Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

"Larinae" (2019) || Wydział 7, zeszyt 2


Dzisiaj ważne święto, więc i komiks polski na tapecie. Konkretnie drugi zeszyt Wydziału 7 😎 Co mam do powiedzenia tym razem? Cóż, to była szybka, ale bardzo konkretna jazda bez trzymanki a panom odpowiedzialnym za jej powstanie bardzo dziękuję. Nie będę ukrywał, że brakowało mi polskich opowieści właśnie w takich klimatach. Tak więc jeszcze raz: brawa!

"Larinae". Fabuła zeszytu drugiego rozpoczyna się od prostego przypomnienia nam w jakich czasach przyszło funkcjonować Wydziałowi VII. Jako osoba, której dane było kiedyś studiować historię mam jako takie wyobrażenie, jak wyglądała polska rzeczywistość początku lat sześćdziesiątych, ale cieszy mnie, że twórcy komiksu nie zapominają o szczegółach. Rozmowa pana majora Dobrowolskiego z "górą" bardzo przejrzyście pokazuje jak się wówczas pewne sprawy załatwiało. A właściwie jak trzeba było pewne sprawy załatwiać, jak się nie chciało podpaść pewnym organom władzy.


Co się zaś tyczy kolejnej zagadki to tym razem ekipa od spraw dziwnych udaje się Szczecina, aby zajrzeć do luksusowego lokalu "Kaskada" i przyjrzeć temu, co się dzieje bezpośrednio w nim oraz wokół niego. Znaki na niebie i ziemi sugerują bowiem, że właśnie tam dochodzi do dziwów, które trzeba wyjaśnić. I to za wszelką cenę i najlepiej bez większego rozgłosu. W końcu jednym z poszkodowanych w sprawie jest ważny cudzoziemiec, który przyjechał do Polski uczyć się od nas wszystkiego co najlepsze, więc… sami rozumiecie. Nie wypada, aby goście ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Prawda? 😏

Nie wypada także nie wspomnieć o pani Bogumile Fiszer, która pojawia się w naszym świecie niczym tajfun i z miejsca przejmuje inicjatywę. I bardzo dobrze. Śmiem twierdzić, że gdyby nie ona to naszym funkcjonariuszom Wydziału VII nie poszłoby tak gładko. Tak więc, kolejne brawa kieruję w jej stronę!
____________________
"Larinae"
Wydawnictwo Ongrys
Scenarzysta: Tomasz Kontny
Rysunki: Krzysztof Budziejewski
Seria: Wydział 7
Format: 170x245 mm
Liczba stron: 32
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788365803436
Data wydania: 25 styczeń 2019

Opis wydawcy:
Szczecin, rok 1962. Kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie obcokrajowiec, władzom PRL zaczyna grozić blamaż. Pracownicy Wydziału VII mają dyskretnie rozwiązać zagadkę, która nierozłącznie wiążę się z luksusowym lokalem "Kaskada", ale zawiedzie ich również nad jezioro Rusałka i na przedmieścia… Wszędzie tam będą czyhały na nich zęby. Setki zębów.


"Ród Harkonnenów" tom II || Diuna (2023)


Przeczytałem drugi tom "Rodu Harkonnenów" i powiem tak: dużo ciekawiej wypada on niż tom wcześniejszy. Wydaje się bardziej poukładany. Fabuła jest klarowniejsza, przez co dużo łatwiej czytelnikowi rozeznać się w aktualnej sytuacji w Landsrradzie. Mówiąc wprost: wiemy kto z kim i dlaczego. Wcześniej wątki geopolityczne skutecznie zniechęcały mnie do lektury, teraz wręcz przeciwnie. Przez cały tom autentycznie byłem zaciekawiony, chociażby tym jak wokół księcia Leto Atrydy powoli gromadzą się ludzie, którzy w kolejnych latach będą aktywnie wspierali go w walce z Harkonnenami.

O tym bowiem jest właśnie komiks "Diuna. Ród Harkonnenów". Na jego kartach krok po kroku poznajemy kolejnych aktorów spektaklu, który finalnie zostanie zaprezentowany w "Diunie" pana Franka Herberta. Każdy z rodziałów to krótkie sprawozdanie z tego jak radzili sobie zwolennicy księcia Leta Atrydy zanim dotarli na Kaladan. I tak. Obserwujemy jak młody Gurney Halleck ucieka z Gedimi Prime, jak Duncan Idaho szkoli się na mistrza miecza oraz jak Lady Jessica powoli zaczyna zyskiwać w oczach przyszłego ojca swojego dziecka. Naprawdę dobrze wypada. Powiedziałbym, że czytelnik po prostu płynie od jednego wątku do drugiego i nie dostaje przy tym zadyszki. Przyjemna historyjka.


Na upartego mógłbym mieć zastrzeżenia jedynie wobec wątku Glossu Rabbana. Jego postawa pełna agresji i nienawiści do wszystkiego, co nie jest związane z jego rodem jest bardzo nachalnie eksponowana. Postać wydaje się straszliwie przerysowana i wyniesiona do rangi okrutnika totalnego. Nie wiem czy potrzebowaliśmy, aż takiej ekspozycji tego bohatera. Jeżeli miałbym decydować o fabule to oczywiście wspomniałbym o jego porywczości i bezwzględności - jest ona na pewno ważna w kontekście sprawy Hallecka - ale nie rozdmuchiwałbym wątku Rabbana, aż do takich rozmiarów. Będąc scenarzystą więcej miejsca poświeciłbym księciu Leto, który w tym albumie prezentowany jest raczej w chłodnych barwach.

Wizualnie dostajemy mainstreamowy standard. Nie jestem jego fanem, ale domyślając się do kogo skierowana jest ta seria to uważam, że pan Fran Galán dobrze wywiązał się ze swojego zdania.
____________________
#005-008 "Dune. House Harkonnen" vol 12 [05-08/2023]
Polski tytuł: "Diuna: Ród Harkonnenów" tom I
Non Stop Comics
Scenarzysta: Kevin J. Anderson, Brian Herbert
Ilustrator: Fran Galán
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 112
Oprawa: twarda
Druk: kolor
ISBN-13: 9788382307993
Data wydania: 25 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Bezlitosne machinacje rodu Harkonnenów odmieniają życie bohaterów tej historii od Arrakis po Waliach IX! Na planetach wybucha chaos. Niebezpieczne misje ratunkowe, niemożliwe wybory, rebelia na lx i knowania Bene Gesserit w końcu przynoszą owoce. Arrakis cierpi pod rządami brutalnych Harkonnenów, a tymczasem Liet i Warik muszą stoczyć pojedynek w imię miłości. Leto przeżywa brzemienne w skutki spotkanie, a Duncan stawia kolejny ważny krok na drodze ku swojej przyszłości…



"Goldorak" (2021)


Kiedy padła informacja, że ekipa z Elementala wyda "Goldoraka" postanowiłem przyjrzeć się tytułowi, ale nie oczekiwałem fajerwerków. Ot, ktoś mi kiedyś szepnął o anime albo mandze - nie pamiętam o co dokładnie chodziło - i tyle. Nie zgłębiłem wówczas temu, prawdę mówiąc w ogóle zapomniałem o naszej rozmowie. Czy gdybym wówczas lepiej rozeznał się w temacie łatwiej byłoby mi dzisiaj ocenić komiks panów Xaviera Dorisona oraz Denisa Bajrama? Nie wiem. Nabranie szerszej perspektywy z reguły pomaga, ale z drugiej strony rodzi się pytanie: czy moja ocena nie opierałaby się wyłącznie na porównywaniu tego "Goldoraka" z mangą Gō Nagai?

Na dzień dzisiejszy nie odpowiem na wyżej postawione pytanie. Z tego co piszą na grupach komiksowych manga nie została wydana w Polsce i nie widać jej w zapowiedziach, więc nie dane będzie mi jej poznać w najbliższym czasie. Co zaś dotyczy "Goldoraka" od Elementala to jest dobrze. Jak na one-shot wyrwany ze swojego uniwersum historia jest zaskakująco składna. Nie miałem problemów w zorientowaniu się kto jest kim, kto jest agresorem i dlaczego atakuje Ziemię oraz o co chodzi z tymi super mechami. Od początku storytelling pozwala rozeznać się w sytuacji, choć oczywiście pojawiają się wątki nawiązujące do wydarzeń z dawnych lat. Na szczęście są one nieliczne a jak już pojawiają się to chwila zastanowienia wystarcza, aby rozeznać się w danej sytuacji. To plus.


