Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura gniewu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura gniewu. Pokaż wszystkie posty

"Dwie nagie dziewczyny"


Dziwnie to zabrzmi ale na komiks zwróciłem uwagę, gdyż na okładce widzimy mężczyzn ze swastyką przeglądających jakieś obrazy. Wyglądają jakby stali w magazynie, sprawdzali i kontrolowali. Prawdopodobnie mężczyźni na okładce są funcjonariuszami gestapo oddanymi sprawie. I tyle. Jak się zastanowić scenę trudno zaliczyć do tych spektakularnych ale mnie ta ilustracja kupiła z miejsca bo pomyślałem: jest wielce prawdopodobne, że tym razem obędzie się bez scen stricte wojennych; że będzie bardzo spokojnie oraz z uwagą na codzienność. I tak rzeczywiście jest. Jeśli ktoś liczył na obraz wojny znany chociażby z powieści "Łaskawe" Jonathana Littella to stety albo niestety ale się przeliczył.

"Życie Kola" Jakub Jaskółowski


To jeden z tych komiksów wymagających. Jak podejdziemy do niego bez zastanowienia, bez przygotowania, bez świadomości o czym pan Jakub Jaskółowski opowiada, to prawdopodobnie przerwiemy lekturę po kilkunastu pierwszych planszach. To jeden z tych tytułów, które niczego nie ubarwiają i pokazują nam historię - także tą bardzo intymną - od jej ponurej, brutalnej, ale i jednocześnie szalenie ciekawej strony.

Jeżeli ktoś spyta czy interesującej dla kogoś, komu z historią nie zawsze było po drodze to odpowiem, że tak. Nie trzeba być historykiem, nie trzeba być maniakiem tej dziedziny, aby ta historia do nas trafiła. Wystarczy zrozumieć, że dla części z nas to tak naprawdę opowieść o nas samych. Nie trzeba być kresowiakiem, aby świat bohatera komiksu był także naszym światem. Żeby jego doświadczenia były naszymi.

Zapytajcie rodziców oraz dziadków o korzenie Waszych rodzin. Zróbcie historyczny research i zbierzcie tyle historii o Waszym prababkach i pradziadkach ile tylko zdołacie ogarnąć. Idę o zakład, że po lekturze tego komiksu i po wspomnianych rozmowach dojdziecie do bardzo ciekawych wniosków a wśród nich będzie przekonanie, że z losami tytułowego bohatera ma prawo utożsamiać się wiele osób.

To bardzo dobrze świadczy o tej historii. To znaczy, że autor zdał egzamin i w sposób dojrzały nie tylko prezentuje rzeczywistość czysto historyczną - dodajmy: robi to w bardzo przystępny sposób - ale także umiejętnie zestawia nastroje społeczne z początku wieku dwudziestego z tym, czego dzisiaj jesteśmy świadkami oraz pokazuje jak owe nastroje wpływały na zwykłych ludzi. W tym na jego dziadka. Może się wydawać, że zagadnienia takie jak przynależność narodowa, jak zatargi społeczne na tle etnicznym czy przemoc w rodzinie to tematy wtórne, które w komiksach nie są czymś nowym. Zgadzam się.


Nie każdy jednak autor potrafi w tak prosty, smutny i zarazem przerażający sposób o nich pisać. Niewątpliwie atutem pana Jakuba Jaskółowskiego jest skuteczne unikanie ubarwień. Pisząc o rodzinie nie trudno narazić się na zarzuty o brak należnego obiektywizmu. Autorowi "Życia Kola" udało się. Do tematu podszedł z zamiarem nieukrywania nieczego i ten zamiar również zrealizował. Co więcej, bardzo ciekawie skorelował życie dziadka z przemianami zachodzącymi na Kreskach Wschodnich na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Niekiedy jego narracja zbliża się do narracji mocno uczelnianej, ale dzięki osobistym uwagom - zawierającym wiele gorzkiej, niewygodnej prawdy - wypada ona interesująco i autentycznie.

