W dzisiejszym odcinku podcastu ReTro Komiks omawiam pierwszą historię z udziałem Jonathana Cartlanda.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elemental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elemental. Pokaż wszystkie posty
"Brigantus. Pikt" (2024) || Yves Huppen, Hermann Huppen
Sięgając po drugi tom "Brigantusa" nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań. Liczyłem, że dalsza prezentacja losów tytułowej postaci będzie po prostu utrzymana w takim samym klimacie, co album wcześniejszy. Liczyłem, że Hermann oraz Yves nadal będą podkreślać brutalność typową dla okresu rzymskiej ekspansji na Brytanię oraz będą eksponowali surowość i prostotę zasad rządzących światem Piktów. Liczyłem również, że dostaniemy szersze tło historyczne.
Czy się pomyliłem w przewidywaniach? I tak, i nie. Rzeczywiście, scena walk rzymskich legionistów z Piktami to świat brudy, posępny, dziki i krwawy. Każdy dla każdego jest tutaj wilkiem, każdy musi sam pilnować swoich pleców a przyjaźnie są zjawiskiem tak rzadkim, że wręcz nierozpoznawalnym. Jeżeli ktoś miał okazję czytać powiedzmy powieści Bernarda Cornwella może odnaleźć ich echa w trakcie lektury "Brigantusa". Co prawda, Yves Huppen zwraca mniej uwagi na szczegóły niż autor cyklu "Wojny wikingów", ale sama istota historii brutalnej jest bardzo podobna.
Ostrzegam jednak, jak komuś nie po drodze z powieściami historycznymi może czuć lekkie znużenie. Przede wszystkim druga część opowieści o Meloniuszu Brigantusie jakoś szczególnie nie przyśpiesza. W pierwszym tomie widzieliśmy Wygnańca i teraz także go widzimy. Może i jest jest on aktywniejszy i trochę bardziej pewny siebie, ale dalej jest to Wyrzutek; niepasujący tak do jednej, jak i drugiej strony. I jeszcze jedno: jeżeli ktoś spodziewa się czegoś więcej, niż obrazu jednego starcia, drobnego wycinka ze starć Rzymian z Piktami, to się mocno rozczaruje.
Dla mnie ta kameralność zbrojnych zmagań jest z jednej strony czymś na plus - dzięki niej cały czas jesteśmy bardzo blisko bohaterów - z drugiej, byłoby miło gdyby twórcy znaleźli miejsce na kilka dodatkowych plansz, na których pokazaliby ów konflikt z szerszej perspektywy. Brak wyrazistego tła może rzeczywiście stanowić pewien problem, gdyż nie wszyscy czytelnicy orientują się w historycznym terenie.
Od strony wizualnej "Brigantus" prezentuje się, tak jak większość komiksów rysowanych przez pana Hermanna. Dostajemy plansze jeszcze bardziej wypłowiałe niż w "Jeremiahu" a sama paleta barw ogranicza się do różnych odcieni trzech, czterech kolorów. Rysunki mogą miejscami wydawać się lekko niechlujne, ale to tylko pozory. Styl Hermanna jest niepodrabialny a przy bliższym poznaniu zawsze zyskuje.
------------------------------
"Brigantus. Le Picte"
napisał: Yves Huppen
narysował: Hermann Huppen
Polskie wydanie: "Brigantus. Pikt" [Wydawnictwo Elemental, 2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"Fifty-fifty" || #030 "Jeremiah" (2011)
Zazwyczaj bardzo dobrze bawię się idąc w ślad za Jeremiahem i Kurdym, ale tym razem ciężko mówić o wyjątkowej chemii między nami. Niby wszystko jest. Począwszy od malowniczego, postapokaliptycznego krajobrazu, przez typową dla takich czasów chciwość jego mieszkańców a skończywszy na mutacjach będących owocem chorób popromiennych. Uznajmy, że tego typu obrazki to standard, jeżeli chodzi o ten cykl. Są one w pewnym stopniu stałym elementem hermannowej wizji upadku cywilizacji.
W moim odczuciu, w albumie "Fifty-fifty", kuleje przygoda odcinka. Brakuje jej dynamiki. Nie ma w niej nic 'wow', jakiegoś wątku, dzięki któremu z czystym sumieniem mógłbym napisać: będę pamiętał o tym epizodzie dość długo. Nie. Tym razem dostajemy prostą, pozbawioną szerszej intrygi historyjkę, w której scenarzysta próbuje bawić nas na dwa sposoby.
Pierwszy z nich to misja Jeremiaha i Kurdy’ego.
Obaj panowie, wzorem bohaterów prastarych legend, wyruszają w 'nieznane' celem wejścia w posiadanie drogocennych diamentów. Sęk w tym, że ich podróż jest mało ekscytująca a ciśnienie czytelnika może delikatnie - ale to bardzo delikatnie - wzrosnąć jedynie na widok Kurdy’ego szamoczącego się z krokodylem. Na troszeczkę więcej zabrakło miejsca.
Drugi z nich to żarty. Ich ilość przytłacza i to właśnie z uwagi na ową częstotliwość miałem wrażenie, że przypisana im została rola małego zapychacza fabuły. Nie zrozumcie mnie źle. Kąśliwe uwagi między głównymi bohaterami to rzecz totalnie naturalna, ale jak zawsze… im częściej uwypuklasz pewne fabularne zagrania tym silniej one powszednieją. I tak jest właśnie w tym przypadku.
Kreska nieustannie na plus. Na tym polu pan Hermann nie zawodzi. Jak zawsze jego mocno drobiazgowe kadry i specyficzna, rysunkowa niechlujność dobrze oddaje stan świata "Jeremiaha". Rzeczywistości, gdzie króluje syf, brud oraz chciwość. Nikt nie sprząta, nikt nie martwi się jutrem, liczy się tylko tu i teraz.
Przeczytajcie. Może to dziwnie zabrzmi po tym, co napisałem, ale "Jeremiaha" trzeba znać. Jak w każdej długiej serii zdają się albumu lepsze i gorsze. I tyle. Czekam na kolejną część.
------------------------------
#030 "Jeremiah" [02/2011]
napisał: Hermann Huppen
narysował: Hermann Huppen
polskie wydanie: "Jeremiah. Fifty-fifty" tom 30 [Wydawnictwo Elemental, 2024)
Komiks otrzymałem od Wydawcy.
"Mały kotek nie żyje" || #029 "Jeremiah" (2024)
Wstawcie sobie, że bywają na świecie miejsca, gdzie źli ludzie mają jeszcze gorszych synów a biedniejsi są wykorzystywani przez bogatych. Znacie takie lokacje? Oczywiście, że znacie!
Wystarczy dosłownie chwila, jeden czy dwa kryzysy, aby człowiek drugiemu człowiekowi stał się wilkiem. Aby znany nam świat stanął na głowie, papier toaletowy zniknął ze sklepów a na stacjach toczyła się walka o jeden kanister benzyny więcej. Jak o tym myślę przypominam sobie powieść pana José Saramago.
Nie żeby historia "Mały kotek nie żyje" była odbiciem tego, czego jesteśmy świadkami w "Mieście ślepców". Komiks, aż tak nie analizuje ludzkich zachowań, ale przypomina nam jedną ważną rzecz… Ludzie to świnie.
Hermann przypomina o tym bez zbędnego owijania w bawełnę. Przenosi nas do miejsca, gdzie prawo nie istnieje a władza spoczywa w rękach tych, którzy mają wypchane portfele. I jak to zwykle u niego bywa ci źli to naprawdę wredne typki. Takie, które chcąc osiągnąć swój cel posuną się do wszystkiego. Ot, na przykład do porwania dziecka.
Trzeba także pamiętać, że w świecie Hermanna nie ma miejsce na półśrodki. Widząc jak wysyła bohaterów w sam środek lokalnej zawieruchy - pracownicy kopalni vs. pracodawca - z miejsca dociera do nas, że im także daleko do postaci, którym wypada bić brawa. To jeszcze dobitniej mówi nam, że świat "Jeremiaha" wymaga od mieszkańców posiadania stalowych cojones.