Fabularnie i stricte technicznie historia została podzielona na krótsze oraz dłuższe rozdziały. Każdy zaś z rozdziałów to naturalnie prezentacja konkretnego etapu opowieści i powiem Wam, że dawno nie widziałem tak dobrej, scenariuszowej precyzji. Nie dla każdego czytelnika takie dokładne prowadzenie za rączkę bywa miłe, ale ja nie czułem się pokrzywdzony czy specjalnie ograniczany. Czasami dobrze jest dać się prowadzić, zwłaszcza w opowieściach będących częścią czegoś większego. Autorzy "Goldoraka" wydają się rozumieć w czym rzecz. Tłumaczą nam dokładnie o co toczy się gra, bawią się nawiązaniami do oryginału Gō Nagaia, ale nie szarżują, nie przesadzają z ilością wątków pobocznych. Przez cały czas koncentrują się na postaciach oraz ich celu, którym jest dotarcie do wielkiego mecha i obrona Japonii.

Przed czym? Oczywiście przed agresorami z kosmosu i potężnym Golgotem, będącym dla mnie czymś na kształt mechanicznego odpowiednika dziwacznych potworów rodem z opowieści o Godzilli. Brzmi banalnie? Jak się dłużej zastanowić to rzeczywiście historia nie wydaje się przesadnie skomplikowana, co nie oznacza, że jest zła czy niedopracowana a już na pewno znajdzie swoich fanów. Chociażby trafi do czytelników mających dużą frajdę z lektury historyjek, w których pojawiają się różne, wielkie roboty. Niekoniecznie muszą to być słynne Transformersy. Dla przykładu: jeśli ktoś czyta sf, gdzie ogromne mechy stanowią ważny element siły jednej ze stron to nie będzie miał problemów z odbiorem tej historii. Ona jest zwyczajnie dla takich właśnie osób.


Warstwa wizualna. Obiektywnie patrząc nie jest źle, choć wydaje mi się, że mogłoby być ciut lepiej. Może jestem zbyt wybredny i zbyt wiele komiksów w klimatach science fiction porównuje do prac Moebiusa. Możliwe też, że dawno nie czytałem komiksu, który wizualnie tak mocno szedłby w stronę anime. Być może za mocno, przez co rysunki często są wymuskane, dopieszczone estetycznie, po prostu zbyt śliczne. Brakuje im charyzmy, iskry oryginalności. Czegoś co wyróżniałoby komiks na tle innych tego typu komiksów. A tak mamy ładnie prezentującego się Goldoraka, którego walka z kosmicznymi agresorami także została ślicznie zobrazowana. Mając w pamięci o co toczy się gra powiedziałbym, że te kolorowe plansze nie są do końca trafnym wyborem. Poza tym "Goldorak" to przyjemny komiks.
____________________
"Goldorak" [2021]
Scenarzysta: Denis Bajram, Xavier Dorison
Rysunki: Denis Bajram, Brice Cossu, Alexis Sentenac
Kolory: Yoann Guillo
Tłumacz: Paweł Łapiński
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 168
Druk: kolor
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396912558
Data wydania: 30 wrzesień 2024

Opis wydawcy:
Wojna między siłami Vegi i Goldorakiem jest już odległym wspomnieniem. Actarus i jego siostra wrócili na planetę Eufor, tymczasem Alcor i Venusia próbują prowadzić normalne życie na Ziemi. Wtem z najdalszych zakątków kosmosu przybywa najpotężniejszy z dotychczasowych golgotów: Hydragon. Gdy potwór z ostatniego gwiaździstego dywizjonu miażdży armie Ziemian, żądania ostatnich przedstawicieli imperium Vegi szokują całą planetę: pod groźbą całkowitej zagłady wszyscy mieszkańcy Japonii mają w przeciągu siedmiu dni opuścić swój kraj i pozwolić najeźdźcom na skolonizowanie archipelagu. W obliczu takiego ultimatum pozostaje tylko jedna nadzieja... Goldorak.


"Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" || Jakub Rebelka, Romuald Giulivo


Tak się jakoś pięknie składa, że mam słabość do tytułowego bohatera. Z prostej przyczyny: choć latka mijają to nadal widzę w nim autora, od którego wielu współczesnych mogłoby się uczyć. Wybaczcie to dziwne porównanie, lecz z jego pisarstwem jest trochę jak ze starymi samochodami. Nowe auta z salonu, choć pięknie reklamowane, często rozczarowują. Jak to się mówi? Ładnie wyglądają w pudełku. Proza Lovecrafta jest inna. Jest stara, ale dla mnie niezawodna. Można jej zarzucać pewne wady, być może zbyt prosty momentami styl, ale choć wiekowa nadal mocno działa na wyobraźnię. Oczywiście pod warunkiem, że czytelnik chce dać szansę autorowi.

Podobnie jest z komiksem panów Jakuba Rebelki i Romualda Giulivo. Przez ostatnie dni sporo naczytałem się niezbyt pozytywnych opinii na temat tej pozycji. Wiele z nich poruszało problem nieczytelnych ścian tekstu a przy tym ignorowało niemalże całkowicie clou fabularne. Nie powiem, patrząc na te opinie i nie rozumiejąc w jakim stopniu przywoływane w nich 'ściany nieczytelnego tekstu' faktycznie utrudniają lekturę, w mojej głowie powstał obraz prawdziwego, komiksowego koszmaru. Wręcz kosmicznego. Czy po lekturze moje obawy się sprawdziły? Ani trochę. Sądzę, że pewne osoby po prostu za mocno zafiksowały się na tej jednej kwestii, przez co ich ogólna ocena komiksu i pierwsze wrażenie z nim związane poleciały mocno w dół.


Oczywiście, pomysł z pismem mającym odzwierciedlać liternictwo, zapewne typowe dla czasów Lovecrafta, to zabieg rzeczywiście dość dziwny. Wizualizacja 'starych listów' może wybijać z lektury, ale patrząc obiektywnie te 'ściany tekstu' nie przysłaniają całości. Stanowią jej niewielki wręcz ułamek. Ignorując je całkowicie nadal jest to komiks interesujący. Będący z jednej strony próbą przypomnienia czytelnikom kim był Howard Phillips Lovecraft, z drugiej tytułem próbującym trochę usprawiedliwiać pisarza a nawet podkreślić jak wiele mu zawdzięczamy.

Bo zawdzięczamy, prawda? Nawet wiedząc o niedzisiejszych przekonaniach Lovecrafta wielu z nas spycha je na plan dalszy a nawet otwarcie ignoruje. Zdarzają się również i tacy, którzy zastanawiają się i próbują poskładać przekonania wspomnianego pisarza w jeden, spójny obraz. I są to chociażby autorzy komiksu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta". Stawiając bohatera w ogniu pytań, nawiedzając go duchami przeszłości, przyszłości oraz zjawami z jego wyobraźni starają się zrozumieć jego podejście do życia. Wyrwać z ust umierającego człowieka odpowiedzi na pytania, które być może i nam, czytelnikom znającym poniekąd pisarstwo Lovecrafta, gdzieś tam błąkają się po głowie.


Czy ja sam chciałbym jakieś zadać ojcu kosmicznej grozy? Nie wiem. Po prawdzie, nie wiem nawet czy właściwie interpretuje zdania wypowiadane przez bohaterów. Nie są to proste dialogi. Są one naładowane informacjami i tyloma odwołaniami do życia pisarza, że kilka razy nad ich właściwą interpretacją. Mając to na uwadze wydaje mi się zasadne wspomnieć, iż nie każdy odnajdzie się w tej historii. Na pewno, nie będzie to jednak wina niewłaściwiej formy prezentacji pewnych opisów. Jak już to wina będzie leżeć w naszym indywidualnym poziomie znajomości prozy pana Lovecrafta. Mówiąc wprost: z komiksem nie będą mieli problemu fani Samotnika z Providence.

Niemniej, pozostali także znajdą coś dla siebie. Dla przykładu: czytam Lovecrafta od lat, ale specem w jego twórczości nie jestem. Czytając "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" raz cierpiałem nie do końca rozumiejąc, co autorzy mają na myśli a raz zachwycałem się nad rysunkami i ogólnym storytellingiem, więc... Każdy wyrwie z komiksu coś na siebie. Nawet ci, którzy mają problem ze wspomnianymi wcześniej 'ścianami nieczytelnego tekstu'.
____________________
"Le Dernier Jour de Howard Phillips Lovecraft" [2023]
Tytuł polski: "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta"
Scenarzysta: Jakub Rebelka
Rysunki: Romuald Giulivo
Tłumaczka: Olga Mysłowska
Format: 210x310 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360890
Data wydania: 18 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Fantastyczna wyprawa w świat koszmarów jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku!
 