------------------------------
"Życie Kola"
napisał i narysował: Jakub Jaskółowski
Kultura gniewu [08/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Pieskie szczęście" Keum Suk Gendry-Kim


"Pieskie szczęście" Keum Suk Gendry-Kim to kolejny tytuł od tej autorki wydany przez Kulturę Gniewu i kolejny, który do mnie trafia. Przed trochę ponad rokiem przeczytałem "Czekanie". Wówczas zostałem emocjonalnie pozamiatany i dzisiaj czuję się podobnie. Wówczas autorka dość prostymi mechanizmami - miksując problemy dotykające dzisiejsze pokolenie z traumami pokolenia wojny - pokazała mi jak wojna sprzed kilkudziesięciu lat oddziaływuje na dzisiejsze społeczeństwo. Dokonała tego bez ucieka się do wielkich słów, za to w sposób bardzo świadomy. Dzisiaj , w "Pieskim szczęściu", podejmuje temat relacji łączących ludzi z ich psimi przyjaciółmi. Na co zwraca uwagę? Co ma nam tym razem do przekazania?


Zaczyna spokojnie. Od podkreślenia kwestii najistotniejszych, od przypomnienia jak wiele radości daje człowiekowi posiadanie psa. Bardzo dobrze, że od tego zaczyna. Widać, że autorka wierzy - i ja również - że te dobre relacje zdecydowanie przewyższają te gorsze. Naturalnie, oprócz prezentowania nam frajdy z posiada psa, oprócz pokazywania chwil chwytających za serducho dostajemy to w czym autorka czuje się doskonale. Krótkie oraz treściwe sprawozdanie, w którym informuje nas o wszystkim, co jest związane z psami i ich posiadaniem. Informuje tak o rzeczach dobrych, jak i tych złych.

Właśnie z uwagi na jej komentarze pod adresem danej społeczności i jej podejścia do psów nazwałbym Keum Suk Gendry-Kim po prostu obserwatorką. I to piekielnie dobrą; precyzyjną i obiektywną. Taką, która koncentrując się nad główną tematyką - w tym przypadku zachwycając się Marchewką, Kartoflem, Czoco i innymi szczęściami na czterech łapach - nie traci z oczu spraw bardziej przyziemnych, spraw ponurych i niezbyt przyjemnych. Dobrze to o niej świadczy. Taka postawa podkreśla jej profesjonalizm, choć z drugiej strony jak sądzę wielu odbiorców "Pieskiego szcześcia" wolałoby nie czytać tego o czym Keum Suk Gendry-Kim opowiada. A o czym opowiada?


Najprościej byłoby powiedzieć, że o złych ludziach. Na pewno o nich słyszeliście. O tych wszystkich zostawiających pieski przywiązane do drzew. O makabrycznych - wykorzystujących psy do wyciągania funduszy i nie tylko - domach opieki nad zwierzętami, o ludziach traktujących psy jak zabawki, etc. Jeśli nie słyszeliście to wyjaśniam: nie są to żadne miejskie legendy. Nie będę wdawał się w szczegóły. Każdy kto ma problem ze zwizualizowaniem sobie o czym wspomina autorka niech przeczyta artykuły omawiające tematykę znęcania się nad zwięrzętami.

"Pieskie szczęście" to historia napisana na poważnie i to napisana przez osobę nie tylko kochającą tytułowe czworonogi, ale również przez osobę znającą czyhające na owe czworonogi zagrożenia. Jak już wspomniałem jest to komiks angażujący emocjonalnie. Bardzo. Autorka porusza w nim naprawdę wiele ważnych kwestii a przy tym nie idzie na łatwiznę. Nie bombarduje nas wyłączenie przykrościami mogącymi spotkać naszych psich przyjaciół, ale i ich nie omija. W swojej opowieści znajduje również czas na uwypuklenie chwil bardziej przyjemnych. Radosnych. Tych, które także sprowadzają łzy, ale jak to mawiał Gandalf: "Nie powiem: nie płaczcie, bo nie wszystkie łzy są złe".

------------------------------
napisała i narysowała: Keum Suk Gendry-Kim
Polskie wydanie: Kultura gniewu, 08/2025
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Stefan Grabiński. Błonia tajemnicy"


Stefan Grabiński, wielkim pisarzem jest? W kręgu pewnej grupy czytelników rzeczywiście ma status niemalże gwiazdy, guru polskiej grozy. Sam czytając jego opowiadania oraz mogąc sobie pozwolić na czynienie pewnych porównań nie raz i nie dwa razy przekonywałem, że nie ma nad Grabińskiego większego autora historii niesamowitych.