Co do samej fabuły.
Jeremiah idący odbić dzieciaka oraz Kurdy chcący ubezpieczać przyjaciela to opowieść rodem z kina kopanego. Scenarzysta, nakreśliwszy tło dla mającego nastąpić dramatu, funduje nam klasyczny, pojedynek dobrych ze złymi. Jednakże, tak jak wspomniałem, dobrych również sugerowałbym się wystrzegać.
Historia ciekawa, tak jej wątek sensacyjny, jak i ten uświadamiający nam jak mogą wyglądać społeczeństwa, kiedy wszystko diabli wezmą.
Rysunkowo Hermann nadal daje do pieca. Nie każdemu taka kreska przypadnie do serca, ale przy bliższym poznaniu prace tego artysty mocno zyskują. Ta ich surowość i delikatny karykaturalizm dobrze korespondują z treścią.
------------------------------
"Mały kotek nie żyje"
#029 "Jeremiah" (2010)
napisał i narysował: Hermann Huppen
Polskie wydanie: Wydawnictwo Elemental (11/2024)
"Goldorak" (2021)
Kiedy padła informacja, że ekipa z Elementala wyda "Goldoraka" postanowiłem przyjrzeć się tytułowi, ale nie oczekiwałem fajerwerków. Ot, ktoś mi kiedyś szepnął o anime albo mandze - nie pamiętam o co dokładnie chodziło - i tyle. Nie zgłębiłem wówczas temu, prawdę mówiąc w ogóle zapomniałem o naszej rozmowie. Czy gdybym wówczas lepiej rozeznał się w temacie łatwiej byłoby mi dzisiaj ocenić komiks panów Xaviera Dorisona oraz Denisa Bajrama? Nie wiem. Nabranie szerszej perspektywy z reguły pomaga, ale z drugiej strony rodzi się pytanie: czy moja ocena nie opierałaby się wyłącznie na porównywaniu tego "Goldoraka" z mangą Gō Nagai?
Na dzień dzisiejszy nie odpowiem na wyżej postawione pytanie. Z tego co piszą na grupach komiksowych manga nie została wydana w Polsce i nie widać jej w zapowiedziach, więc nie dane będzie mi jej poznać w najbliższym czasie. Co zaś dotyczy "Goldoraka" od Elementala to jest dobrze. Jak na one-shot wyrwany ze swojego uniwersum historia jest zaskakująco składna. Nie miałem problemów w zorientowaniu się kto jest kim, kto jest agresorem i dlaczego atakuje Ziemię oraz o co chodzi z tymi super mechami. Od początku storytelling pozwala rozeznać się w sytuacji, choć oczywiście pojawiają się wątki nawiązujące do wydarzeń z dawnych lat. Na szczęście są one nieliczne a jak już pojawiają się to chwila zastanowienia wystarcza, aby rozeznać się w danej sytuacji. To plus.
Fabularnie i stricte technicznie historia została podzielona na krótsze oraz dłuższe rozdziały. Każdy zaś z rozdziałów to naturalnie prezentacja konkretnego etapu opowieści i powiem Wam, że dawno nie widziałem tak dobrej, scenariuszowej precyzji. Nie dla każdego czytelnika takie dokładne prowadzenie za rączkę bywa miłe, ale ja nie czułem się pokrzywdzony czy specjalnie ograniczany. Czasami dobrze jest dać się prowadzić, zwłaszcza w opowieściach będących częścią czegoś większego. Autorzy "Goldoraka" wydają się rozumieć w czym rzecz. Tłumaczą nam dokładnie o co toczy się gra, bawią się nawiązaniami do oryginału Gō Nagaia, ale nie szarżują, nie przesadzają z ilością wątków pobocznych. Przez cały czas koncentrują się na postaciach oraz ich celu, którym jest dotarcie do wielkiego mecha i obrona Japonii.
Przed czym? Oczywiście przed agresorami z kosmosu i potężnym Golgotem, będącym dla mnie czymś na kształt mechanicznego odpowiednika dziwacznych potworów rodem z opowieści o Godzilli. Brzmi banalnie? Jak się dłużej zastanowić to rzeczywiście historia nie wydaje się przesadnie skomplikowana, co nie oznacza, że jest zła czy niedopracowana a już na pewno znajdzie swoich fanów. Chociażby trafi do czytelników mających dużą frajdę z lektury historyjek, w których pojawiają się różne, wielkie roboty. Niekoniecznie muszą to być słynne Transformersy. Dla przykładu: jeśli ktoś czyta sf, gdzie ogromne mechy stanowią ważny element siły jednej ze stron to nie będzie miał problemów z odbiorem tej historii. Ona jest zwyczajnie dla takich właśnie osób.
Warstwa wizualna. Obiektywnie patrząc nie jest źle, choć wydaje mi się, że mogłoby być ciut lepiej. Może jestem zbyt wybredny i zbyt wiele komiksów w klimatach science fiction porównuje do prac Moebiusa. Możliwe też, że dawno nie czytałem komiksu, który wizualnie tak mocno szedłby w stronę anime. Być może za mocno, przez co rysunki często są wymuskane, dopieszczone estetycznie, po prostu zbyt śliczne. Brakuje im charyzmy, iskry oryginalności. Czegoś co wyróżniałoby komiks na tle innych tego typu komiksów. A tak mamy ładnie prezentującego się Goldoraka, którego walka z kosmicznymi agresorami także została ślicznie zobrazowana. Mając w pamięci o co toczy się gra powiedziałbym, że te kolorowe plansze nie są do końca trafnym wyborem. Poza tym "Goldorak" to przyjemny komiks.
____________________
"Goldorak" [2021]
Scenarzysta: Denis Bajram, Xavier Dorison
Rysunki: Denis Bajram, Brice Cossu, Alexis Sentenac
Kolory: Yoann Guillo
Tłumacz: Paweł Łapiński
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 168
Druk: kolor
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396912558
Data wydania: 30 wrzesień 2024
Opis wydawcy:
Wojna między siłami Vegi i Goldorakiem jest już odległym wspomnieniem. Actarus i jego siostra wrócili na planetę Eufor, tymczasem Alcor i Venusia próbują prowadzić normalne życie na Ziemi. Wtem z najdalszych zakątków kosmosu przybywa najpotężniejszy z dotychczasowych golgotów: Hydragon. Gdy potwór z ostatniego gwiaździstego dywizjonu miażdży armie Ziemian, żądania ostatnich przedstawicieli imperium Vegi szokują całą planetę: pod groźbą całkowitej zagłady wszyscy mieszkańcy Japonii mają w przeciągu siedmiu dni opuścić swój kraj i pozwolić najeźdźcom na skolonizowanie archipelagu. W obliczu takiego ultimatum pozostaje tylko jedna nadzieja... Goldorak.
[2016] "Mity Cthulhu według Lovecrafta"
Jako osoba czytająca Lovecrafta od ponad dwudziestu lat jestem zadowolony. Jako fan komiksowych staroci mających na karku lekko pięćdziesiąt lat jestem bardzo zadowolony. Jeszcze zanim Wydawnictwo Elemental dało znać, że pracuje nad "Mitami Cthulhu" dobrze wiedziałem czego możemy się spodziewać. Po podobne opowieści sięgam średnio raz w tygodniu, choć naturalnie nie zawsze są to adaptacje prozy mistrza z Providence. Chyba, że uznamy Lovecrafta za ojca wszelakiego, koszmarnego zła. Wówczas można uznać, że z Jego horrorem mam do czynienia niemalże codziennie. Uwierzcie są to bardzo przyjemne - jakkolwiek to dziwnie zabrzmi - spotkania.
