wszystkie te współczesne historie, które zapominają, że Lovecraftowi daleko było do obłędnej przemocy czy seksualnej degeneracji atakującej czytelnika.

August Derleth. Przez jednych ceniony, przez drugich pogardzany. Choć od premiery "Maski Cthulhu" minęło ponad sześćdziesiąt lat to wznowienia prozy Derletha wciąż wzbudzają szerokie zainteresowanie. Nic się nie zmieniło. Horror potrzebuje światów Lovecrafta, tak samo jak w latach trzydziestych, czterdziestych i kolejnych. I nadal będzie potrzebował. Żywię ogromną nadzieję, że ekipa Wydawnictwa IX podziela moje zdanie.

* Wszystkie cytaty pochodzą ze zbioru Maska Cthulhu Augusta Derletha; Wydawnictwo IX, Kraków 2020.

** Niniejsza recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Carpe Noctem.

"Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" || Jakub Rebelka, Romuald Giulivo


Tak się jakoś pięknie składa, że mam słabość do tytułowego bohatera. Z prostej przyczyny: choć latka mijają to nadal widzę w nim autora, od którego wielu współczesnych mogłoby się uczyć. Wybaczcie to dziwne porównanie, lecz z jego pisarstwem jest trochę jak ze starymi samochodami. Nowe auta z salonu, choć pięknie reklamowane, często rozczarowują. Jak to się mówi? Ładnie wyglądają w pudełku. Proza Lovecrafta jest inna. Jest stara, ale dla mnie niezawodna. Można jej zarzucać pewne wady, być może zbyt prosty momentami styl, ale choć wiekowa nadal mocno działa na wyobraźnię. Oczywiście pod warunkiem, że czytelnik chce dać szansę autorowi.

Podobnie jest z komiksem panów Jakuba Rebelki i Romualda Giulivo. Przez ostatnie dni sporo naczytałem się niezbyt pozytywnych opinii na temat tej pozycji. Wiele z nich poruszało problem nieczytelnych ścian tekstu a przy tym ignorowało niemalże całkowicie clou fabularne. Nie powiem, patrząc na te opinie i nie rozumiejąc w jakim stopniu przywoływane w nich 'ściany nieczytelnego tekstu' faktycznie utrudniają lekturę, w mojej głowie powstał obraz prawdziwego, komiksowego koszmaru. Wręcz kosmicznego. Czy po lekturze moje obawy się sprawdziły? Ani trochę. Sądzę, że pewne osoby po prostu za mocno zafiksowały się na tej jednej kwestii, przez co ich ogólna ocena komiksu i pierwsze wrażenie z nim związane poleciały mocno w dół.


Oczywiście, pomysł z pismem mającym odzwierciedlać liternictwo, zapewne typowe dla czasów Lovecrafta, to zabieg rzeczywiście dość dziwny. Wizualizacja 'starych listów' może wybijać z lektury, ale patrząc obiektywnie te 'ściany tekstu' nie przysłaniają całości. Stanowią jej niewielki wręcz ułamek. Ignorując je całkowicie nadal jest to komiks interesujący. Będący z jednej strony próbą przypomnienia czytelnikom kim był Howard Phillips Lovecraft, z drugiej tytułem próbującym trochę usprawiedliwiać pisarza a nawet podkreślić jak wiele mu zawdzięczamy.

Bo zawdzięczamy, prawda? Nawet wiedząc o niedzisiejszych przekonaniach Lovecrafta wielu z nas spycha je na plan dalszy a nawet otwarcie ignoruje. Zdarzają się również i tacy, którzy zastanawiają się i próbują poskładać przekonania wspomnianego pisarza w jeden, spójny obraz. I są to chociażby autorzy komiksu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta". Stawiając bohatera w ogniu pytań, nawiedzając go duchami przeszłości, przyszłości oraz zjawami z jego wyobraźni starają się zrozumieć jego podejście do życia. Wyrwać z ust umierającego człowieka odpowiedzi na pytania, które być może i nam, czytelnikom znającym poniekąd pisarstwo Lovecrafta, gdzieś tam błąkają się po głowie.


Czy ja sam chciałbym jakieś zadać ojcu kosmicznej grozy? Nie wiem. Po prawdzie, nie wiem nawet czy właściwie interpretuje zdania wypowiadane przez bohaterów. Nie są to proste dialogi. Są one naładowane informacjami i tyloma odwołaniami do życia pisarza, że kilka razy nad ich właściwą interpretacją. Mając to na uwadze wydaje mi się zasadne wspomnieć, iż nie każdy odnajdzie się w tej historii. Na pewno, nie będzie to jednak wina niewłaściwiej formy prezentacji pewnych opisów. Jak już to wina będzie leżeć w naszym indywidualnym poziomie znajomości prozy pana Lovecrafta. Mówiąc wprost: z komiksem nie będą mieli problemu fani Samotnika z Providence.