Jego opowiadania zawsze wydawały mi się mocno malownicze. Tak jakby autor dbał oto, aby czytelnik zanim zostanie świadkiem czegoś, co łamie naturalny początek świata mógł na spokojnie wgryść się w świat otaczający bohatera. Owszem, proza Grabiskiego niedpowiedzeniami stoi, ale z reguły zastanawiący jest sam finał historii. Cała zaś droga do niego to właśnie nastrojowe opisy, które - odnosząc się do komiksu - dobrze zinterpretowane przez rysowników albumu "Błonie tajemnicy" odpowiednio przygotowują czytelnika do tego, czego będzie świadkiem za chwilę parę.


W moim przekonaniu siła tego komiksu to głównie jego strona wizualna. Każda historia to inny styl, inna technika rysowania, inna zabawa cieniami, grubością samej kreski, etc. Ta różnorodność, jak się zastanowić odpowiadająca różnorodności tematycznej poszczególnych tekstów, to dla mnie największy atut tego albumu. Na drugim miejscu znajduje się metaforyka obrazu, dzięki której literackie dziwy Grabińskiego dostają swoją komiksową interpretację. I znowu, brak rysukowej jednoznaczności sprawia, że czytelnik otrzymuje szansę samodzielnego odnajdywania tropów mogących świadczyć o niezwykłości tekstów pisarza. Zaś impulsem rozkręcającym odbiorcę do takich interpretacji są właśnie rysunki i towarzysząca im kolorystyka.


Nie do każdego odbiorcy ten album trafi. Proza Stefana Grabińskiego, proza opierająca się często na wątkach nadnaturalnych i niosąca ze sobą obraz świata w ciemnych barwach, nie każdego urzecze w równym stopniu. Niekiedy już same teksty - jak podaje nota edytorska: zaczerpnięte z pierwodruków zbiorów opowiadań Grabińskiego - mogą sprawiać problem. Mówimy w końcu o stylu wypowiedzi z początków dwudziestego wieku.

Jeżeli jednak o mnie chodzi to jestem całkowicie usatysfakcjonowany tym co otrzymaliśmy a co najistotniejsze ponownie nabrałem ochoty na lekturę Grabińskiego i myślę, że taki właśnie cel przyświecał osobom odpowiedzialnym za ten tytuł.

------------------------------
napisał i narysował: Piotr Marzec, Judyta Sosna, Antoni Serkowski, Magda Zwierzchowska, Michał Araszewicz, Mateusz Wiśniewski 
Kultura gniewu, 04/2025
Za komiks dziękuję wydawcy.


"Lilja złodziejka. Skarb trzech królów" Janne Kukkonen


Totalne zaskoczenie. Nie wiem czy owe krótkie stwierdzenie najdobitniej wskazuje największy plus historii, ale w mojej ocenie jest ono wręcz idealnym podsumowaniem tego czym pan Janne Kukkonen nam uraczył. I rzucając takie, być może nawet odrobinę górnolotne hasło, nie odnoszę się do cliffhangerów czy stricte plot twistów, choć i dla nich oczywiście znalazło się miejsce w tym komiksie.

Mówiąc o zaskoczeniu mam na myśli prostą czytelniczą reakcję na fakt, że pan Janne Kukkonen z tak bardzo wydawałoby się oklepanego motywu zdołał wyciągnąć, aż tak wiele. Nie zrozumcie mnie źle, chwała mu za to, gdyż sprawił się na medal, ale ile razy czytaliśmy o złodziejach, ich gildiach i tym wszystkim wokół nich?


Śmiem twierdzić, że ów motyw poznaliśmy we wszystkich jego odcieniach a i tak uważam, że każdy, kto sięgnie po "Lilję złodziejkę" będzie wielce kontent. Parafrazując Joey'a Tribbianiego: czego tutaj nie lubić? Są fajni bohaterowie, mamy dziwną sektę i jej pociąg do relikwii, gdzieś między wierszami plącze się wątek emancypacji a w roli głównej mamy małą przygodową final girl, która mówiąc wprost: nie pozwala sobie w kaszę dmuchać.