W przypadku "Mitów Cthulhu" wszystko sprowadza się do niesamowitych, mistrzowskich rysunków, które w mojej opinii kilkadziesiąt lat temu znaczyły często więcej niż obecnie. Może się to wydawać dość paradoksalne biorąc pod uwagę ilość tekstu wciskanego na ówczesne, komiksowe kadry ale tak olbrzymie nasycenie odautorskim komentarzem nie było czymś standardowym. Dużo zależało od samego rysownika, który umiejąc perfekcyjną kreską przedstawiać treść opowieści zwyczajnie rezygnował z literackich substytutów. Przykładem tego typu artysty jest Hiszpan, pan Esteban Maroto, którym z wyczuciem oraz dbałością o koszmarne szczegóły udowadnia jak wielką siłą może odznaczać się obraz.
Album "Mity Cthulhu" to zbiór biało czarnych plansz próbujących oddać grozę czającą się w tekstach Lovecrafta. To trudne zadanie. W słowach o wiele łatwiej przemycić sugestie, że oto stajemy oko w oko z koszmarem niemającym prawa istnieć w racjonalnym świecie. Niemniej, panu Maroto udało zbliżyć się niemalże do ideału, jeżeli taki komiksowy ideał istnieje. Artysta stawiając na niedosłowność obrazową, unikając kadrów wyrazistych, bawiąc odbiorców ustawieniem owych kadrów a także nieoczekiwanie zmieniając proporcje między postacią a jej otoczeniem wprowadza obrazowy chaos mocno wpisujący się w koszmarny przekaz płynący z literackiego pierwowzoru.
Co więcej, pan Esteban Maroto oddając ogrom lovecraftowego horroru nie zapomina o drobiazgach. O złych księgach, o starych rytuałach, o zasuszonych staruszkach pamiętających zakazane inkantacje, czyli o wszystkim co do pewnego stopnia może uchodzić za znaki rozpoznawcze definiujące twórczość Samotnika z Providence. Myślę, że niezmiernie istotne jest aby czytelnik biorąc do ręki ten komiks bez trudu odgadł jakim pradawnym bogom został on poświęcony. Aby wędrując wraz z bohaterem ulicami uśpionego Kingsport potrafił z miejsca wczuć się w klimat historii przypominając sobie tekst źródłowy.
Jeżeli o mnie chodzi nie miałem problemów z 'wkręceniem się' w lovecraftowską rzeczywistość. I rysunki pana Estebana Maroto - bijące po oczach pewnym psychodelicznym chaosem - i wspomniane pewne okultystyczne symbole na nowo rozpaliły we mnie ciekawość świata Wielkich Przedwiecznych. Myślę, że dla osób interesujących się dokonaniami Howarda Lovecrafta ten album to skarb. Pozostali powinni po niego sięgnąc aby przekonać się jak bardzo perfekcyjnym artystą był autor "Mitów Cthulhu".
____________________
"Los Mitos de Cthulhu de Lovecraft" [2016]
Tytuł polski: "Mity Cthulhu według Lovecrafta"
Scenarzysta: Esteban Maroto
Rysunki: Esteban Maroto
Tłumacz: Jakub Jankowski
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 80
Druk: cz.-b.
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396912572
Data wydania: 20 kwiecień 2024
Opis wydawcy:
Genialny Esteban Maroto perfekcyjnie wpasował zawartość – trzy najlepsze historie Howarda Phillipsa Lovecrafta, mistrza kosmicznej grozy – w kadry i dymki. Komiksy te przeleżały w zapomnieniu ponad trzydzieści lat, aby przypomnieć o sobie w starannym, kompletnym i niepozostawiającym miejsca na wątpliwości wydaniu, które trafia teraz do waszych rąk. Cała kariera Marota zaświadcza o tym, że jest on artystą płodnym i wszechstronnym, ale właśnie w niniejszym albumie ukazuje swoją najmniej znaną i docenianą twarz mistrza horroru.
[2024] "Brigantus. Wygnaniec"
Nie będę ukrywał, że obawiałem się tego co dostanę otwierając "Brigantusa". Prace pana Hermanna Huppena znam - specjalista ze mnie żaden ale coś tam widziałem - "Jeremiah" do mnie trafił ale czułem, że tym razem mogę odbić się od ściany. A wszystko wina okładki, które asekuracyjnie mówiąc nie należy do najbardziej trafionych. Jeżeli intencją autora miało być zaprezentowanie potężnego cielska tytułowego bohatera to zamysł zrealizował ale delikatnie mówiąc mógł się pokusić o milszą dla oka pozę Brigantusa. I zgadzam się, że nie wypada oceniać treści po okładce - i nie zamierzam tego robić - ale jak większość z nas mam wypracowane pewne standardy piękna, które gdzieś już na starcie zostały zachwiane. Na szczęście rysunki wewnątrz albumu wypadają zdecydowanie lepiej.
Kreska Hermanna jest jednak specyficzna i przez to wymaga sporej dawki zaufania tak na samym początku naszej z nią znajomości. Na 'dzień dobry' może odrzucać a niekiedy nawet szokować brzydotą bohaterów ale im lepiej zaczynamy rozumieć świat, w którym przyszło nam przebywać tym łatwiej nam uznać kunszt belgijskiego artysty. "Brigantus" to opowieść prezentująca nam hipotetyczne losy jednego z rzymskich oddziałów - konkretnie centurii - maszerującego przez ziemie należące do barbarzyńskich Piktów. Wyprawa nie należy do gatunku 'łatwych wypraw' a komplikuje się jeszcze bardziej, gdy część jednostki zostaje wyrżnięta przez miejscową ludność. Wraz z tym krwawym przełomem - w jego trakcie pierwszy raz widzimy jak skuteczna jest tytułowa maszyna do zabijania - historia skręca delikatnie w stronę dramatu. Choć scenarzysta Yves Huppen - zbieżność nazwisk nieprzypadkowa - dalej porusza się w konwencji komiksu historyczno-przygodowego to nietrudno niezauważyć, że walka Rzymian z Piktami to tylko tło, fabularny wytrych służący do zobrazowania trudnych relacji łączyących Brigantusa z jego towarzyszami broni. Trudności wynikających ze wzajemnego niezrozumienia, z braku tolerancji wobec nieznanego oraz z braku jakiejkolwiek chęci do zmiany swojego nastawienia. Trudności odpowiednio korespondujących z surową kreską Hermanna.
Na ten moment - czyli po lekturze pierwszego tomu - dla mnie największą siłą "Brigantusa" jest właśnie nie tyle sama opowieść co prace Hermanna pokazujące z jaką historią będziemy mieli do czynienia. Z opowieścią brutalną, której akcja rozgrywa się w bardzo okrutnej rzeczywistości, gdzie nie ma miejsca na piękno. Rzeczywistości wypełnionej ludzką zawiścią, smrodem, brzydotą i ciągłą walką o przetrwanie. Rzeczywistości, której pospępność i okrucieństwo znakomicie oddają zarówno wspomniane prace belgijskiego rysownika jak i wyblakłe, bardzo oszczędnie wykorzystywane kolory. Ten ostatni aspekt warstwy wizualnej albumu może do pewnego stopnia zaskoczyć fanów Hermanna - z tego co kojarzę większość jego prac cechuje jaskrawa kolorystyka - ale jak już wsiąkniemy w fabułę to raczej będziemy zadowoleni z takiej a nie innej palety barw. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby złe i niebezpieczenie ziemie Szkocji z początków naszej ery zostały zwizualizowane w inny sposób.
Powiedzmy, że po lekturze otwierającego serię "Brigantusa" jestem umiarkowanie usatysfakcjonowany. Jak na mój gust historia jest za bardzo kameralna i trochę brakowało mi szerszego tła historycznego ale kto wie, może jeszcze je dostaniemy. Jesteśmy dopiero na początku drogi a za przewodnika mamy znakomitego Hermanna, więc czekam na tom drugi i kolejne.