Utkany z wewnętrznego monologu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" to powrót do wyimaginowanych krain stworzonych przez Samotnika z Providence – jego wspomnień, gniewu i skrywanych mrocznych miejsc. 
 
Śledzimy ostatnią podróż skomplikowanego i udręczonego człowieka, który mierzy się ze swoimi wyborami wyrzeczeniami, demonami – przekonany, że w chwili śmierci na ludzi czeka tylko pocieszająca, wieczna noc. Ale czy autor nie jest w istocie nieśmiertelny dzięki historiom, które opowiada?


"Lando. Wszystko albo nic" (2018) || Star Wars


Niczym nie skrępowana wizja jednej z wielu brawurowych - nie mam co do tego żadnych wątpliwości! - przygód Lando Calrissiana 🙂 Żeby jednak nie było tak kolorowo to wierzcie lub nie, ale czytając pierwszy zeszyt miałem obawy czy udźwignę ciężar tej mini serii. Po pierwszych paru planszach miałem wrażenie, że będzie to historia właściwie o niczym. Że będzie to wyłącznie prezentacja szalonego i wkurzającego - co do tego również nie mam wątpliwości! - charakteru młodego Calrissiana, do czego moja dusza czytelnika miałaby dużo zastrzeżeń. Na szczęście im dalej w las tym lepiej.

Lepiej, jak na starwarsowe standardy 🙂 Po blisko trzydziestu latach czytania Gwiezdnych Wojen ponownie dochodzę do wniosku, że nie ma sensu szarpać się próbując zrozumieć logikę pewnych wydarzeń. Oczywiście owa zasada była mi znana już wcześniej, ale ten album ponownie bardzo dobitnie przypomniał mi o niej 😁 Mówiąc prościej: jest ogień 🔥 I dotyczy on większości poruszanych w historii wątków, których nawiasem mówiąc pojawia się zadziwiająco dużo jak na pięciozeszytową serię.


W wielkim skrócie. Pewien znany w galaktyce hazardzista, facet swobodnie podchodzący do idei uczciwości, jeżeli chodzi o grę w sabacca dość nieoczekiwanie zostaje zaangażowany w walkę, która nijak wpisuje się w jego styl życia. Dostajemy kosmicznego kowboja, który za garść dolarów rusza wesprzeć uciskanych w ich walce o wolność. Brzmi znajomo? Wiele takich historii widzieliśmy i ta niczym się właściwie od nich nie różni, ale naprawdę świetnie się na to patrzy. 

Najciekawiej wypadają zaś wątki, w których twórcy próbują ukrywać dobre cechy pana Lando Calrissiana. Jest dla mnie jasne, że kosmiczne łobuzy lepiej się sprzedają, ale myślę, że nie ma wśród fanów osoby, która nie uśmiechnęła się widząc jak Lando udaje pana 'nic mnie to nie obchodzi' 🙂 Ten zapatrzony w siebie - i swoją pelerynę - zawadiaka nie jest jednak najjaśniejszym punktem komiksu. Chodź stara się błyszczeć, szelmowsko uśmiechać i być kimś ponad wszystko to w tej historii brawa należą się L3-37. To dla tej postaci warto sięgnąć po komiks "Lando. Wszystko albo nic". O kim mówię? Przekonajcie się sami.
____________________
"Star Wars: Lando - Double or Nothing" [05-09/2018]
Tytuł polski: "Star Wars. Lando. Wszystko albo nic"
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki: Paolo Villanelli
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Seria: Star Wars
Format: 167x255 mm
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328164598
Data wydania: 28 sierpień 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Zanim nastały czasy Rebelii, zanim zamieszkał w Mieście w Chmurach, a nawet zanim stracił "Sokoła Millennium", Lando przeżywał wzloty i upadki w poszukiwaniu miłości i pieniędzy... co widzieliśmy w filmie "Han Solo". Lando nie należy do tych, którzy się wychylają... chyba że można na tym zarobić. Kiedy więc uciskani niewolnicy z imperialnego złomowiska droidów potrzebują jego pomocy, muszą mieć nadzieję, że ich wolność będzie miała dla niego jakąś wartość. Ale ktoś spośród nich jest gotów oddać Landa w ręce jego wrogów... a tych mu nie brakuje. Czy galaktyka pełna łotrów i szumowin weźmie wreszcie odwet na człowieku, który jest jej solą w oku?

"Operacja Totenkopf" (2018) || Wydział 7


Czas zacząć nadrabiać zaległości. I mówię niestety o zaległościach z naszego komiksowego podwórka. Trochę mi wstyd, że dopiero teraz zabieram się za "Wydział 7" - do tej pory miałem w rękach jedynie wydania specjalne - ale jakoś nie było nam po drodze. Co w sumie jest zastanawiające, gdyż tematycznie historie prezentowane w tej serii odpowiadają moim zainteresowaniom. Wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi jako osoba kochająca to co niesamowite i nie z tej ziemi powinienem piszczeć za każdym razem, gdy ukazuje się nowy zeszyt. Tak jednak nie było. Obiecuję jednak, że to się zmieni 😁

Pierwszy zeszyt serii podstawowej za mną i jestem bardziej niż zadowolony. Nie tylko dlatego, że zagadkowa "Operacja Totenkopf" miała w sobie coś z mignolaverse, ale także z uwagi na fakt, że była zwyczajnie ciekawa. Przy takich opowieściach z zainteresowaniem czytelnika bywa ciężko - z reguły są to historie mimo wszystko mocno schematyczne - tym razem jednak zostałem zaskoczony. Może nie w samym finale, ale dobrze poprowadzoną do niego drogą.


Historia została rozpisana na jedynie dwudziestu trzech planszach a dostaliśmy dobrze oddany koszmar wojny, szybki rzut oka na obraz politycznych układów z czasów Polski Ludowej, zderzenie dwóch światów, dość pomysłowo zaprezentowany wątek nawiedzenia - 'Co noc słyszeliśmy ich płacz i jęki. Wiatr niósł smród palonych ciał po okolicy' - a także zbliżenie na osobistą tragedię jednego z byłych pacjentów szpitala. Wszystko zostało poukładane z sensem. Inaczej mówiąc: storytelling na dobrym poziomie.

Kolorystycznie komiks potęguje ponury klimat historii. Czarno-białe plansze w prologu to doskonały wybór, w końcu mowa w nich o latach czterdziestych, kiedy radość i optymizm były towarami bardzo deficytowymi. Podoba mi się także zabawa kolorami, kiedy trzeba zaakcentować ważne elementy dla fabuły. Płonące głowy dzieci to kadr, który zostanie ze mną na długo. Niby nic czego nie widziałem wcześniej, ale jest w nim coś makabrycznego i smutnego. Zresztą, przez cały komiks wybrzmiewają właśnie takie tony.
____________________
"Operacja Totenkopf"
Scenarzysta: Tomasz Kontny
Rysunki: Grzegorz Pawlak
Seria: Wydział 7
Format: 170x245 mm
Liczba stron: 32
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788365803344
Data wydania: 28 wrzesień 2018

Opis wydawcy:
Rok 1962, PRL, do życia zostaje powołana nowa jednostka w ramach struktur SB, Wydział VII Departamentu 4. Tajna grupa, która w zracjonalizowanym świecie ówczesnej Polski ma za zadanie zmierzyć się ze zjawiskami paranormalnymi.

"Smocza krew" (2024)


Wczoraj było pesymistycznie dzisiaj postaram się, aby było bardziej kolorowo, przyjaźnie i optymistycznie 🙂 Wszystko przez niedawną lekturę komiksu "Smocza krew", który mocno idzie w klimaty lekkiego, przygodowego fantasy. Jeśli jesteście fanami opowieści arturiańskich, jeśli obecność w historii rycerzy, nadwornych mędrców, smoków oraz postaci baśniowych jest czymś przez Was wypatrywanym to ten tytuł będzie dobrym wyborem. Nie będziecie zawiedzeni. Tym bardziej, jeżeli znacie pana Bédu, to jest artystę znanego z popularnej - dla niektórych wręcz kultowej - serii "Hugo".