Co więcej, cała ta mieszanka polana jest sporą dawką humoru. Choć nie jest on szalenie wyszukany to jako dodatek zapewnia fajny kontrast, co także postrzegam za plus. Dzięki niemu historia nabiera lekkiego, awanturniczego blasku i jest po prostu ciekawsza. Od razu jednak dodam, że nie jest to do końca historia dla dzieci, choć okładka może to delikatnie sugerować.


Jeżeli miałbym wskazać, co sprawiało, że tak ciepło piszę o tym tytule to z całą pewnością nie wymieniłbym jednego elementu. Tytułowa bohaterka, mająca w sobie coś z Małej Mi, jest postacią hipnotyzującą i wyrazistą. Jest zadziorną fighterką, która chce udowodni swoją wartość i nie boi się wyzwań. Brzmi to mało oryginalnie, ale sam szkielet fabularny również nie grzeszy oryginalnością.

Nie musi. Historie fantasy są jakie są, ale i mają w sobie duży ładunek fajności. Naturalnej, niewymuszonej, nostalgicznej. Mało czytam komiksów fantasy, ale dla historii takich jak "Lilja złodziejka", opowieści tak ciekawych i świetnie narysowanych, zawsze znajdę czas.

------------------------------
"Voro. Kolmen kuninkaan aarre"
napisał i narysował: Janne Kukkonen
Polskie wydanie: "Lilja złodziejka. Skarb trzech królów" [Kultura gniewu, 04/2025]
Za komiks dziękuję wydawcy.


"Naznaczony mrokiem" (1984-1994)


Zakładam, że pana Wojciecha Birka większość z nas kojarzy z roli thorgalowego i nie tylko thorgalowego tłumacza. To jemu zawdzięczamy pierwsze przekłady "Thorgala", "Yansa" czy "Incala". Tymczasem ekipa z Kultury gniewu w kwietniu 2025 roku przypomniała nam, że pan Wojciech to także scenarzysta i bardzo utalentowany rysownik. Dlaczego tak uważam?

Choć "Naznaczony mrokiem" to historia rozpisana zaledwie na dwudziestu sześciu stronach to niesie ona pokaźnych rozmiarów ładunek emocji. Naturalnie, znajdą się i tacy - jestem tego świadom - którzy dostrzegą w komiksie wyłącznie krótką historyjkę o mocno tradycyjnej walce Dobra ze Złem. I jedna i druga strona będzie miała rację. Nie trzeba być specem od literatury, aby dostrzec, że komiks pana Birka wyraźnie czerpie z konwencji baśni, fantasy i horroru. Postacie są jednowymiarowe, skontrastowane a to czego jesteśmy świadkami widzieliśmy już wielokrotnie, podążając chociażby za innymi bohaterami ze światów magii i miecza. Czy komiks na tym traci?


Absolutnie nie! Wspomniana korelacja "Naznaczonego mrokiem" z opowieściami fantasy tworzy nie tylko znakomitą fabularną mieszankę - mieszankę mogącą jak sądzę zadowolić każdego fana heroic fantasy - ale jednocześnie nadaje historii bardzo emocjonalnego charakteru. Odwaga, miłość, strach, nadzieja, rozpacz. Historia Śmiałka stającego w obronie swojej wioski i rzucającego wyzwanie Złemu, aż kipi od wspomnianych uczuć. To za ich sprawą opowieść zaczyna w pewnej chwili iść w stronę baśni a nawet legendy. I to za ich sprawą jest po prostu ciekawa. Pamiętajmy, że wszystkie wielkie historie fantasy zaczynały się od tego samego. Od heroicznej i pełnej nadziei walki Dobra ze Złem. "Naznaczony mrokiem" nie jest tutaj wyjątkiem.


Historia rysowana - scenariusz powstał dużo szybciej - przez pana Wojciecha Birka powstawała na przestrzeni dziesięciu lat, ale jest bardziej niż prawdopodobne, że finał prac nad nią jeszcze nie nastąpił. Jak sam autor przyznaje "nadal mam ochotę narysować na nowo przynajmniej dziesięć (...) plansz", ale jak dla mnie rysunki w tym komiksie to petarda. Nie tylko świetnie rozgrywają zachowania postaci - chociażby rozpacz Śmiałka dotkniętego przekleństwem Złego - ale wręcz bije od nich komiksowym artyzmem. Osobiście jestem zachwycony a prace pana Birka mocno przypominały mi prace takich twórców, jak Georges Bess czy Joan Boix.