____________________
"Brigantus. Banni" [2024]
Tytuł polski: "Brigantus. Wygnaniec"
Scenarzysta: Yves Huppen
Rysunki: Hermann Huppen
Tłumacz: Jakub Syty
Format: 215x290 mm
Seria: Brigantus
Liczba stron: 56
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396912565
Data wydania: 22 marzec 2024
Opis wydawcy:
W centurii wszyscy znają Meloniusza Brytanika zwanego Piktem. To istna bestia, maszyna do zabijania, żywy okaz barbarzyństwa, z jakim rzymskie legiony przybyły walczyć na tereny dzisiejszej Szkocji. Teraz przetrwanie kilku niedobitków z niezwykle krwawej bitwy zależy od dobrej woli tego, którego zawsze trzymano na dystans. I tylko Jowisz wie, co dzieje się w głowie Pikta…
[1979] "Jeremiah. Usta pełne piasku"
"Usta pełne piasku" zaskoczyły mnie jeszcze bardziej niż pierwszy tom o Jeremiahu. I to zaskoczyły bardzo pozytywnie. Dostaliśmy opowieść zamkniętą, o charakterze mocno przygodowym, stawiającą akcenty na wątki wymagające dodatkowego podkreślenia; to znaczy te pomagające nam skutecznie rozeznać się w prawach rządzących tą postapokaliptyczną rzeczywistością. Raczej nie nazwałbym tego tomu kolejnym wstępem do wielkiej sagi ale i tak Hermann Huppen czuje się w obowiązku wyjaśniać nam jak mocno brutalny jest świat, w którym przyszło nam podróżować. I dobrze, że na taką lekcję jest miejsce w tym albumie. W "Nocy drapieżców" poznaliśmy naszych bohaterów, w "Ustach pełnych piasku" dostaliśmy coś więcej. Obraz tego jak wygląda ich codzienna droga.
A wszystko za sprawą dobrze przemyślanego scenariusza. Obok opowieści w klimatach sensacyjno-awanturniczych dostajemy dużą dawkę informacji pobocznych, uzupełniających naszą wiedzę. Dla przykładu: dowiadujemy się, że nadal funkcjonuje organizacja mająca dbać o porządek, organizacja nazywana szumnie milicją ale jak się dłużej zastanowić to bliżej jej chyba do jakiegoś wojska. Po drugie, autor wielokrotnie sugeruje nam, że Ameryka 'po przejściach' nie jest miejscem dla słabych a problemy z przestępczością nie są problemami najistotniejszymi. Kwestia życia lub śmierci związana jest nierozerwalnie z notorycznym brakiem wody i jest to temat podnoszony przez autora wielokrotnie. Sam tytuł także nawiązuje do trudnych warunków środowiskowych.
I taki miszmasz towarzyszy nam przez cały czas. Trochę akcji - historia koncentruje się na Kurdy'm próbującym odkryć położenie pewnej zrabowanej forsy oraz Jeremiahu szukającym towarzysza - trochę surowej rzeczywistości otaczającej bohaterów. Do tego dochodzą bandyci pod wodzą okrutnej, pięknej Sharity oraz równie bezwzględni stróże prawa. Nasi bohaterowie znajdują się gdzieś pośrodku tego całego zamieszania, trochę między przysłowiowym młotem a kowadłem. Oczywiście, że z całej zawieruchy wychodzą bez szwanku.
____________________
"Du sable plein les dents" [10/1979]
Tytuł polski: "Jeremiah. Usta pełne piasku"
Scenarzysta: Hermann Huppen
Rysunki: Hermann Huppen
Tłumacz: Wojciech Birek
Format: 215x290 mm
Seria: Jeremiah
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788393884537
Data wydania: 20 październik 2014
Opis wydawcy:
Jeremiah i jego przyjaciel Kurdy, błąkając się po pustyni, natykają się na mężczyznę w mundurze. David należał do oddziału milicji, eskortującego transport pieniędzy. Tylko on i jego dowódca ocaleli z napadu, ale udało im się ukryć skarb. Zostali schwytani przez bandytów, którzy próbowali zmusić Davida, by doprowadził ich do kryjówki. Wbrew swojej woli Jeremiah i Kurdy zostają wplątani w krwawą rozgrywkę między rzezimieszkami bezwzględnej Sharity i równie okrutnymi milicjantami. Pokusa zdobycia skarbu jest ogromna, ale najpierw trzeba spróbować przeżyć...
"Saga orków. Łowca nagród" [podcast]
W dzisiejszym odcinku podcastu Retro komiks opowiadam Wam o czwartym i ostatnim tomie "Sagi Orków". Opowieści o złym czarnoksiężniku, elfach, dzielnych orkach oraz legendarnym skarbie ukrytym w legendarnym mieście 😀 Jeżeli lubicie tolkienowskie klimaty ten komiks jest dla Was.
____________________
"Ork Saga 4: The Battle for Tirgas Lan" [11/2022]
Tytuł polski: "Saga Orków: Bitwa o Tirgas Lan"
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenarzysta: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg, Lars Bjorstrup
Tłumacz: Robert Lipski
Seria: Saga Orków
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396540379
Data wydania: 28 kwiecień 2023
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
To już koniec – dosłownie, ale nie całkiem taki, jaki mogli sobie wyobrażać nasi dwaj główni bohaterowie mimo woli, orkowie Rammar i Balbok. Wciąż nie odzyskali głowy swego dowódcy, a na dodatek okazało się, że byli marionetkami w rękach złego maga Ruraka, który pragnie powrotu do świata pierwszego Ciemnego Elfa. Oczywiście nasi orkowie spróbują mu w tym przeszkodzić, przy drobnej pomocy Alannah, elfickiej kapłanki Shakary, i Corwyna, zakochanego w niej po uszy zapalczywego łowcy nagród. Czy jednak zdążą w porę, nim na miejsce dotrą z jednej strony sprzymierzone siły krasnoludów i elfów, a z drugiej – bitny legion żądnych krwi orków?
Etykiety:
2022,
Elemental,
fantastyka,
fantasy,
Jan Bratenstein,
komiks europejski,
komiksy,
Michael Peinkofer,
nagrania,
Peter Snejbjerg,
podcast,
recenzje,
Saga Orków,
Spotify,
You Tube
#001 "Jeremiah. Noc drapieżców"
Dawno miałem plan, aby znaleźć czas na "Jeremiaha" ale zawsze coś wyskakiwało i seria Hermanna chcąc nie chcąc lądowała na dalszej pozycji w długiej liście tytułów, które nie tylko 'must have', ale również 'must read'. W tym roku powiedziałem DOŚĆ, trzeba na poważnie zabrać się za komiks europejski a po amerykańskich trykociarzy sięgać od wielkiego dzwona. Czy ten plan wypali? Cóż, staram się i mam nadzieję, że dzisiejszy komiks jest dobrym przykładem owych starań.
"Noc drapieżców" belgijskiego twórcy Hermanna Huppena to pierwszy zeszyt cyklu o Jeremiahu, młodym chłopaku wyruszającym w długą i pełną niebezpieczeństw podróż po zdewastowanej Ameryce. Dodajmy, po ziemiach dotkniętych postapokaliptyczną zawieruchą, która doprowadziła do załamania gospodarczo-społecznego porządku. Miasta zastąpiły miasteczka rodem z dzikiego zachodu lub rolnicze osady otoczone prostymi murami. Porządek i prawo zaczęli ustanawiać osoby sprawnie manipulujący innymi i mający odpowiednie zaplecze zbrojne. Do łask powróciły rewolwery, saloony, konie i bary z tanią whiskey. 'Świat poszedł naprzód', jak mawiał rewolwerowiec.
Na ten moment wspomniany świat zaciekawił mnie. Możliwe, że za dużo w nim dzikiego zachodu a za mało postapo ale wierzę, że ulegnie to zmianie w kolejnych albumach. Jeżeli zaś chodzi o tytułowego bohatera nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Powiedzmy, że jego młodociana naiwność kryje w sobie pewien urok - pod tym względem postać przypomina mi Luke'a - ale nie umiem Wam powiedzieć jak długie będzie jego działanie. Zakładam, że Jeremiah wraz z kolejnymi etapami podróży po Ameryce będzie przechodził pewnego rodzaju przemianę i uczył się życia pod okiem zawadiaki Kurdy'ego Malloya. Bardzo bym tego sobie życzył.