Od razu zaznaczam jednak, że ja osobiście nie znałem wcześniejszych prac tego pana. Jak już nieraz wspominałem, jestem świadom swoich braków, jeżeli chodzi o komiks europejski. Tak więc, biorąc do ręki "Smoczą krew" nie miałem jakiejś konkretnej wizji, jak ten komiks będzie wyglądał. Właściwie wiedziałem jedynie, że jest to raczej pozycja skierowana do młodego czytelnika, ale pewności nie miałem. Zresztą, w sumie nie miało to tak naprawdę znaczenia. Choć na karku ponad czterdzieści lat to w środku dalej czuję, że mój wewnętrzny dzieciak ma się dobrze!


Do "Smoczej krwi" podchodziłem zatem z prostym przekonaniem, że na pewno będę się dobrze bawił. I rzeczywiście tak było. Może nie jest to pozycja szalenie wybitna, być może wyda się mocno infantylna i przewidywalna, ale jako lekkie fantasy z prostą fabułą i precyzyjnie scharakteryzowanymi postaciami wypada dobrze. A myślę, że właśnie takich komiksów potrzebują najmłodsi czytelnicy. Konkretnych, nieprzegadanych, z wyrazistym scenariuszem pozwalającym nie zgubić się w wydarzeniach. Bédu jako twórca bardzo doświadczony w tworzeniu komiksów dla dzieci doskonale rozumie na czym to wszystko polega oraz jakich historii oczekują najmłodsi. Bajek z delikatnym dreszczykiem w tle.

Także… chcecie bajki? Oto bajka. O księżniczce oraz magicznym kamieniu, o smokach, odległych krainach, gnomach i plugawych istotnych chcących sprowadzić chaos do świata ludzi. Historia o walce ze złem, próbie znalezienia mordercy króla, o trudnych relacjach między siostrą i bratem a także o tym, że zawsze możemy liczyć na przyjaciół. Nawet tych najmniejszych.
____________________
"SangDragon" [02/2024]
Tytuł polski: "Smocza krew"
Scenariusz: Bédu (Bernard Dumont)
Rysunki: Bédu (Bernard Dumont)
Tłumacz: Marek Puszczewicz
Seria: Smocza krew
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 96
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328162518
Data wydania: 14 sierpień 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Wspaniała przygodowa opowieść rycerska! Na wyżynach Ergwadu umiera król Arthmel. Opuszczony tron próbuje przejąć brutalny książę Oghor. Boi się, że zostanie usunięty przez swoją siostrę, księżniczkę Helię, dlatego pod byle pretekstem wpędza ją do więzienia. Zarzuca jej, że za pomocą magicznego kamienia obudziła smoka, który zagraża królestwu. Helia ucieka z zamku i udaje się do krainy Kohrmor w poszukiwaniu smoka, aby pokonać potwora, który zagraża jej ludowi. Z księżniczki przeradza się w prawdziwą wojowniczkę!

"Neptun" (2022) || Uniwersum Aldebarana


"Neptun"? Historia ciekawa ale czegoś w niej brakuje. Wiele po tym komiksie oczekiwałem. Lubię kiedy świat przedstawiony czerpie z konwencji science fiction a ta opowieść była tak właśnie reklamowana w środowisku fanów komiksu. Mówiono o niej 'przyjemna dla oka historia sf z mocnym naciskiem na ukazanie świata natury', etc. Nie jest to dokładny cytat, ale takie głosy się pojawiały najczęściej. Czy tak malowany obraz ma jednak pokrycie w tej konkretnej, komiksowej rzeczywistości? I tu pojawia się problem.

O ile historia opisana w "Neptunie" zawiera pewne elementy typowe dla starej, dobrej fantastyki naukowej o tyle czuć, że przy tym wszystkim zabrakło rozmachu. Fabuła przypomina opowiadania pisane kiedyś przez wielkich twórców sf - np. Roberta Silverberga - przez co czuć pewną schematyczności wątków. Czuć staranność w prezentacji problemu, ale nic nas nie zaskakuje. Mamy ludzi i ich nowych sprzymierzeńców, mamy przyzwoicie odmalowany świat i dziwny statek zmierzający ku Ziemi. Wydawać się może, że to dobry punkt wyjścia do czegoś więcej, ale tak finalnie nie jest. Historia traci im dalej w nią brniemy. Dlaczego?


Działaniom bohaterów brak dynamizmu. Mam wręcz wrażenie, że swoje czynności wykonują sztucznie, niczym roboty raportujące aktualny stan rzeczy. Brak narratora sprawia, że każda niemalże czynność, każda podejmowana przez bohaterów akcja jest nam wyjaśniana przez samą postać. To także wygląda dziwnie a dodatkowo może drażnić. Autor bowiem nie zostawia czytelnikowi miejsca na wyciąganie wniosków. Zamiast dać nam chwilę, pozwolić zabawić się w analityków wszystko dostajemy gotowe. Trochę to wygląda tak jakbyśmy byli historykami czytającymi dokumenty źródłowe. Taka narracja bywa męcząca. Zmogła nawet mnie, osobę która z reguły nie ma kłopotu z takimi opowieściami.

Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli. Serii nie skreślam. Na pewno wrócę do uniwersum Aldebarana. Na pewno jednak dam sobie czas oraz poczekam, aż pierwsze, niestety niekorzystne wrażenie straci na sile.
____________________
"Neptun" (2022)
Scenarzysta: Luiz Eduardo De Oliveira
Rysunki: Luiz Eduardo De Oliveira
Tłumacz: Wojciech Birek
Seria: Neptun
Format: 216x285 mm
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328153905
Data wydania: 28 sierpień 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
"Neptun" to najnowszy cykl należący do uniwersum Aldebarana, opowiadający o dramatycznych dziejach kontaktów ludzkiej cywilizacji z kosmitami i próbach kolonizacji przez Ziemian odległych planet. Jego autorem jest Leo – znany brazylijski scenarzysta i rysownik. Tym razem akcja komiksu rozgrywa się na obrzeżach Układu Słonecznego. W chwili, kiedy Manon – bohaterka "Ocalonych. Anomalie kwantowe", rozpoczyna służbę w siłach specjalnych ONZ, w pobliżu Ziemi pojawia się ni mniej, ni więcej, tylko klasyczne UFO w kształcie latającego spodka. Na pokładzie jednostki oddział sił specjalnych znajduje tylko zwłoki dwójki dziwnie ubranych młodych ludzi i agresywnego robota. Skanowanie obszaru naszego systemu planetarnego wykrywa na orbicie Neptuna ogromny statek pozaziemski, najwyraźniej służący kosmitom do kolonizacji nowych planet. Ziemianie przygotowują misję penetracji obcej jednostki, w której znowu będą musiały wziąć udział dwie kobiety dysponujące największym doświadczeniem w kontaktach z istotami pozaziemskimi: Manon i Kim Keller. A ponieważ możliwości technologiczne naszej cywilizacji są zbyt słabe wobec technologii obcych, konieczne będzie połączenie sił z Calterianami – rasą, która nawiązała już z nami kontakty, jednak po ostatnich wydarzeniach na Aldebaranie wykazuje wobec ludzkości daleko posuniętą nieufność… 


"Transformers" (2023-2024)


Pierwsza plansza i już wiedziałem, że ten tytuł to coś dla mnie. Nie tylko dlatego, że ostatnie albumy od pana Daniela Warrena Johnsona doszczętnie mną pozamiatały; totalnie dając czadu tak fabularnie, jak i rysunkowo czy kolorystycznie. Owszem, ten artysta rozumie znaczenie spektakularnej, dobrej, komiksowej rozrywki ale w przypadku "Transformersów" zadziałało coś jeszcze. Mianowicie, chodzi o dreszczyk pozytywnych wibracji związany z powrotem do tego dawno niewidzianego i trochę zapomnianego uniwersum. Ktoś powie 'przecież otrzymaliśmy całkiem sporo filmów' i przyznam temu komuś rację, ale nie będę ukrywał, że dla mnie wojna Autobotów i Deceptikonów to głównie świat komiksów. Co prawda, wiele tych historii bardzo paskudnie się zestarzała, ale jak widać samo uniwersum dalej inspiruje. W dalszym ciągu pojawiają się artyści chcący należeć do tej wielkiej rodziny kosmicznych robotów z czego ja osobiście, ja czterdziestolatek, po prostu się cieszę. A jeszcze bardziej cieszy się moje wewnętrzne dziecko.