------------------------------
"Naznaczony mrokiem" (1984-1994)
napisał i narysował: Wojciech Birek
polskie wydanie: #003 "Komiks forum" (10/1995), "Naznaczony mrokiem" (Kultura gniewu, 04/2025)


"Hotel na skraju lasu" tom II (2025)


Doczekałem się. W marcu dostaliśmy drugi tom historii "Hotel na skraju lasu" i nikogo myślę nie zaskoczę, jak napiszę, że nie tylko ja cieszę się z tej premiery.

Pamiętam jak wiele ciepłych słów popłynęło w stronę Magdaleny oraz Michała Hińczów, kiedy dwa lata temu debiutowali pierwszym tomem. Kilka cierpkich komentarzy także się znalazło - nie każdemu musi się wszystko podobać - ale ogólnie "Hotel na skraju lasu" dał do pieca i zaskoczył pozytywnie.

Jak prezentuje się druga odsłona tytułowego hotelu?


Na początek drobna uwaga odnośnie gatunkowości komiksu. Otóż, tak jak przy tomie pierwszym tak i przy obecnym trudno mówić o jakiejś konkretnej konwencji. Widać, że autorzy serii lubią kryminały i atmosferę typową dla powieści mystery równie mocno, co fantasy, horror czy teksty obyczajowej.

Żadna z tych konwencji nie przeważa nad inną, co moim zdaniem jest dużym plusem historii. Owszem, można odczuć pewną chaotyczność fabularną czy niekiedy przeciąganie opowieści, ale przypominam po raz drugi: ta historia ma taka być. Zrozumie to każdy, kto czyta klasyków grozy czy teksty chociażby pana Cormaca McCarthy'ego.


Co jeszcze dostrzegam w "Hotelu na skra okju lasu"?
Nastrój znany mi z tekstów pana Algernona Blackwooda.

Mówcie co chcecie, ale zapuszczając się wraz z bohaterami w las - tak szukając nietypowych śladów zwierząt, jak i po prostu będąc z tym lesie - czułem się jak ktoś, kto dotarł do miejsca, gdzie Natura mówi: stop! Do miejsca, gdzie człowiek jest gościem. Gdzie człowiek powinien ustąpić przed siłami, których do końca nie rozumie. Znam takie miejsca. Właśnie z twórczości pana Blakwooda.


Rysunki? Także na plus.

Twórcom "Hotelu na skraju lasu" udało się ów surowy obraz Natury uchwycić przy pomocy zamazanych oraz delikatnie wykoślawiajacych rzeczywistość rysunków, doprawionych bardzo szarą kolorystką. Nie umiem powiedzieć, czy są to szkice węglem czy może jest to zupełnie inna technika, ale wizualnie ten komiks spełnił moje oczekiwania. Dobrze współgra z moim wyobrażeniem tego, jak mogłyby wyglądać teksty grozy przeniesione na grunt komiksu.

------------------------------
"Hotel na skraju lasu" tom II [2025]
napisali i narysowali: Magdalena Hińcza, Michał Hińcza
Za komiks dziękuję wydawcy.


"Tajemnica starszej pani" || #001 "Kroniki Wielkiej Puszczy" (2025)


Rach ciach i mamy kolejny tytuł od Krótkie Gatki 😁 I to w dodatku taki, który ma szansę być równie ciekawy, co seria o "Kalince". Serii, za którą tęsknię niemiłosiernie. Taka była fajna!

Osoby czytające tego posta proszę o powagę i powstrzymanie się od śmiechu. Tak się składa, że faceci po czterdziestce także potrzebują od czasu do czasu przenieść się do krainy bajek, więc cichosza. Zaczynam nową przygodę!


Nową przygodę w towarzystwie Rózi - to imię zawsze przypomina mi serial "Pierścień i Róża" - jej mamy archeolożki oraz ojca hodującego grzyby. Zgranej, dobrze dogadujacej się rodzinki, która przeprowadza się do nowego miasteczka w myśl zasady: mama będzie nadzorowała nowe wykopaliska, więc wypadałoby, aby miała blisko do pracy. Słodka rodzinka, prawda?

W dodatku rodzinka z kotem, więc kolejny dwa punkty do zaje@$#!ci 😁

No i jest jeszcze Koza, która jak Koza wcale się nie zachowuje. Przeciwnie. Jest w niej coś upiornie dziwnego, coś co nie daje spokoju naszej młodej bohaterce.