Niemniej, pozostali także znajdą coś dla siebie. Dla przykładu: czytam Lovecrafta od lat, ale specem w jego twórczości nie jestem. Czytając "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" raz cierpiałem nie do końca rozumiejąc, co autorzy mają na myśli a raz zachwycałem się nad rysunkami i ogólnym storytellingiem, więc... Każdy wyrwie z komiksu coś na siebie. Nawet ci, którzy mają problem ze wspomnianymi wcześniej 'ścianami nieczytelnego tekstu'.
____________________
"Le Dernier Jour de Howard Phillips Lovecraft" [2023]
Tytuł polski: "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta"
Scenarzysta: Jakub Rebelka
Rysunki: Romuald Giulivo
Tłumaczka: Olga Mysłowska
Format: 210x310 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360890
Data wydania: 18 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Fantastyczna wyprawa w świat koszmarów jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku!
 
Utkany z wewnętrznego monologu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" to powrót do wyimaginowanych krain stworzonych przez Samotnika z Providence – jego wspomnień, gniewu i skrywanych mrocznych miejsc. 
 
Śledzimy ostatnią podróż skomplikowanego i udręczonego człowieka, który mierzy się ze swoimi wyborami wyrzeczeniami, demonami – przekonany, że w chwili śmierci na ludzi czeka tylko pocieszająca, wieczna noc. Ale czy autor nie jest w istocie nieśmiertelny dzięki historiom, które opowiada?


[2016] "Mity Cthulhu według Lovecrafta"


Jako osoba czytająca Lovecrafta od ponad dwudziestu lat jestem zadowolony. Jako fan komiksowych staroci mających na karku lekko pięćdziesiąt lat jestem bardzo zadowolony. Jeszcze zanim Wydawnictwo Elemental dało znać, że pracuje nad "Mitami Cthulhu" dobrze wiedziałem czego możemy się spodziewać. Po podobne opowieści sięgam średnio raz w tygodniu, choć naturalnie nie zawsze są to adaptacje prozy mistrza z Providence. Chyba, że uznamy Lovecrafta za ojca wszelakiego, koszmarnego zła. Wówczas można uznać, że z Jego horrorem mam do czynienia niemalże codziennie. Uwierzcie są to bardzo przyjemne - jakkolwiek to dziwnie zabrzmi - spotkania.

W przypadku "Mitów Cthulhu" wszystko sprowadza się do niesamowitych, mistrzowskich rysunków, które w mojej opinii kilkadziesiąt lat temu znaczyły często więcej niż obecnie. Może się to wydawać dość paradoksalne biorąc pod uwagę ilość tekstu wciskanego na ówczesne, komiksowe kadry ale tak olbrzymie nasycenie odautorskim komentarzem nie było czymś standardowym. Dużo zależało od samego rysownika, który umiejąc perfekcyjną kreską przedstawiać treść opowieści zwyczajnie rezygnował z literackich substytutów. Przykładem tego typu artysty jest Hiszpan, pan Esteban Maroto, którym z wyczuciem oraz dbałością o koszmarne szczegóły udowadnia jak wielką siłą może odznaczać się obraz.


Album "Mity Cthulhu" to zbiór biało czarnych plansz próbujących oddać grozę czającą się w tekstach Lovecrafta. To trudne zadanie. W słowach o wiele łatwiej przemycić sugestie, że oto stajemy oko w oko z koszmarem niemającym prawa istnieć w racjonalnym świecie. Niemniej, panu Maroto udało zbliżyć się niemalże do ideału, jeżeli taki komiksowy ideał istnieje. Artysta stawiając na niedosłowność obrazową, unikając kadrów wyrazistych, bawiąc odbiorców ustawieniem owych kadrów a także nieoczekiwanie zmieniając proporcje między postacią a jej otoczeniem wprowadza obrazowy chaos mocno wpisujący się w koszmarny przekaz płynący z literackiego pierwowzoru.