Dlaczego? "Transformers" Daniela Warrena Johnsona dają do pieca. Ten amerykański twórca, autor rewelacyjnego albumu "Z całej pety!" - jedna z trzech, pierwszych propozycji od Nagle Comics - jest tym twórcą, który w prosty ale konkretny i widowiskowy sposób pokazuje jak powinien wyglądać nowoczesny komiks rozrywkowy. Owo zrozumienie potrzeb dzisiejszych czytelników widać w niemalże każdym elemencie tej opowieści. Począwszy od rysunków - jakże kolorowych, jakże pięknie bawiących się ruchem postaci - poprzez scenariusz, w którym non stop z tonami poważnymi i bardzo poważnymi przeplata się zwykły dowcip, często czysto sytuacyjny.


Ten ostatni element fabuły to jednak dla mnie pewne novum w tym uniwersum. Nie powiem, często 'problemy' kosmicznych robotów wywoływały na mojej twarzy uśmiech - naiwność akcyjna w ich klasycznych przygodach poraża - ale w tych "Transformersach" pan Johnson do pewnego stopnia zdaje się nawet leciutko pokpiwać z tej całej konwencji. Bohaterów przerysowuje do granic możliwość, czyniąc ich poniekąd karykaturami samych siebie. I tak chociażby, dzięki tym właśnie zabiegom dostajemy groźne Deceptikony powtarzające do znudzenia ten sam dowcip o 'dobrej zabawie' z miękkimi ludzikami. Te metalowe Złote są tak zaślepione pogardą do ludzi, złem oraz wolą prowadzenia wymiany ognia, że tracą niemalże kontakt z rzeczywistością. Ich wielka rola - jakby nie patrzeć walka Deceptikonów i Autobotów to komiksowa klasyka - zostaje strywializowana a im samym przypisana jest rola prostych, banalnych narzędzi chaosu. Skala tego bezrozumnego niszczenia jest tak duża, że również Deceptikony zaczynają dostrzegać bezsens swoich działań. Jakby nie patrzeć ich postawa ma w sobie coś z żartu.

Po drugiej stronie planszy widzimy drużynę Autobotów, którymi dowodzi nie kto inny tylko Optimus Prime. Dobrze go znamy. Dobry, opanowany, inteligentny, przywódca jakiego Deceptikony nigdy nie będą miały. Bohater o nieposzlakowanej opinii, szlachetny do bólu. Ideał. Ekipa przez niego dowodzona jest do pewnego stopnia jego kopią. Nie zawsze jego podopieczni rozumieją jego decyzję, ale jako lider Optimus Prime potrafi nimi odpowiednio pokierować. Także w kwestii niesienia pomocy ludziom i co zrozumiałe, temu wątkowi autor poświęca bardzo dużo miejsca. Właściwie to on napędza całą fabułę, bowiem polem rywalizacji tych dwóch frakcji jest właśnie Ziemia.


"Transformersi" Daniela Warrena Johnsona to tytuł nie tylko dla fanów serii, ale czytelnicy szukający w takich albumach czegoś więcej niż rozrywki mogą się odbić. Od razu jednak zaznaczam, że nie jest to tytuł zły czy sypiący idiotyzmami na prawo i lewo. Autor próbuje nawet iść w powagę, próbuje przemycać coś co ma obudzić w odbiorcy emocje, ale wątek chociażby rodzinnej tragedii Spike'a - nowy, młody przyjaciel Autobotów - trochę rozmywa się na tle przyjemnie spektakularnej wymiany ognia między dwoma kosmicznymi obozami, co mi jednak zupełnie nie przeszkadzało. Przeciwnie.

Zakładam, że pan Daniel Warren Johnson dostając zielone światło na historię ze świata Transformersów miał zadbać oto, aby było widowiskowo, kolorowo oraz zrozumiałe dla każdego. I tak właśnie to wygląda. Dodatkowo ten tytuł to nowe rozdanie sagi, więc autor - i tutaj kolejny plusik dla niego - zadbał o odpowiednie, fabularne podłoże. Dzięki niemu dowiadujemy się o Cybertronie, znaczeniu energonu, iskrze a także zostaje wspomniany Megatron, choć na ten moment jego postać owiana jest tajemnicą. Jakby tego było mało dodatkowego kopa nadają fabułe fajne wkręty muzyczne! Tego akurat się spodziewałem - w końcu autor to fan metalu - ale i tak zrobiły one na mnie bardzo dobre wrażenie.

Kończąc. "Transformersi" dają czadu! Bardzo jestem ciekaw jak album zostanie oceniony przez szersze grono odbiorców, ja bawiłem się doskonale i czekam na tom numer dwa.
____________________
"Transformers" tom I [2023-2024]
Scenarzysta: Daniel Warren Johnson
Rysunki: Daniel Warren Johnson
Kolory: Mike Spicer
Tłumacz: Tomasz Kupczyk
Seria: Transformers
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367725392
Data wydania: 17 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Nagle Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Kolejna odsłona Energon Universe. Optimus Prime miał poprowadzić Autoboty do zwycięstwa, ale plan się nie powiódł. Los Cybertronu pozostaje nieznany, a jego obrońcy zwarci w śmiertelnym uścisku z Deceptikonami lądują bardzo daleko od domu. Odwieczna wojna potężnych sił przenosi się na Ziemię, nowe sojusze zostają zawarte, linie frontu wykreślone na nowo. Czy Optimus Prime ocali ludzkość przed zagładą?


"Mglisty wymiar" (2023)


Prace pana Richarda Corbena trudno ocenić w prosty i jednoznaczny sposób. Jego kreska wykracza daleko poza dzisiejsze standardy. Może odrzucić, może zniesmaczyć, ale również zaskoczyć a nawet zafascynować. Nietrudno zgadnąć, że wszystko zależy - jak zawsze zresztą - od indywidualnych preferencji czytelnika a nader wszystko od definiowania przez niego dobrego smaku. Czytelnicy mający problem z rysunkami odbiegającymi od tego co obecnie dostarcza nam sztuka mainstreamowa, jak również osoby nie zaznajomione z karykaturą mogą rozminąć się z dość niecodziennym geniuszem pana Corbena. Każdy kto jednak podejmie rękawice, wczyta się w opowieść i postara zrozumieć, co ten konkretny artysta próbuje nam powiedzieć przekona się jak niezwykłego twórcę przyszło mu spotkać.

Od strony fabularnej "Mglisty wymiar" dostarcza nam historię fantasy wypełnioną typowymi dla tego gatunku pomysłami. Już na starcie dostajemy niezbyt rozgarniętego bohatera - to on będzie naszym przewodnikiem po tym cudacznym świecie - oraz zarys czekającego go questu. Nie jesteśmy świadomi szczegółów zadania, ale wystarcza zaledwie kilka chwil abyśmy zrozumieli jak pokręcona, zwariowana oraz psychodelicznie koszmarna potrafi być rzeczywistość, w której przyszlo nam się znaleźć. I ta dziwność jest poniekąd znakiem rozpoznawczym twórczości pana Corbena.


Czymś, co polski czytelnik zna dość dobrze bowiem "Mglisty wymiar" nie jest pierwszym albumem tego twórcy wydanym na naszym rynku. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat otrzymaliśmy kilka tytułów z jego udziałem i to naprawdę dobrych. Szczególnie wyraziście pamiętam "Duchy zmarłych", co wynika głównie z poruszanej w tym albumie, horrorowej, tematyki, ale i "Mglisty wymiar" będę dobrze wspominał a za jakiś czas album zapewnie ponownie wyląduje w moich rękach. Dlaczego? Z jednej strony jest to niesamowicie oryginalny, odautorski projekt Richarda Corbena jako rysownika, po drugie niniejszy album to doskonały przykład tego jak powinno wygądać budowanie światów.