Detektywce.

Może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Rózia ma zadatki, aby w niedalekiej przyszłości zostać właśnie detektywką. Jest ciekawska, ma nosa do pewnych spraw i dlatego musi koniecznie sprawdzić, gdzie STARSZA PANI ZNIKA.


Panie Wioletta Detyniecka i Aneta Szczypczyk może i nie idą drogą Alfreda Hitchocka i nie fundują nam szalenie zawiłej intrygi, ale jestem przekonany, że swoją historią trafią do młodszego odbiorcy.

Mamy rezolutne bohaterki, jest zagadka do rozwiązania, bywa chwilami strasznie - jest nawet słówko o legendarnym plemieniu - i jest świat, który ma do zaoferowania więcej, niż ten, który widzimy za oknem.


Jest dobrze. Także rysunkowo.

Nowoczesna kreska - trochę przypominająca mi ilustracje pana Tomasza Leśniaka z serii "Tymek i Mistrz" - jest w porządku. Wyraziste postacie, duża ilość detali i żywe kolory. Młode pokolenie komiksowych freaków będzie zadowolone 😁

------------------------------
#001 "Kroniki Wielkiej Puszczy"
napisała: Wioleta Detyniecka
narysowała: Aneta Szczypczyk
Kultura gniewu. Krótkie gatki [2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.

"Nawet nas tu nie ma" (2025)


Dzisiaj na poważnie.

Dzisiaj historia o tym jak wkurzająca potrafi być rutyna i jak bardzo potrzebujemy kontaktu, bliskości drugiego człowieka, aby nie oszaleć. Czytając komiks kilka razy przed oczami stawały mi miesiące siedzenia w domu i dołującej pracy zdalnej. I przez takie skojarzenia historia Kida wydała mi się jakoś przerażająco bliska.

Czułem się zupełnie jak on… 'Te wszystkie dni (...) zlewały mi się już w jedną, szarą masę'.

Historia "Nawet nas tu nie ma" zaczyna się trochę jak kino science fiction z wyższej półki a trochę jak jedno z tych opowiadań drukowanych w czasopismach pokroju "Astounding Stories of Super-Science". Pyszny miszmasz pulpowo-naukowy, dzięki któremu poznajemy jak mogłaby wyglądać kolonizacja Marsa a na to wszystko nakłada się spowiedź głównego bohatera i jego przemiana.

Ta ostatnia dokonuje za sprawą zagadkowej dziewczyny, która początkowo ciekawi Kida, następnie go fascynuje a na końcu jej sposób postrzegania pewnych spraw zaczyna być także jego własnym. Nie jest to przesadnie słodkie love story, ale obserwując dwójkę bohaterów można dostrzec nutkę romantyzmu.

Choć samego miejsca akcji do romantycznych pejzaży raczej zaliczyć będzie trudno. Jesteśmy bowiem na Marsie, gdzie każdy porusza się i żyje wedle ściśle określonego harmonogramu. W miejscu będącym dla jednych więzieniem, obowiązkową służbą. Dla innych, wymarzoną ucieczką od świata, który tylko żądał i oczekiwał.


Całościowo komiks oceniam na czwórkę z plusem, choć dwa z odmalowanych przez autora obrazów zasługuje na ocenę wyższą.

Po pierwsze, wizja kolonizacji Marsa. Wizja, której daleko do romantycznych wyobrażeń o podboju kosmosu. Pan Jędrzejewski w dość ponurych barwach opisuje życie kolonistów, których działaniom najbliżej do obowiązkowej służbowy wojskowej. O ile dobrze pamiętam pan Istvan Vizvary - autor powieści "Lagrange. Listy z Ziemi" wydanej przez Wydawnicywo IX - miał bardzo podobny pogląd na tą sprawę.

Po drugie, pomysł z symulacjami będącymi wirtualnym miejscem spotkań bohaterów. Coś zarazem fantastycznego i przerażającego.