Od strony fabularnej "Noc drapieżców" to solidna przygodówka realistycznie narysowana. Hermann wykorzystuje starcie Jeremiaha z lokalnym handlarzem niewolników - ohydnym grubasem, panem Birminghamem - do zaprezentowania czytelnikowi rozmiarów bezprawia szerzącego się na terenach zrujnowanej Ameryki oraz nakreślenia relacji łączących naszego chłopaka z jego nowo poznanym kolegą. Całość została bardzo zgrabnie opowiedziana. Autor wyraźnie wywodzi się z tych autorów, którzy nie idą na żywioł ale wszystko starannie planują. Napad na wioskę Bends Hatch - rodzinna osada Jeremiaha - ukazanie Jeremiaha jako osoby lekko skołowanej nową rzeczywistością, obraz miasteczka Langton, nastroje panujące w owej mieście - podkręcane przez starego anarchistę Sweet Jima Haggerty'ego - czy strzeleckie kanonady z jednej i z drugiej strony. Naprawdę na to wszystko bardzo dobrze się patrzy. Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze. I ta plansza z rozrywaną, amerykańską flagą. Coś niesamowitego!
____________________
"Jeremiah. La Nuit des rapaces" [04/1979]
Tytuł polski: "Jeremiah. Noc drapieżców"
Scenarzysta: Hermann Huppen
Rysunki: Hermann Huppen
Tłumacz: Wojciech Birek
Format: 215x290 mm
Seria: Jeremiah
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788393884520
Data wydania: 24 czerwiec 2014
Licznik przeczytanych komiksów: 9/2024*
Opis wydawcy:
Pierwsza część serii uznawanej za najwybitniejsze dzieło twórcy znanego z takich perełek komiksowych jak "Wieże Bois-Maury" czy "Krwawe gody". Komiks z gatunku "postapo".
"Saga orków. Łowca nagród"
W marcu 2020 roku panowie Michael Peinkofer, Peter Snejbjerg oraz Jan Bratenstein zaprezentowali czytelnikom kolejną odsłonę swojej przygodowo-awanturniczej sagi i zrobili to w naprawdę dobrym stylu. Jeżeli przyjdzie Wam ochota poczytać fanasty wypchane humorem, kobiecymi wdziękami oraz przerażąjącymi przepowiedniami to ten tytuł spełni wasze oczekiwania i nie pozwoli Wam się nudzić. Dobra, szybka rozrywka na ciężkie dni 😁
W trzecim tomie "Sagi Orków" dzieje się i to dzieje bardzo wiele. Przede wszystkim nasza niecodzienna drużyna powiększa się o łowcę głów Corwyna, mającego na pieńku z Orkami oraz do pewnego stopnia z elfami. Dawno temu ukochana bohatera straciła życie chcąc odnaleźć legendarny skarb królewskiego miasta Trigas Lan a takich przykrości się nie zapomina. Zachodzą one za skórę męcząc dopóki na horyzoncie nie pojawi coś, co odegna ponure myśli. Czytajcie: dopóki nie pojawi się zgrabna elfka potrzebująca pomocy. Wówczas wszystkie dawne bolączki serca odchodzą ustępując miejsca nowym wyzwaniom. Jakim konkretnie?
Kolejny etap wyprawy po wspomniany skarb kręci się wokół dwóch kwestii. Jedną z nich są wzajemne relacje pomiędzy bohaterami. Choć scenarzysta Jan Bratenstein przy każdej najmniejszej okazji przypomina - ustami tytułowego łowcy nagród - o mocno plugawej naturze orków faktem pozostaje, że relacje na linii Rammarem/Balbokiem-Alannah już od dłuższego czasu nie przypominają tradycyjnych relacji między porywaczami a uprowadzoną. Pod jakim kątem nie patrzeć trójka 'starych bohaterów' to prawdziwa drużyna, niemalże przyjaciele. Ostatecznie, przedsiębiorczy pan Corwyn choć początkowo wielce przemądrzały także zostaje członkiem wesołej kompanii. W końcu, wyprawa po skarb wymaga poświęceń.
Drugi wątek dość mocno podkreślany w tym tomie dotyczy niejakiego Margoka, okrutnego sługi ciemności. Jak rzecze mądra kapłanka Alannah w dawnych czasach toczył on zaciekłą wojnę z wolnymi ludami, aż został pokonany. Jak się zapewne domyślacie dekapitacja jego ciała nie pomogła. Wieść gminna niesie, że duch Margoka przetrwał i nadal błąka się po ruinach cytadeli Trigas Lan. Jakbyście nie pamiętali to przypominam, że owa cytadela jest tym samym miejscem, w którym znajduje się wielki skarb elfów. Czy odstrasza to naszych bohaterów? Ani trochę 😁
Kolejna odsłona "Sagi Orków" nie zawodzi. Nadal jest to lekkie, bardzo przyjemne fantasy, którego twórcy wygrywają motywy z szeregu innych, znanych nam tytułów. Niczego odkrywczego nie proponują, ale i tak jest dobrze a nawet lepiej, jeżeli zestawić ten tom z poprzednimi. Jeżeli nie mieliście okazji czytać to koniecznie spróbujcie. Świetna zabawa 😁
____________________
"Der Kopfgeldjäger" [03/2020]
Tytuł polski: "Saga Orków: Łowca nagród"
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenarzysta: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg
Tłumacz: Robert Lipski
Format: 220x295 mm
Seria: Saga Orków
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788395595851
Data wydania: 21 wrzesień 2020
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Licznik przeczytanych komiksów: 10/2024**
Opis wydawcy:
Balbok i Rammar – przypadkowi bohaterowie – zostają zmuszeni do połączenia sił z Corwynem, łowcą głów i zabójcą orków, oraz z arcykapłanką Alannah. Czynią to nie tylko po to, by ocalić głowy, lecz również aby odnaleźć bajeczny skarb elfów. Ale niechętni sojusznicy nie są jedynymi, którym marzy się zdobycie tych legendarnych niezmierzonych bogactw...
"Mroczne opowieści"
Będzie sporo zachwytów. Alfonso Font to artysta wybitny, sprawnie poruszający się w dłuższych, a niekiedy i krótszych formach. "Mroczne opowieści" - album wydany przez niezawodną ekipę z Elementala - to zbiór osiemnastu opowieści, z których każda, do pewnego stopnia, bawi i przeraża jednocześnie. Prawdziwie ekstremalna mieszanka, bardzo celna w obserwacjach na temat otaczającej nas rzeczywistości. Długo zbierałem się do tej lektury nie mogąc wejść w nastrój odpowiedni do właściwego przetrawienia gorzko-słodkich spostrzeżeń pana Alfonso Fonta. W końcu nastał nowy rok, internet zalała fala szumnych postanowień, więc "Mroczne opowieści" jako kąśliwa karykatura zła, obłudy i idiotyzmów dzisiejszego świata wypadły ciekawie.
I przekonały mnie, że pan Font to prawdziwy człowiek orkiestra. Twórca znany ze swoich rubasznych historyjek oraz artysta nie bojący się tematów trudnych, czy też takich, których lektura może budzić w odbiorcy lekki niesmak. Tak miałem czytając chociażby "Reklamę" czy też będąc świadkiem ohydnego assessmentu w "Kandydacie". Jedna i druga historia w strasznie bezpardonowy sposób ukazuje bezduszność człowieka, który gotowy jest na wiele - wiele kosztem innych - aby osiągnąć swój cel. Tak właściwie to bestialstwo ludzi przebija się w niemalże każdej historyjce z tego albumu.