Co więcej, pan Esteban Maroto oddając ogrom lovecraftowego horroru nie zapomina o drobiazgach. O złych księgach, o starych rytuałach, o zasuszonych staruszkach pamiętających zakazane inkantacje, czyli o wszystkim co do pewnego stopnia może uchodzić za znaki rozpoznawcze definiujące twórczość Samotnika z Providence. Myślę, że niezmiernie istotne jest aby czytelnik biorąc do ręki ten komiks bez trudu odgadł jakim pradawnym bogom został on poświęcony. Aby wędrując wraz z bohaterem ulicami uśpionego Kingsport potrafił z miejsca wczuć się w klimat historii przypominając sobie tekst źródłowy.


Jeżeli o mnie chodzi nie miałem problemów z 'wkręceniem się' w lovecraftowską rzeczywistość. I rysunki pana Estebana Maroto - bijące po oczach pewnym psychodelicznym chaosem - i wspomniane pewne okultystyczne symbole na nowo rozpaliły we mnie ciekawość świata Wielkich Przedwiecznych. Myślę, że dla osób interesujących się dokonaniami Howarda Lovecrafta ten album to skarb. Pozostali powinni po niego sięgnąc aby przekonać się jak bardzo perfekcyjnym artystą był autor "Mitów Cthulhu".
____________________
"Los Mitos de Cthulhu de Lovecraft" [2016]
Tytuł polski: "Mity Cthulhu według Lovecrafta"
Scenarzysta: Esteban Maroto
Rysunki: Esteban Maroto
Tłumacz: Jakub Jankowski
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 80
Druk: cz.-b.
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396912572
Data wydania: 20 kwiecień 2024

Opis wydawcy:
Genialny Esteban Maroto perfekcyjnie wpasował zawartość – trzy najlepsze historie Howarda Phillipsa Lovecrafta, mistrza kosmicznej grozy – w kadry i dymki. Komiksy te przeleżały w zapomnieniu ponad trzydzieści lat, aby przypomnieć o sobie w starannym, kompletnym i niepozostawiającym miejsca na wątpliwości wydaniu, które trafia teraz do waszych rąk. Cała kariera Marota zaświadcza o tym, że jest on artystą płodnym i wszechstronnym, ale właśnie w niniejszym albumie ukazuje swoją najmniej znaną i docenianą twarz mistrza horroru.


"Jenny Finn"


Wiktoriańska Anglia, londyńskie zaułki wymagające bacznego rozglądania się na wszystkie strony, dziwna zaraza, duchy oraz Joe, który próbuje zrozumieć czego dokładnie jest świadkiem. Czytelnik również - właściwie od samego początku - próbuje ułożyć w logiczną całość podsuwane mu wątki. I jeden i drugi nie mają prostego zadania, gdyż opowieść kreślona przez pana Mike’a Mignolę i towarzyszący mu zespół jest w mojej ocenie prowadzona za szybko a co za tym idzie ciut zbyt chaotycznie.

To znaczący minus tego tytułu. Fabularnie historia wypada przyzwoicie - choć nie jest to także coś, czego nie widzielibyśmy wcześniej - ale sam sposób jej opowiadania wprowadza zwyczajnie... zamęt. Gdzieś pod koniec drugiego rozdziału zacząłem zastanawiać się czy aby nie mamy tutaj jakiegoś wariantu przerostu formy nad treścią. Cała historia została zamknięta na kilkudziesięciu stronach a dostaliśmy naprawdę ogrom pokręconych motywów. Istoty z koszmarów Lovecrafta, zjawy zamordowanych kobiet, wariację Kuby Rozpruwacza, maniaków spirytualizmu, zapomniane wierzenia, przepowiednie, artystę-szaleńca czekającego na objawienie, steampunkowych stróżów porządku, etc. Natłok tych wszystkich wątków przytłacza i nie pomaga w śledzeniu historii, zwłaszcza że wydarzenia następują po sobie bardzo, bardzo szybko. Wygląda to tak jakby twórcy komiksu chcieli za wszelką cenę wrzucić do scenariusza jak największą liczbę motywów kryminalno-horrorowatych. Przy czym robiąc to zapomnieli, że taki miszmasz zazwyczaj utrudnia odpowiedni odbiór historii.