Tym dla mnie jest bowiem "Mglisty wymiar". Idealnym przykładem komiksu silnie autorskiego. Komiksu, który całym sobą przekazuje zamysł autora. Wędrówka Tugata to nic innego jak pretekst do pokazania tego jak porąbana oraz okrutna potrafi być rzeczywistość. I nie mówię tutaj o samym, niezwykłym tle wydarzeń, ale o zasadach napędzających tą rzeczywistość. Mglisty wymiar Richarda Corbena to świat, gdzie króluje prawo silniejszego. Być może do pewnego stopnia przypomina on świat Roberta Howarda, ale cechuje go zwielokrotnione okrucieństwo i bardzo bezpośrednie ukazanie pewnych elementów obecnych w heroic fantasy. Richard Corben w swojej prezentacji świata zdaje się być niczym nieskrępowany. Wygląda to chwilami tak jakby sam siebie testował, jakby wciąż i wciąż próbował przekraczać granice. Czy tak rzeczywiście jest? Na ile autor tworzy tak dziwaczne tło wyłącznie dla samego aktu szokowania? Czy za pokręconą opowieścią kryje się coś więcej?

Powtarzam się, ale niech będzie. Wędrówka Tugata to środek do celu. Richard Corben za pośrednictwem fantasy - dużymi garściami czerpiącego z schematów wypracowanych przez mistrzów gatunku - pokazuje co dla niego oznacza realizm. Jego światy to obraz przemocy, gwałtu, prawa silniejszego i braku większości hamulców moralnych. Oczywiście to światy bardzo żywe, artystycznie wyjątkowe i fascynujące. Przerażające? Zdecydowanie. Od momentu, w którym Mglisty Wymiar zacznie przypominać naszą rzeczywistość.
____________________
"Murky Wolrd" [2023]
Polski tytuł: "Mglisty wymiar"
Scenarzysta: Richard Corben
Rysunki: Richard Corben
Format: 203x280 mm
Liczba stron: 168
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360784
Data wydania: 24 czerwiec 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Deliryczna degrengolada w gęstym fantastycznym sosie. 
Umiarkowanie lotny wojownik Tugat budzi się z koszmaru tylko po to, by wylądować w kolejnym – duszniejszym i dziwniejszym od najbardziej szalonego snu. Spotka żarłoczne gigantki, opętane żądzą krwi martwiaki, mięsożerne pnącza, plugawych władców, zepsute księżniczki i przedwieczne istoty czyhające na jego niewinność. Choć jest sprzymierzeńcem dla wszystkich, sam może liczyć tylko na wierną klacz i jedną zdziwaczałą staruchę.

Rysunki Corbena przemówią do miłośników groteski, wyrazistej formy i psychodelicznych kolorów. To modelowy komiks autorski – prowadzi nas przez bogaty i żywy świat, którego żaden inny twórca nie mógłby stworzyć ani nawet reinterpretować. Prócz gęstych mgieł unosi się w nim duch komiksu niezależnego, podparty mistrzostwem warsztatu i undergroundową poetyką.

"Frontier"


"Frontier" obrazem stoi. Jeżeli miałbym zwrócić Wam uwagę na jakiś szczególny element tego komiksu to rzeczywiście byłyby to plansze, kadry oraz pojedyncze rysunki. "Frontier" pana Guillaume Singelina to jedna z tych opowieści wymagających od czytelnika dłuższej chwili koncentracji. Koncentracji nie tyle z uwagi na fabułę co właśnie niesamowitą warstwę wizualną. Nagle Comics choć nie tak dawno obchodziło roczek istnienia wydało już kilka tytułów o podobnej skali rysunkowej doskonałości choć nie były to tytuły czerpiące z tematyki science fiction. Tutaj otrzymujemy fantastyczne - i to fantastyczne na wielu płaszczyznach - combo.

A przejawia się ono w sposób dwojaki. Po pierwsze, poprzez wspomniane przeze mnie rysunki. Drobiazgowo przedstawiające warunki życia na stacjach kosmicznych, problemy związane z codziennymi zajęciami grup kosmicznych mikrospołeczeństw oraz w bardzo oryginalny sposób prezentujące samych bohaterów; dla mnie przypominających liliputów ubranych na modłę bohaterów anime. Po drugie, "Frontier" to space opera ale space opera, w której miejsce rozdmuchanego gwiezdnego konfliktu zajęła walka idealistów z wpływową machiną kapitalizmu. Co więcej, ci idealiści, naukowcy, jednostki wierzące w misję nie są postaciami z papieru. Autor w należyty sposób zadbał o ich wiarygodność czym sprawił, że są one po prostu nam bliższe, bardziej ludzkie.


To wręcz niesamowite jak ten komiks jest dopracowany. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest tytułem mocno zbliżonym do ideału. Tytułem oferującym przemyślaną - wizualnie i scenariuszowo - historię, w której na próżno szukać elementów zbędnych. I chyba dlatego tak dobrze o nim piszę. Ciężko jest trafić na oryginalnie narysowaną historię, ciężko o bohaterów wnoszących coś więcej niż komiksową brawurę. Panu Guillaume Singelina udało się bardzo pozytywnie mnie zaskoczyć. Nie wiem czy będzie to tytuł roku ale na pewno znajdzie się w topce komiksów wartych wielokrotnej lektury. Świetna rzecz!
____________________
"Frontier" [04/2023]
Tytuł polski: "Frontier"
Scenarzysta: Guillaume Singelin
Rysunki: Guillaume Singelin
Tłumacz: Elżbieta Janota
Seria: Saint-Elme
Format: 220x312 mm
Liczba stron: 200
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367725293
Data wydania: 30 kwiecień 2024
Dziękuję wydawnictwu Nagle Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Ten komiks opowiada o codzienności ludzi żyjących w nowym świecie, gdzieś na rubieżach znanego wszechświata, w całkowitym oderwaniu od swojej kolebki. Ziemia dusi się z powodu wyeksploatowania ostatnich zasobów, ostatnią nadzieją ludzkości są niezbadane przestrzenie poza granicami Układu Słonecznego. Historię podboju kosmosu śledzimy przez pryzmat burzliwych losów trójki bohaterów: naukowca Ji-soo, najemniczki Caminy i górnika Alexa. Rzadko trafia się takie połączenie - mądre i ambitne ekologiczne SF w zaskakującej, realistyczno-cartoonowej oprawie Guillaume Singelina - jednego z niekwestionowanych mistrzów współczesnego komiksu.


"Furia"


Mam problem z oceną tego tytułu. Zazwyczaj potrafię jasno określić czy dana historia trafiła w moje czytelnicze serducho ale niestety nie tym razem. Co więcej, nie potrafię dokładnie powiedzieć co mi zgrzyta w tej opowieści. Czy kreska - chwilami idąca w stronę karykatury a nawet wulgarności - czy scenariusz niszczący moje dziecięce wyobrażenia o arturiańskich legendach. Nie wiem a co gorsza jestem zły na siebie za owe czytelnicze dylematy gdyż naprawdę wiązałem z tym komiksem duże nadzieje. "Furia" Geoffroy'a Monde miała być przysłowiową wisienką na torcie, genialnym zwieńczeniem świetnego marca w wykonaniu Kultury Gniewu a tu proszę… nie potrafię ocenić tego tytułu jednoznacznie.

Rysunkowo, artystycznie komiks prezentuje się bardzo dobrze. Moje wahania z cyklu 'czy karykatura to właściwa forma dla fantasy' to zupełnie inna kwestia. Wizualnie jestem po prostu zachwycony, bo sposób w jaki pan Mathieu Burniat przekazał zamysł fabularny Geoffroy'a Monde zasługuje na uznanie. Panowie po prostu się dogadali i to widać. Podejrzewam, że gdyby pomysły pana Monde wepchnąć w ramy standardowego fantasy nie miałyby one tak dużego wydźwięku. Trochę taka ocena rysunków kłóci się z tym co wyżej napisałem więc wyjaśniam. Dostrzegam ową wyjątkową symbiozę scenarzysty i rysownika, doceniam ile ona wnosi do samej opowieści, niemniej niekoniecznie przekonał mnie sam eksperyment fabularny.