Stąd też "Mroczne opowieści" nie każdego zaciekawią w równym stopniu. Podejrzewam nawet, że miniaturki Alfonso Fonta znajdą uznanie głównie wśród fanów artysty. Jako osoby znające kreskę - jakże drobiazgową, mocno naturalistyczną, nie stroniącą od ukazywania ludzkiej brzydoty - twórcy, jako znawcy trendów obecnych w hiszpańskim komikse wyciągną z tego albumu najwięcej. Pozostali, w tym piszący te słowa, przejdą przez "Mroczne opowieści" szybko, sprawnie, z zachwytem, ale chyba bez głębszej zadumy. Tematy poruszane bowiem przez Fonta, choć mogą momentami szokować to jednak zostały przedstawione w dość prosty sposób. Bardzo rzadko pan Alfonso Font sili się na odautorski komentarz wychodzący poza zwykłą puentę.
I właśnie tych dwóch, trzech zdań więcej mi zabrakło. Dzięki nim proste i bardzo proste miniaturki nabrałyby głębszego wydźwięku a przekaz opierałby się na czymś więcej niż tylko drastycznych rysunkach. Rysunkach, przy których mistrzostwo pana Fonta widać jak na dłoni. I to z uwagi na nie polecam ten album. Mnie przekonały aby sięgnąć po inne prace tego hiszpańskiego artysty - dać mu szansę zabłysnąć w dłuższej formie - i wierzę, że Was również przekonają.
____________________
"Dark Stories"
Tytuł polski: "Mroczne opowieści"
Scenarzysta: Alfonso Font
Rysunki: Alfonso Font
Tłumacz: Robert Lipski
Liczba stron: 96
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396540386
Data wydania: 16 czerwiec 2023
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Licznik przeczytanych komiksów: 9/2024**
Opis wydawcy:
"Za każdym pociągnięciem pędzla, za każdą kreską i każdym nałożeniem kropli tuszu, kryje się dzieło mistrza, który przez lata szlifował swój kunszt" [Sergio Bleda]
"Ma rzadką umiejętność dzielenia się z czytelnikiem radością z rysowania, nakładania tuszu, wymyślania historii i ich tworzeni..." [Klaus Janson]
"Nawet gdy tworzy swe seksowne rysunki, albo opowieści grozy, wciąż pozostaje dżentelmenem. Prawdziwym artystą-arystokratą" [Martin Lodewijk]
"Polowanie to jedna z najlepszych historii, jakie powstały w ostatnich latach, na hiszpańskiej scenie komiksowej – prawdziwa narracyjna perełka. Jest błyskotliwa, zwłaszcza jeżeli chodzi o sposób, w jaki Font wiąże ze sobą poszczególne wątki narracji (młodych ludzi, łowców, policji, komentatora), by doprowadzić tę opowieść do wybuchowej kulminacji" [Manuel G. Quintana]
O orkach, co elfkę porwali
kilka słów o albumie "Shakara"
Wczoraj przyglądaliśmy się spokojnej oraz bardzo baśniowej przygodzie Brindille, dzisiaj dla odmiany będzie brutalnie, krwawo i orkowo. Dzisiaj oceniamy album "Shakara", czyli drugą odsłonę "Sagi Orków". I oceniamy na plus, bo to tytuł idealny dla każdego, kto lubi dobrą zabawę spod znaku komiksu fantasy. Autorami historii są panowie Michael Peinkofer, Peter Snejbjerg, Jan Bratenstein i to oni odpowiadają za przeniesienie nas do świata elfów, krasnoludów, bardzo potężnych czarnoksiężników, zapomnianych proroctw i tego wszystkiego co najlepsze w mrocznym fantasy.
Od razu zaznaczę, że ten album zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie niż pierwszy, zapoznający nas z głównymi bohaterami serii, czyli Rammarem oraz jego bratem Balbokiem. Dla przypomnienia dodam, że owi dżentelmeni to orkowie, którzy zostali wybrani do zadania wymagającego dużej ilości sprytu, inteligencji i odporności na stres. No dobrze, może nie dlatego. Czarnoksiężnik - szczegółów nie znam - wybrał ową dwójkę, gdyż całkiem nieźle władają orężem i zdają się dysponować całkiem sporą ilością żołnierskiego szczęścia, co widać niemalże od pierwszych stron komiksu. Nie straszne im bagienne ghule, nie straszne krasnoludzcy przemytnicy - tak, aktualnie tak właśnie zarabiają na życie przedstawiciele tej rasy - nie straszne wielkie skorpiony z piekła rodem i nie straszna im arcykapłanka Świątyni Shakary, którą brawurowo porywają na oczach innych spiczastouszych.
Dlaczego decydują się na ten krok? Przybyli do wielkiego Królestwa Elfów wykraść mapę dla pana czarnoksiężnika. A ponieważ mapa fizycznie nie istnieje, więc do ich wesołej kompanii 'dołącza' niebywałe piękna i zaokrąglona gdzie trzeba przedstawicielka Elfów Królewskiego Rodu. Podobno zna ona odpowiedzi na wszystkie pytania, więc zostaje zmuszona do porzucenia pałacowych luksusów i udania się w 'cudowną' podróż z towarzystwie wspomnianych orków.
Tak jak powiedziałem: drugi tom "Sagi Orków" oceniam pozytywnie. Wielkie brawa należą się przede wszystkim panu Snejbjergowi, którego rysunki robią niesamowite wrażenie. Sceny walki, ucieczka przed niedźwiedziami polarnymi, wizyta w Świątyni Shakary to mistrzostwo świata, jeżeli chodzi o kreskę. Zresztą, najlepiej zrobicie jak przekonacie się sami.
____________________
"Ork Saga 2: Shakara" [2018]
Tytuł polski: "Saga Orków: Shakara"
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenarzysta: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg
Tłumacz: Robert Lipski
Format: 220x295 mm
Seria: Saga Orków
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788395133442
Data wydania: 30 listopad 2018
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Opis wydawcy:
Balbok i Rammar - zawarli umowę z niegodziwym magiem. Nie bez powodu nazywanym Rurak Rzeźnik. Teraz dwaj orkowie muszą udać się na północ i zaatakować Świątynię Elfów. Po drodze spotykają krasnoludy, których to potajemnie śledzą...
Fontanny spełniające życzenia?
słówko o albumie "Zaginione fontanny"
Są na świecie zjawiska, które nie śniły się filozofom. I właśnie o tych dziwnych zjawiskach opowiada hiszpański artysta Alfredo Álamo w komiksie "Zaginione fontanny". W komiksie będąccym rysunkową adaptacją książki o tym samym tytule. Od razu zaznaczam, że powieści nie znam i raczej nie poznam. Po pierwsze, dark fantasy bardzo dawno wypadło z mojego kręgu zainteresowań. Po drugie, fabuła przestała stanowić dla mnie zagadkę, więc nie będę marnować czasu na powtórkę z rozrywki. Zwłaszcza, że jest to rozrywka raczej ze średniej półki.
Nekromanci, mroczne ścieżki, niebezpieczne pustkowia oraz zadanie do wykonania. Jak łatwo zgadnąć owe zadanie nie jest z rodzaju tych najłatwiejszych, wręcz przeciwnie. Im dalej nasi bohaterowie - w roli głównej Délano Gris, który niczym Indiana Jones i Constantine w jednym próbuje nieść pokrzepienie towarzyszom - zagłębiają się w szemrane strony tym więcej pokręconych przeszkód spotykają na swojej drodze. Brzmi ciekawie? Dla mnie niekoniecznie, ale ja jestem dziwny. Sądzę, że historia powinna zyskać uznanie zwłaszcza wśród młodszych czytelników. Jeżeli ktoś lubi klimaty rodem ze "Stranger Things" to raczej będzie zadowolony. W komiksie występuje sporo odwołań do innych wymiarów, kilka razy pojawiają się istoty będące, wypisz wymaluj, stworami znanymi właśnie z serialu braci Dufferów. Sporo miejsca zajmuje także paplanina o magicznych artefaktach i zaklęciach mogących zachwiać porządkiem świata. Innymi słowy jest dość mrocznie i tajemniczo.