Od strony czysto rysunkowej komiks może się podobać - ja jestem pod wrażeniem 😁- ale lojalnie uprzedzam, że ma on w sobie coś z karykatury. Styl Troya Nixey'a jest mocno specyficzny. Cechuje go surowość - popadajaca miejscami w brzydotę - w przedstawianiu teatru wydarzeń jak i samych bohaterów. Na to wszystko nakłada się duża paleta kolorów stonowanych, co jeszcze bardziej podkreśla ponury charakter komiksowej rzeczywistości. To z kolei... znaczący plus tego komiksu. Panowie Nixley, Dalrymple oraz Stewart spisali się lepiej niż scenarzysta Mignola. To coś nowego.
____________________
#001-004 "Jenny Finn" [11/2017-02/2018]
Tytuł polski: "Jenny Finn"
Scenarzyści: Mike Mignola, Troy Nixey
Rysunki: Troy Nixey, Farel Dalrymple
Kolor: Dave Stewart
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Seria: Jenny Finn
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328153660
Data wydania: 28 luty 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Historia przywołująca na myśl klimaty H.P. Lovecrafta rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii. Na londyńskie doki pada blady strach, kiedy pojawiają się dziwaczne potwory i znajdowane są zwłoki ze śladami macek. Śmierć zbiera coraz większe żniwo i rodzi się pytanie: jaki związek z groźnymi i zagadkowymi zjawiskami ma tajemnicza dziewczynka, która pojawiła się znikąd? Gdy o morderstwa oskarżony zostaje niewinny człowiek, grupa Londyńczyków postanawia zorganizować seans spirytystyczny, lecz czy pozwoli on zidentyfikować zabójcę i znaleźć odpowiedzi na liczne pytania?

"The Shuttered Room"

 

"Biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta" autorstwa Joshiego to pozycja doprawdy fascynująca. Wychwalać jednak jej zalet w sposób rozwlekły nie zamierzam, przynajmniej nie w tym momencie, ale wszystkich zainteresowanych już teraz zachęcam do zapoznania się z nią, gdyż na polskim rynku stanowi nieocenione źródło (słowa uznania dla Mateusza Kopacza, tłumacza owej książki) informacji na temat życia i pracy twórczej 'dżentelmena z Providence'. Co jeszcze ważniejsze, książka inspiruje do ciągłego uzupełniania wiedzy o Lovecrafcie oraz przypomina o wpływie jego dokonań na współczesną popkulturę. Ta ostatnia kwestia została szczegółowo przedstawiona w rozdziale "Twa sztuka nie odeszła (1937-1996)", gdzie możemy przeczytać między innymi o pośmiertnych publikacjach dzieł Lovecrafta, zatargach o spuściznę po zmarłym pisarzu, czy właśnie oddziaływaniu jego twórczości na kulturę masową.

Lektura wspomnianego rozdziału była poniekąd powodem, dla którego sięgnąłem po filmy zainspirowane utworami Lovecrafta. Dawno, dawno temu kierowałem pochwały pod adresem "The Haunted Palace" w reżyserii Rogera Cormana, dziś przyszedł czas na "The Shuttered Room". O ile jednak w przypadku dzieła Cormana nie mamy wątpliwości, iż nawiązuje bezpośrednio do opowiadania "The Case of Charles Dexter Ward", o tyle z drugim filmem sprawa nie jest już taka oczywista. Choć, w czołówce "The Shuttered Room" możemy dostrzec informację jakoby scenariusz opierał się o tekst Lovecrafta, to jednocześnie pojawia się tam nazwisko Augusta Derletha, osoby która dla zachowania pamięci o 'samotniku z Providence' zrobiła tylko dobrego, co i złego. Oficjalnie uznaje się, że autorem opowiadania "The Shuttered Room" był sam Derleth, który jednakże utrzymywał współautorstwo Lovecrafta. Podobne zabiegi stosował Derleth także przy innych utworach swojego autorstwa, zwłaszcza tych odwołujących się do 'mitologii Cthulhu'. Jego poczytania dokładnie opisuje między innymi Joshi w "H.P. Lovecraft: A life":

Już w latach czterdziestych Derleth wpadł w obsesję na punkcie „mitologii Cthulhu” i pisał jedno opowiadanie za drugim. Dwa zbiory, The Mask of Cthulhu (1958) oraz The Trail of Cthulhu (1962), zawierające teksty publikowane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, stanowią jedne z najgorszych fragmentów jego twórczości. Derleth, podobnie jak wieku późniejszych autorów tego typu pastiszów, najwyraźniej uważa, że największym hołdem, jaki można złożyć Lovecraftowi, jest pisanie nieprawdopodobnych, banalnych imitacji jego własnych opowiadań. Niemalże każdy z tych tekstów zawiera katechizm idei Starszych Bogów i żywiołaków, a także „wypędzenie” „złego” Cthulhu, Yog-Sothotha oraz Hastura (którego Derleth zaczął uważać za przyrodniego brata Cthulhu, cokolwiek to oznacza).