------------------------------
"Nawet nas tu nie ma" (2025)
napisał i narysował: Filip Jędrzejewski
polskie wydanie: "Nawet nas tu nie ma" [Kultura gniewu, 2025]

"Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" || Jakub Rebelka, Romuald Giulivo


Tak się jakoś pięknie składa, że mam słabość do tytułowego bohatera. Z prostej przyczyny: choć latka mijają to nadal widzę w nim autora, od którego wielu współczesnych mogłoby się uczyć. Wybaczcie to dziwne porównanie, lecz z jego pisarstwem jest trochę jak ze starymi samochodami. Nowe auta z salonu, choć pięknie reklamowane, często rozczarowują. Jak to się mówi? Ładnie wyglądają w pudełku. Proza Lovecrafta jest inna. Jest stara, ale dla mnie niezawodna. Można jej zarzucać pewne wady, być może zbyt prosty momentami styl, ale choć wiekowa nadal mocno działa na wyobraźnię. Oczywiście pod warunkiem, że czytelnik chce dać szansę autorowi.

Podobnie jest z komiksem panów Jakuba Rebelki i Romualda Giulivo. Przez ostatnie dni sporo naczytałem się niezbyt pozytywnych opinii na temat tej pozycji. Wiele z nich poruszało problem nieczytelnych ścian tekstu a przy tym ignorowało niemalże całkowicie clou fabularne. Nie powiem, patrząc na te opinie i nie rozumiejąc w jakim stopniu przywoływane w nich 'ściany nieczytelnego tekstu' faktycznie utrudniają lekturę, w mojej głowie powstał obraz prawdziwego, komiksowego koszmaru. Wręcz kosmicznego. Czy po lekturze moje obawy się sprawdziły? Ani trochę. Sądzę, że pewne osoby po prostu za mocno zafiksowały się na tej jednej kwestii, przez co ich ogólna ocena komiksu i pierwsze wrażenie z nim związane poleciały mocno w dół.


Oczywiście, pomysł z pismem mającym odzwierciedlać liternictwo, zapewne typowe dla czasów Lovecrafta, to zabieg rzeczywiście dość dziwny. Wizualizacja 'starych listów' może wybijać z lektury, ale patrząc obiektywnie te 'ściany tekstu' nie przysłaniają całości. Stanowią jej niewielki wręcz ułamek. Ignorując je całkowicie nadal jest to komiks interesujący. Będący z jednej strony próbą przypomnienia czytelnikom kim był Howard Phillips Lovecraft, z drugiej tytułem próbującym trochę usprawiedliwiać pisarza a nawet podkreślić jak wiele mu zawdzięczamy.

Bo zawdzięczamy, prawda? Nawet wiedząc o niedzisiejszych przekonaniach Lovecrafta wielu z nas spycha je na plan dalszy a nawet otwarcie ignoruje. Zdarzają się również i tacy, którzy zastanawiają się i próbują poskładać przekonania wspomnianego pisarza w jeden, spójny obraz. I są to chociażby autorzy komiksu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta". Stawiając bohatera w ogniu pytań, nawiedzając go duchami przeszłości, przyszłości oraz zjawami z jego wyobraźni starają się zrozumieć jego podejście do życia. Wyrwać z ust umierającego człowieka odpowiedzi na pytania, które być może i nam, czytelnikom znającym poniekąd pisarstwo Lovecrafta, gdzieś tam błąkają się po głowie.


Czy ja sam chciałbym jakieś zadać ojcu kosmicznej grozy? Nie wiem. Po prawdzie, nie wiem nawet czy właściwie interpretuje zdania wypowiadane przez bohaterów. Nie są to proste dialogi. Są one naładowane informacjami i tyloma odwołaniami do życia pisarza, że kilka razy nad ich właściwą interpretacją. Mając to na uwadze wydaje mi się zasadne wspomnieć, iż nie każdy odnajdzie się w tej historii. Na pewno, nie będzie to jednak wina niewłaściwiej formy prezentacji pewnych opisów. Jak już to wina będzie leżeć w naszym indywidualnym poziomie znajomości prozy pana Lovecrafta. Mówiąc wprost: z komiksem nie będą mieli problemu fani Samotnika z Providence.