Dodatkowo, z ową dziwaczną fabułą ładnie korespondują kreska i kolory. Rozmazane kompozycje, lekko wyblakłe przestrzenie, powykrzywiane zdeformowane postacie, wyraźnie wyczuwalna przewaga krwistej czerwieni nad pozostałymi barwami, krajobraz jak z jakiegoś horroru. Prace Juana Bobillo robią robotę, choć podejrzewam, że przeglądając ten komiks bez odpowiedniego rozeznania w fabule możemy się od nich szybko odbić. Ja dałem im szansę, ale nie będę tęsknił. Nie jest to moja bajka.
"Zaginione fontanny" nie są złym komiksem. Nie są jednak komiksem dla mnie. Tak jak napisałem: wierzę, że ta historia spodobałaby się odbiorcy odpowiednio młodszemu. Miłośnikom różnego rodzaju questów, fanom gier planszowych z udziałem potężnych czarnoksiężników, czytelnikom sięgającym po dark fantasy.
____________________
"The Lost Fountains" [2023]
Tytuł polski: "Zaginione Fontanny"
Scenarzysta: Alfredo Álamo
Rysunki: Juan Bobillo
Tłumacz: Mikołaj Sobolewski
Historia na podstawie książki José Antonio Cotriny.
Liczba stron: 96
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396540362
Data wydania: 16 czerwiec 2023
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Opis wydawcy:
Sekretne światy, zagadkowe tajemnice, magiczne istoty i nietypowa misja. Gdzie znajdują się granice ludzkiej chciwości i jak daleko można się posunąć, by zdobyć to, czego się pragnie? Komu zaufać, a kogo się wystrzegać? Délano Gris, najemnik żyjący między dwoma światami, podejmie się każdego zlecenia, o ile jest dobrze płatne. Jednakże burzliwa przeszłość zmieniła go w człowieka zagubionego i osłabionego, próbującego znaleźć w sobie odwagę, by dokonać zemsty. Jego droga rozpoczyna się poszukiwaniem Zaginionych Fontann – mitycznego miejsca spełniającego najskrytsze życzenia. Podczas tej wyprawy Délano musi się nauczyć współpracy z nowym zespołem i stawić czoła kuriozalnym wyzwaniom.
O dwóch takich co z misją się wybrali
kilka zdań o albumie "Saga Orków. Dwaj bracia"
Kiedy ktoś pyta mnie o mój stosunek do fantasy nigdy nie wiem co odpowiedzieć. Zwykle wywód zaczynam od przywołania trylogii Tolkiena, którą to pierwszy raz czytałem w słynnym tłumaczeniu Łozińskiego. Następnie wspominam prozę Andrzeja Sapkowskiego, Kroniki Amberu pana Rogera Zelaznego i twórczość Gene Wolfa. Nie, nie czytałem książek Martina i jestem pewien, że nigdy nie poświęcę im większej uwagi. Pewnie do tego woreczka mógłbym wrzucić jeszcze kilka innych tytułów, ot chociażby tytuły definiujące Legendy Star Wars, ale przecież nie chodzi o to, abym wymieniał moje dawne upodobania czytelnicze. Kiedy ktoś pyta mnie o fantasy odpowiadam: 'czytałem, ale obecnie czas przeznaczony na lekturę dzielę między komiks, horror oraz powieści z gatunku science fiction. Z fantasy rozstałem się, gdyż nie pojawił się nowy autor, którego twórczość mogłaby mnie zaciekawić'.
Naturalnie, od każdej reguły i czytelniczego postanowienia zdarzają się odstępstwa. I nie, nie wiążą się one z silną potrzebą odwiedzania starego przyjaciela, Conana z Cymerii. Czasami wpada po prostu tytuł, któremu chcemy poświęcić więcej uwagi, nawet jeżeli czujemy, że nie będzie to historia wielce wybitna. Nie mam także problemu ich polecaniem. Wychodzę z założenia, iż różni odbiory komiksu mają różne potrzeby. Jeżeli kogoś ciągnie do klimatów sf to każę mu zajrzeć do uniwersum Incala a jeżeli ktoś ma ochotę poznać mroczny świat fantasy, w którym bohaterowie - dwójka braci Orków - zostają wysłani z wielce ważną misją to odsyłam chociażby do cyklu "Saga Orków" od Wydawnictwa Elemental.
W ostatnim tygodniu zapoznałem się z pierwszym tomem owego cyklu i ogólnie rzecz ujmując 'non je ne regrette rien'. Kilka razy przewróciłem oczami nie mogąc wyjść ze zdumienia widząc tak prostą zabawę konwencją, kilka razy szczerze uśmiechnąłem patrząc na słowne przepychanki dwójki bohaterów. Kilka razy zastanawiałem się czy przypadkiem historia nie za mocno czerpie z twórczości Tolkiena, ale w sumie sporo tekstów fantasy - zwłaszcza takich opartych na motywie questu - w ten czy inny sposób do niego nawiązuje. Może nie dosłownie, może wyłącznie w oczach czytelników nad interpretujących pewne wątki. Nie wiem i prawdę powiedziawszy niewiele mnie to interesuje. Nawet jeżeli panowie Michael Peinkofer oraz Jan Bratenstein chwilami zbyt ostentacyjnie nawiązywali do Tolkiena - weźmy chociażby takiego ducha Margoka - to ja osobiście nie będę czynił im wyrzutów.
Chciałem zobaczyć Orków oddających się zawziętej walce i zobaczyłem. Chciałem czarnoksiężnika mamroczącego prorocze słowa nad błyszczącą kulą i dostałem. Chciałem poczuć klimat wielkiej sagi fantasy i prawie poczułem. Amber, Tigras Lan, Świątynia Shakary Wysoka Rada Elfów - nazewnictwo jak najbardziej na plus. Podobnie sceny pojedynków, oddanie fizjonomi Orków oraz mackowaty potwór przypominający straszydła zrodzone w umyśle Lovecrafta. Wszystkie te elementy ładnie wpisały się w moje wyobrażenie długiej sagi fantasy. Czego mi zatem zabrakło? Przygotowania odpowiedniego podłoża do snucia takich historii fantasy. Na samym początku albumu mamy krótkie streszczenie, które przybliża nam najważniejsze wydarzenia z dziejów świata. Streszczenie bardzo mroczne, dobrze narysowane - przez moment zastanawiałem się czy za te początkowe plansze nie odpowiadana Mike Mignola - i obiecujące naprawdę fajnie rozpisaną opowieść.
Szkoda, że osoby odpowiadające za pierwszą część "Sagi Orków" nie poszły dalej torem tego MHROCZNEGO wprowadzenia. Mam wrażenie, że im lepiej poznawaliśmy tytułowych bohaterów tej historii tym więcej traciła ona plusów. Nie wiem także czy Rammar i Babbok powinni grać rolę Orków-komediandów. Może było to i śmieszcze i de facto potrzebne - koniec końców nie jest to komiks pretendujący do miana wybitnego dzieła fantasy - ale jakoś zbyt mocno kłóciło mi się z poważnym tonem przebijającym przez początkowe strony albumu.
____________________
"Ork Saga 1: Two brothers" [03/2016]
Tytuł polski: "Saga Orków: Dwaj bracia"
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenarzysta: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg, Lars Bjorstrup
Tłumacz: Robert Lipski
Seria: Saga Orków
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788394732493
Data wydania: 31 maj 2018
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Opis wydawcy:
Bohaterowie mimo woli. Dwaj bracia Balbok i Rammar wyruszyli, aby ... cóż ... uratować świat. Oczywiście nie było to ich głównym celem. A faktycznie? Są oni tylko szczęśliwi, że przeżyli bitwę, ale nieszczęśliwy, że nie mogli wykonać do końca swojego zadania – dostarczenia głowy poległego dowódcy co wymaga ich zwyczaj. Za karę są wysyłani na misję przez szefa Orków, który nakazuje im ją odzyskać, co jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. Aby wyjść z tego bałaganu cało, zgadzają się na pakt z Rurakiem. Jak na ironię będącym potężnym magiem!