O ile sam koncept pokazania nam opowieści arturiańskich w nowych barwach początkowo mnie zaciekawił o tyle poziom ordynarności a niekiedy także wulgarności nie przypadł mi do gustu. Gdzieś w tym wszystkim zabrakło mi dobrego smaku. W trakcie lektury może i nie odczuwałem przeszarżowania od strony scenarzysty ale chwilami miałem zwyczajnie dość choć znowu… rozumiem, że tak mocne przerysowanie rzeczywistości arturiańskiej było celowe. Pomysł Geoffroy'a Monde ubrany w rysunki pana Burniata miał do pewnego stopnia szokować i to się artystom udało. Za bardzo sprawną realizację tego planu należą im się brawa. To, że sama idea takiego fabularnego eksperymentu nie do końca trafiła do mnie nic nie znaczy. Z tego co się zorientowalem większość czytelników zachwyca się komiksem więc zachęcam abyście z "Furią" zapoznali się i ocenili ten album sami 🙂
_______________
"Furieuse" [2022]
"Furia"
Scenarzysta: Geoffroy Monde
Rysunki: Mathieu Burniat
Tłumaczka: Olga Mysłowska
Format: 195x260 mm
Liczba stron: 228
Druk: kolor
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788367360647
Data wydania: 5 marzec 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Arturiańskie mity w zupełnie nowej odsłonie!
Gdy potwory z piekła rodem atakują królestwo Pendragon, dzielny król z pomocą magicznego miecza ratuje świat przed złymi mocami. Jednak lata mijają, a królestwo podupada podobnie jak jego władca, upojony swoim wielkim sukcesem i trunkami, których nie odstawia nawet na chwilę. Magiczny miecz od dawna się nudzi i marzy o kolejnych wspaniałych bitwach, a młoda królewna nie może już patrzeć na staczającego się ojca. Szczególnie, że ten zamierza ją wydać za mąż za natrętnego barona. By uciec przed swym losem, Ysabelle wyrusza w podróż. Chce żyć po swojemu, zakosztować życia z dala od pałacu i odnaleźć zaginioną siostrę. Czy pomoże jej w tym tkwiąca w broni magia? I czyj gniew okaże się silniejszy – żądnego mordu miecza czy walczącej o swoją wolność dziewczyny.


"Straszna wyspa"


"Straszna wyspa" to kolejny tytuł na polskim podwórku przybliżający nam jedną z przygód słynnej Myszki Miki. Bohatera, którego nie darzę wielką sympatią ale od czasu do czasu zdarza mi się sięgnąć po opowieści z jego udziałem. Zwłaszcza gdy za ich prezentacje zabiera się tak znakomity rysownik jak Alexis Nesme, którego prace mieliśmy już okazję podziwiać w albumie "Horrifikland. Przerażająca przygoda". Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, że siła tego konkretnego komiksu tkwi w jego sferze rysunkowej. Pan Nesme, zajmujący się głównie tworzeniem bajek, potrafi oczarować.

Fabularnie "Straszna wyspa" wyraźnie skręca ku komiksowi przygodowemu, którego pewne motywy mogą przywodzić na myśli powieści awanturnicze z dziewiętnastego wieku. Zostają one mocno zaakcentowane już w prologu zarysowującym główny wątek ale pojawiają się także na dalszych kartach opowieści, której scenariusz prezentuje wyprawę trójki detektywów - w tych rolach Miki, Donald oraz Goofy - na tytułową wyspę. Nasi bohaterowie podejmują się odnaleźć zaginionego lorda Pepperminta, archeologa poszukującego wielkiego skarbu na pewnej wyspie. Jak się szybko okazuje, na wyspie 'na której czyhają rozliczne niebezpieczeństwa oraz straszne potwory'😁


Tak zarysowuje się nowa przygoda Mikiego i jego przyjaciół. Przygoda, przy której bawiłem się lepiej niż początkowo oczekiwałem. Nie wiem do końca czy zasługa leży w tym przypadku po stronie ciekawego scenariusza czy moich literackich upodobań - Verne i Stevenson zawsze blisko mnie! - ale nie ma to w sumie znaczenia. Pan Alexis Nesme umie opowiadać, sprawnie przemyca nawiązania do kultowych filmów oraz znanych książek a dodatkowo - i jest to bardzo istotne - potrafi korzystać z dowcipu sytuacyjnego.

Kończąc. Tak jak zaznaczyłem na początku: rysunki zdobiące album "Straszna wyspa" to najjaśniejsza strona tego tytułu. Myślę, że każdy kto po niego sięgnie będzie pod ich wrażeniem. Bardzo drobiazgowa kreska, zabawa kadrami i chęć eksperymentowania nimi oraz żywe kolory to coś czego zazwyczaj brakuje w komiksach Disneya a przynajmniej brakowało do tej pory.
____________________
"Terror-Island. Une Terrifinate aventure de Mickey Mouse" [2022]
Polski tytuł: "Myszka Miki. Straszna Wyspa. Niesamowita przygoda Myszki Miki"
Scenarzysta: Alexis Nesme
Rysunki: Alexis Nesme
Tłumacz: Maria Mosiewicz
Seria: Myszka Miki
Format: 216x285 mm
Liczba stron: 56
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328166400
Data wydania: 20 marzec 2024

Opis wydawcy:
Miki, Goofy i Donald wracają do zawodu detektywów! Dostają niezwykłe zlecenie odnalezienia archeologa-amatora lorda Pepperminta, który wyruszył w odkrywczą wyprawę na morza południowe, ale zaginął w tajemniczych okolicznościach. Przed bohaterami niebezpieczna podróż, podczas której będą musieli pokonać wiele przeciwności, aby dotrzeć do skarbu ukrytego na lądzie, który zapiski z dawnych czasów nazywają... Straszną Wyspą! 

"Saga orków. Łowca nagród" [podcast]


W dzisiejszym odcinku podcastu Retro komiks opowiadam Wam o czwartym i ostatnim tomie "Sagi Orków". Opowieści o złym czarnoksiężniku, elfach, dzielnych orkach oraz legendarnym skarbie ukrytym w legendarnym mieście 😀 Jeżeli lubicie tolkienowskie klimaty ten komiks jest dla Was.

Podcast do wysłuchania na Spotify oraz You Tube. Zapraszam!
____________________
"Ork Saga 4: The Battle for Tirgas Lan" [11/2022]
Tytuł polski: "Saga Orków: Bitwa o Tirgas Lan"
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenarzysta: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg, Lars Bjorstrup
Tłumacz: Robert Lipski
Seria: Saga Orków
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788396540379
Data wydania: 28 kwiecień 2023
Dziękuję wydawnictwu Elemental za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
To już koniec – dosłownie, ale nie całkiem taki, jaki mogli sobie wyobrażać nasi dwaj główni bohaterowie mimo woli, orkowie Rammar i Balbok. Wciąż nie odzyskali głowy swego dowódcy, a na dodatek okazało się, że byli marionetkami w rękach złego maga Ruraka, który pragnie powrotu do świata pierwszego Ciemnego Elfa. Oczywiście nasi orkowie spróbują mu w tym przeszkodzić, przy drobnej pomocy Alannah, elfickiej kapłanki Shakary, i Corwyna, zakochanego w niej po uszy zapalczywego łowcy nagród. Czy jednak zdążą w porę, nim na miejsce dotrą z jednej strony sprzymierzone siły krasnoludów i elfów, a z drugiej – bitny legion żądnych krwi orków?

"Podróż do wnętrza ziemi" / "Don Kichot"


Pod koniec września 2022 roku wydawnictwo Egmont wystartowało z serią "Adaptacje literatury". Powtarzam: seria wystartowała blisko półtora roku temu a ja dopiero w tym miesiącu zapoznałem się z dwoma tytułami wchodzącymi w jej skład. Trochę się temu dziwię. To znaczy: dziwię się samemu sobie. Wydawałoby się, że osoba taka jak ja - tj. dość często chwytająca po tytuły opatrzone etykietami 'stare', 'klasyka', etc. - powinna z miejsca poświęcić czas na zapoznanie się z komiksowymi adaptacjami dzieł literackich zaliczanych do grona tych ważnych. A tu nic. Widziałem, że raz na kwartał miała miejsce premiera kolejnego zeszytu serii ale jakoś nigdy nie było mi z tymi premierami po drodze. Aż właśnie do lutego 2024 roku, kiedy to Egmont wydał "Podróż do wnętrza ziemi" Juliusza Verne'a.

Jak oceniam moje pierwsze spotkanie z tą serią? Najogólniej mówiąc: to było ciekawe doświadczenie. Nie oczekiwałem niczego nadzwyczajnego - obstawiając raczej wierne przeniesienie powieści na karty komiksu - i niczego nadzwyczajnego nie dostałem. Ot, dobrze narysowany komiks o znanej mi fabule. A właściwie dwa komiksy, gdyż zaraz po przygodowce od Juliusza Verne'a zabrałem się za "Don Kichota" pana Miguela de Cervantesa. I jeden i drugi tytuł potraktowałem jako lekką odskocznię od czegoś bardziej ambitnego czy może raczej czegoś wymagającego większej uwagi. Prawdę powiedziawszy przez oba tytuły dosłownie prześlizgnąłem się, koncentrując bardziej na rysunkach niż scenariuszach.