I jeszcze jeden fragment:

Już wystarczająco niekorzystne byłoby dla Derletha, gdyby przedstawiał w swojej pracy twórczości własną wizję mitologii – uznano by, że jest to tylko i wyłącznie jego własne (uzasadnione lub nie) rozwiniecie pomysłów Lovecrafta. Derleth posuną się jednak dalej: w kolejnych artykułach przypisywał swoje poglądy Lovecraftowi. Właśnie poprzez tę działalność zasługuje na największe potępienie. W ten właśnie sposób Derleth przez trzydzieści lat utrudniał prawdziwe zrozumienie Lovecrafta, gdyż był traktowany jako „autorytet” w sprawie jego twórczości oraz jako jego rzecznik i obrońca.

Niezależnie jednak od rzeczywistych początków opowiadania "The Shuttered Room", film w reżyserii Davida Greena z 1967 roku jest pod wieloma względami znakomity. Impulsem do jego nakręcenia stał się wzrost zainteresowań mass mediów na początku lat sześćdziesiątych utworami Lovecrafta oraz opublikowanie przez Arkham House (wydawnictwo Derletha) kolejnego zbioru opowieści grozy ("The Shuttered Room and Other Pieces" 1959) zawierającego oprócz tekstów 'dżentelmena z Providence', także utwory innych pisarzy.

Postacią grającą w filmie Greena pierwsze skrzypce jest Susannah Whately, która po siedemnastu latach wraca na wysepkę Dunwich, aby odwiedzić i objąć w posiadanie rodzinne domostwo. W podróży towarzyszy jej małżonek (Gig Young) oraz… strach przed wspomnieniami z dzieciństwa. W rolę Susannah wcieliła się seksowna Carol Lynley (widoczna na zdjęciu), której wdzięki mogliśmy podziwiać chociażby w takich filmach, jak "The Last Sunset" (1961), czy "The Poseidon Adventure" (1972). Zarówno Lynley, jak i Young stworzyli kreacje zasługujące na uznanie, choć nie do końca tak dobre, jak można by było po nich oczekiwać. Pomimo niezbyt ciekawej i w suma sumarum schematycznej historii potwierdzili swoje umiejętności aktorskie, choć na zdecydowanie większą uwagę zasługuje Ethan – przywódca zacofanych, nieokrzesanych i obleśnych wieśniaków. W postać tę wcielił się hollywoodzki macho tamtego okresu, Oliver Reed, który w sposób wiarygodny odtworzył zafascynowanie prostego chłopa piękną i pociągającą panią z miasta.

Twórcom "The Shuttered Room" również należą się słowa uznania. Podczas oglądania filmu cieszyłem się widząc, że oto nie mam do czynienia z horrorem epatującym czy to nadmierną ilością krwi, czy też przyprawiającą o ból zębów, głupotą bohaterów. Zamiast scen pełnych brutalności i przemocy rodem z opowiadań Bierce’a, otrzymałem wciągający obraz o rodzinnej tragedii osadzony w realiach charakterystycznych dla prozy Lovecrafta. Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić w jakim stopniu film odpowiada utworowi Augusta Derletha, a na ile jest tylko wesołą twórczością Davida Greena. Zainteresowanych lekturą pierwowzoru odsyłam jedakże do zbioru opowiadań "Obserwatorzy spoza czasu" wydanego w 2000 roku przez Zysk i S-ka.

"The Shuttered Room" zasługuje na uwagę z jeszcze jednego względu. David Green posługując się motywami stosowanymi w horrorze już wielokrotnie – rodzinna klątwa, nawiedzone domostwo – w dość ciekawy sposób odzwierciedlił obraz Stanów Zjednoczonych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rewolucja seksualna, konflikt pokoleń, migracja ludności ze wsi do miast to przykłady najbardziej rzucające się w oczy. W trakcie seansu niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że czekająca na Susannah 'klątwa' jest jedynie dodatkiem, punktem wyjścia do opowiedzenia historii o wiele bardziej złożonej – historii o zderzeniu się przedstawicieli dwóch światów: ortodoksyjnego i nowoczesnego.

Niezależnie od wszystkiego, "The Shuttered Room" jest pozycją wartą polecenia każdemu miłośnikowi horroru; zwłaszcza fascynatom kina starszej daty. Podtrzymująca napięcie muzyka, przekonywający bohaterowie, atmosfera strachu to czynniki, dzięki którym czas poświęcony kinu Davida Greena nie uważam za stracony.