Barcelona, lata dwudzieste, nietuzinkowy dziennikarz i międzynarodowa intryga
słówko o historii "Barcelona o świcie"
Na tegorocznych Dniach Fantastyki, na prelekcji poświęconej kondycji polskiemu komiksowi współczesnemu pojawiło się zestawienie najczęściej czytanych przez Polaków komiksów oraz popularnych wśród owych czytelników gatunków. O ile dobrze pamiętam na pierwszym miejscu znalazły się tytuły przygodowe, zaraz za nimi fantasy i bodajże horror. Widząc taką czołówkę nie byłem specjalnie zaskoczony, niemniej zdziwiłem się, że w całym zestawieniu - ogółem pojawiło się jedenaście, dwanaście pozycji - zabrakło kryminału. W dobie tak dużej popularności kryminału literackiego wierzyłem, że także w komiksie będzie on świecił sukcesy. W kolejnej chwili dotarło do mnie, że nie potrafię podać tytułu współczesnego polskiego kryminału komiksowego. Czyżby w ostatnich czasach polscy twórcy stronili od takich opowieści? Niezależnie od wszystkiego uważam, że taki stan rzeczy powinien ulec zmianie. Teraz, zaraz, koniecznie. Skąd nasi autorzy mogliby czerpać inspiracje?
Weźmy chociażby album "Barcelona o świcie" autorstwa panów Alfonso Fonta i Juana Antonio de Blasa. Na jego kartach zostajemy przeniesieni do stolicy Katalonii lat dwudziestych. Do miasta dużych niepokojów, do miasta krzyżujących się diametralnie różnych i zwalczających się wzajemnie - nie zawsze zgodnie z wielką literą prawa - opcji politycznych. Spacerując jego ulicami możesz być świadkiem niepokojących zamieszek społecznych a czasami możesz nawet zostać grzecznie poproszony przez poważnych panów w kapeluszach o udanie się z nimi w pewne ustronne miejsce. I właśnie ta ostatnia 'przygoda' spotkała dziennikarza Juana Camblora, który próbując napisać parę zdań o strzelaninie w lokalnym porcie całkiem nieoczekiwanie wplątał się w aferę o skali międzynarodowej.
Aferę ciekawie zaprezentowaną i doskonale rozrysowaną. Na 'dzień dobry' brawa należą się scenarzyście - Juan Antonio de Blas - który zdołał wyposażyć opowieść w atrybuty typowe dla dobrego kryminału bez popadania przy tym w parodię. Główny bohater - możliwie, że przesadzam ale ilekroć na niego patrzę widzę Zbyszka Cybulskiego - to postać z charakterem; umiejąca sobie radzić i lawirować między jedną a drugą stroną. To postać z przeszłością, która to przeszłość od czasu do czasu daje o sobie znać. O takich bohaterach mówi się, że się nie starzeją. Widzieliśmy ich wielokrotnie na ekranach telewizorów, czytaliśmy o nich w książkach. Obserwując jego sposób działania widziałem w nim Jamesa Bonda. Sławnego agenta, który podobnie jak Camblor ostentacyjne ignorował czyhające gdzieś za rogiem niebezpieczeństwo oraz dobrze wyglądał w garniturze.
Oczywiście, "Barcelona o świcie" kryminalny klimat zawdzięcza nie tylko dziennikarzowi, który ma w sobie więcej z detektywa niż pismaka. To również - a raczej: przede wszystkim - zasługa dobrze rozpisanej intrygi szpiegowskiej, która bardzo szybko rozrasta się od zwykłej sprawy dziwnego morderstwa do spisku angażującego siły dużo potężniejsze od hiszpańskiej gwardii cywilnej. Na drodze dociekliwego Camblora pojawiają się anarchiści, niemieccy nacjonaliści, hiszpańscy karierowicze, wpływowi wojskowi oraz piękna kobieta, która choć odgrywa rolę zdecydowanie mniejszą niż chociażby kobiety w powieściach Iana Fleminga to stanowi miły dodatek nadający naszemu bohaterowi blasku. Zresztą, w każdym kryminale - przynajmniej w mojej ocenie - musi znaleźć się miejsce dla kobiety i dobrze, że pan Juan Antonio de Blas o tym pamiętał.
Za rysunki odpowiada pan Alfonso Font, którego kreska momentami przypomina mi prace Jerzego Wróblewskiego. Nie jest to oczywiście zarzut, wręcz przeciwnie. Jak przystało na czterdziestoletniego pana dobrze się czuję w towarzystwie komiksów w sposób tradycyjnie podchodzących do prezentacji bohaterów i świata, w którym przyszło im funkcjonować. Nie przepadam za rysunkami zbyt abstrakcyjnymi, nie kręcą mnie zabawy różnymi stylami na przestrzeni jednego komiksu. Biorąc pod uwagę powyższe można uznać, że opowieść "Barcelona o świcie" idealnie wpasowała się w moje preferencje komiksiarza. Patrząc na poszczególne kadry widać, że twórcy zależało na dokładnym scharakteryzowaniu postaci; na uwypukleniu znaków szczególnych danej narodowości, na dobrym przedstawieniu ich ognistych temperamentów. U Alfonso Fonta to postacie grają skrzypce i widać, że każdej z nich - niezależnie czy jest to postać historyczna czy powiedzmy lokalny barman - poświęca artysta maksimum uwagi. Właściwie to owa skrupulatność przejawia się w wielu aspektach komiksowego krajobrazu. Idąc uliczkami Barcelony jesteśmy w stanie poczuć jej klimat. Sklepiki, kawiarnie, kluby rozrywki, lokalny port. Od wszystkich tych lokalizacji biję autentyzm i to także bardzo dobrze świadczy o pracy rysownika.
"Barcelona o świcie"? Polecam ten komiks każdemu czytelnikowi, który potrafi docenić dobry kryminał umiejętnie łączący historię z fantazją. Wprawdzie ta ostatnia nie odgrywa w komiksie jakiejś szczególnej roli, ale mimo wszystko się pojawia.
____________________
"Barcelona At Dawn" [2019]
Tytuł polski: "Barcelona o świcie"
Scenarzysta: Juan Antonio de Blas
Rysunki: Alfonso Font
Tłumacz: Mikołaj Sobolewski
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396540355
Data wydania: 16 czerwiec 2023
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Opis wydawcy:
Zawiły spisek, intryga szpiegowska i tajemnicze morderstwa. Jak głęboko sięga konspiracja i gdzie szukać odpowiedzi? Barcelona, 1923 rok. W strzelaninie w porcie ginie czterech ludzi. Niepokorny kataloński dziennikarz Pere Marsé postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie i zostaje wciągnięty w intrygę sięgającą daleko poza granice kraju. W trakcie śledztwa spotyka na swojej drodze anarchistów, niemieckich nacjonalistów, przywódców wojskowych, wciąż próbując odkryć prawdę i zmagając się z pytaniem, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto wrogiem. Ta niezwykła historia, oparta na prawdziwych okolicznościach i postaciach, opowiada o zdarzeniach, do których doszło w Barcelonie we wczesnych latach dwudziestych. Juan Antonio de Blas przedstawia doskonale zilustrowaną przez Alfonso Fonta nietuzinkową opowieść o gwałtownych konfliktach, enigmatycznych tajemnicach i człowieku, który pośrednio przyczynił się do zmiany biegu historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










.webp)
.webp)
.webp)


.webp)
.webp)
.webp)


%20(1).webp)

.webp)
.webp)











.webp)

.webp)



.webp)