Nie mogłem inaczej. Tak jak powiedziałem: obie historie znam a "Podróż do wnętrza ziemi" czytałem kilkakrotnie. Co prawda ostatni raz kilka lat temu - w czasie kiedy Zielona Sowa wydawała wspaniałą serię "Podróże z Verne'em" - ale pewnych opowieści po prostu się nie zapomina. Kreska to zupełnie inna sprawa. Byłem bardzo ciekaw tego obszaru. Co prawda nie spodziewałem się jakichś graficznych eksperymentów - to nie ten typ komiksu - ale byłem ciekaw jaką kreskę otrzymamy. I tak jak podejrzewałem: w obu komiksach mamy tak poprawne rysunki jak to tylko możliwe. Solidne plansze, wypieszczone, wymuskane i wiernie oddające fabułę obu powieści. Trochę bardziej podobały mi się prace Frédérica Garcii ale to chyba wina mojej sympatii do twórczości francuskiego pisarza. Tak, w jeżeli chodzi o Verne'a nie jestem obiektywny.

Podsumowując. Oba tytuły dają radę. Raczej do nich nie wrócę ale sądzę, że nadejdzie dzień, kiedy sięgnie po nie mój potomek. Może wykorzysta je w kategoriach pomocy naukowej, może spojrzy na nie jak na rysunkowe bryki. Nie będę w to wnikał. Wierzę, że kiedyś oba komiksy przeczyta a potem poprosi o kolejne.
____________________
"Podróż do wnętrza ziemi"
Scenarzysta: Curd Ridel
Rysunki: Frédéric Garcia
Tłumacz: Marek Puszczewicz
Seria: Adaptacje literatury
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328167582
Data wydania: 31 styczeń 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.

"Don Kichot"
Scenarzyści: Philippe Chanoinat, Jean-Blaise Dijan
Rysunki: David Pellet
Tłumacz: Marek Puszczewicz
Seria: Adaptacje literatury
Format: 215x290 mm
Liczba stron: 56
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328167599
Data wydania: 31 styczeń 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.


Opis wydawcy:
Komiksowa adaptacja jednej z najlepszych i najbardziej znanych powieści science fiction autorstwa Juliusza Verneʼa. Napisana w 1864 roku "Podróż do wnętrza Ziemi" była jedną z pierwszych powieści poruszających tematykę eksploracji wnętrza Ziemi. Historia rozpoczyna się, gdy mieszkający w Hamburgu profesor mineralogii Otto Lidenbrock i jego siostrzeniec Aksel rozszyfrowują starożytny manuskrypt runiczny, w którym islandzki historyk opisał swoją rzekomą wyprawę do wnętrza Ziemi. Postanawiają udać się na Islandię i przy pomocy Hansa, lokalnego przewodnika, odnajdują na dnie wulkanu przejście, które zaprowadzi ich do trzewi ziemskiego globu. Tam odkrywają niezwykły świat ogromnych jaskiń zamieszkałych przez dziwne stworzenia. A przygoda dopiero się zaczyna...

"Don Kichot z La Manchy" to najsłynniejsza powieść autorstwa Miguela Cervantesa, a także jedno z najważniejszych dzieł literatury hiszpańskiej. Imię głównego bohatera przeszło do języka potocznego jako określenie osoby tracącej poczucie rzeczywistości w pogoni za wzniosłymi ideami i celami. Bohaterem historii jest zubożały szlachcic Alonso Quijano, pasjonat powieści rycerskich. W wyniku ich lektury uznaje, że jest błędnym rycerzem, przybiera imię Don Kichot i na wiernym wierzchowcu Rosynancie (w rzeczywistości chudej szkapie) wyrusza w świat, by bronić honoru ukochanej Dulcynei (w rzeczywistości ubogiej chłopki z sąsiedniej wsi). Dołącza do niego giermek Sancho Pansa, którego głównym zmartwieniem jest brak jedzenia. Nieprawdopodobne przygody prowadzą dwóch wędrowców przez Hiszpanię.

"Krocząca we mgle. Oddech rzeczy"


Komiks "Krocząca we mgle" to moja pierwsza styczność z twórczością Stéphane'a Ferta ale nie ostatnia. Tego możecie być pewni. Mam dużą słabość do tytułów określanych często mianem współczesnych baśni a wydaje mi, że pan Fert umie w te klocki. W mojej odczuciu opowieści te nadają sję doskonale do przypominania czytelnikom o rzeczach ważnych i istotnych. Może nie mają one tak moralizatorskiego wydźwięku jak bajki pisane przez Ezopa czy Ignacego Krasickiego, ale i tak oferują pod tym względem więcej niż niejeden komiks współczesny. Poza tym często towarzyszy takiej komiksowej 'bajce' ciekawa oprawa rysunkowa, czego dowodem jest chociażby album "Krocząca we mgle".

O czym opowiada pan Fert? O walce, o wierze w siłę przyjaźni, o poświęceniu, o tym co nas czeka jeżeli przestaniemy zwracać na zmiany zachodzące wokół nas. Do prawienia morałów wykorzystuje historię młodej ogrzycy, która wspólnie ze swoimi matkami-wiedźmami musi pokonać złą Mgłę chcącą zapanować nad każdym miejscem na ziemi. Te zmagania nie zajmują jednak całej fabuły, pojedynki to jedynie 'dodatek'. Najwięcej miejsca zajmuje przedstawienie obrazu świata, gdzie rozgrywa się owe starcie oraz prezentacja bohaterek - ich poglądów na różne kwestie, ich wzajemnych relacji, etc. - dramatu.


Świat tytułowej bohaterki? Daleko mu do tych najprzyjemniejszych, choć takie może na wstępie budzić skojarzenia. Im dalej brniemy w fabułę tym wydaje się bardziej przygnębiający i taki bez szans na jakąkolwiek poprawę. W pewnym momencie można dojść do wniosku, iż świat bohaterki to mała, osamotniona enklawa. Ostatnie miejsce na ziemi, gdzie mgła, smród, buldożery oraz betonowa rzeczywistość nie dotarła. Miejsce, gdzie nadal - na szczęście - można żyć zgodnie ze starymi prawami, w zgodzie z Naturą a co najważniejsze czerpać z niej siłę. Do czego? Do tego aby przetrwać w spokoju kolejny dzień.

"Krocząca we mgle" to historia dająca się lubić, oferująca wiele elementów, do których nie powinniśmy mieć większych zastrzeżeń. Ciekawe, wzbudzające sympatię postacie. Przyjemnie odmienna od mainstreamowej kreska. Pomysłowy - lekko ckliwy - motyw zapowiadający przyjemną opowieść. Może nie będzie to historia z tych wyjątkowo wybitnych ale sądzę, że warto dać jej szansę. Zwłaszcza, że jest inna. Nie celuje w prostą fabułę dla samej rozrywki ale opowiada o rzeczach naprawdę ważnych. Czekam na kolejny tom.
____________________
"The Breath of Things. The Mist-Walker" 09/2023]
Tytuł polski: "Krocząca we mgle. Oddech rzeczy"
Scenarzysta: Stéphane Fert
Ilustrator: Stéphane Fert
Tłumacz: Ada Wapniarska
Seria: Krocząca we mgle
Format: 205x275 mm
Liczba stron: 156
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788367440714
Data wydania: 17 styczeń 2024
Dziękuję wydawnictwu Timof Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Pewnego dnia Mgła zabrała wszystko. Och, nie ta mała mgła o poranku czy półmgła po deszczu, nieee! Mgła, ta prawdziwa. Błotna breja, węglowa papka, czarna i gęsta jak atrament. Taka, która pochłania wszystko. Ale Mgła również pozostawiła coś po sobie. Mutantkę, ogrzycę, a może po prostu małą dziewczynkę, którą gburowata wiedźma nazwie Tempérance. Będzie ona wychowywana w atmosferze siostrzeństwa wśród wesołych starszych kobiet. Aż pewnego dnia Mgła powraca, Mgła chce zacząć od nowa… Nadszedł czas, aby czarownice wyjęły amulety, przypomniały sobie stare zaklęcia i lekcje kung fu, aby wyruszyły na wielką przygodę, która odmieni losy młodej Tempérance.

Współczesna bajka – coś pomiędzy opowieścią o oczekiwaniu a baśnią ekologiczną.