Niemniej, pozostali także znajdą coś dla siebie. Dla przykładu: czytam Lovecrafta od lat, ale specem w jego twórczości nie jestem. Czytając "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" raz cierpiałem nie do końca rozumiejąc, co autorzy mają na myśli a raz zachwycałem się nad rysunkami i ogólnym storytellingiem, więc... Każdy wyrwie z komiksu coś na siebie. Nawet ci, którzy mają problem ze wspomnianymi wcześniej 'ścianami nieczytelnego tekstu'.
____________________
"Le Dernier Jour de Howard Phillips Lovecraft" [2023]
Tytuł polski: "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta"
Scenarzysta: Jakub Rebelka
Rysunki: Romuald Giulivo
Tłumaczka: Olga Mysłowska
Format: 210x310 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360890
Data wydania: 18 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Fantastyczna wyprawa w świat koszmarów jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku!
 
Utkany z wewnętrznego monologu "Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta" to powrót do wyimaginowanych krain stworzonych przez Samotnika z Providence – jego wspomnień, gniewu i skrywanych mrocznych miejsc. 
 
Śledzimy ostatnią podróż skomplikowanego i udręczonego człowieka, który mierzy się ze swoimi wyborami wyrzeczeniami, demonami – przekonany, że w chwili śmierci na ludzi czeka tylko pocieszająca, wieczna noc. Ale czy autor nie jest w istocie nieśmiertelny dzięki historiom, które opowiada?


"Na wyspie Umpli-Tumpli" || Kultura gniewu


Mówiłem Wam, że jestem miłośnikiem komiksowych staroci? Jeżeli jeszcze nie zwróciliście na to uwagi to zapewniam, że jestem. Lektura historii sprzed kilkunastu, jak również sprzed lat kilkudziesięciu zawsze była dla mnie dużą przyjemnością. I to nie tylko dlatego, że nadal jako czterdziestolatek czuje w sobie dziecko. Jasne, pomaga to w odbiorze tych historii, ale nie jest czynnikiem kluczowym. Wartością opowieści obrosłych kurzem jest ich prostota fabularna oraz swoista ponadczasowość. O co dokładnie chodzi?

Pamiętacie stare, dajmy na to z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, teksty z gatunku fantasy lub fantastyki naukowej? Nie miałem przyjemności ich czytać, kiedy miały swoją literacką premierę, ale sięgając po nie po latach nadal wydały mi się zadziwiająco świeże, inteligentnie skonstruowane, jak również podane w przystępnej formie. Mówię o tym wszystkim, gdyż do bardzo podobnych wniosków doszedłem czytając komiks "Na wyspie Umpli-Tumpli". Nie poznałem tych historyjek na początku lat osiemdziesiątych, ale jak dzisiaj otworzyłem ich zbiorcze wydanie od Kultura gniewu - brawa dla całej ekipy! - to okazały się zaskakująco dobre.


Szczególnie forma tych historyjek przypadła mi do gustu. Chwilami mamy tutaj styczność z dowcipem bardzo absurdalnym, nawet mocno zwariowanym - niektórzy być może nazwą go także głupim - ale ja kupuję ten humor w stu procentach. Moje wewnętrzne dziecko nie ma wielkich wymagań, ale uważam, że odnośnie tego komiksu większość czytelników w moim wieku będzie zadowolona. I nie tylko w moim. Może ten album nie trafi do najmłodszych - tutaj jednak większe szanse ma seria "Tymek i Mistrz" - ale czy musi?

Album "Na wyspie Umpli-Tumpli” to mocno specyficzny komiksowy kąsek. Jestem przekonany, że spotka się z pozytywnym odbiorem przede wszystkim wśród tych osób, które szukają czegoś lekkiego, śmiesznego, wesołego. Lektura takiego tytułu ma w sobie coś z oglądania starych bajek. Dla jednych jest to coś bardzo ekscytujacego, powrót do cudownych lat dorastania, do czegoś co wspominają z sentymentem. Dla drugich jest to czynność zupełnie absurdalna. Nie potrafię zrozumieć, co kieruje tymi ostatnimi.


Nie widzą ile tracą i nie potrafią dostrzeć tego, co takie powroty ofertują. Oprócz walorów czysto rozrywkowych - komiks "Na wyspie Umpli-Tumpli" sprawdza się jako skuteczny niwelator codziennych bolączek - niniejszy album dostarcza nam świetnego, ciekawego poglądu na komiksowy krajobraz schyłku Polski Ludowej i udowadnia, jak popularny był wówczas także komiks skierowany typowo do dzieci.
____________________
"Na wyspie Umpli-Tumpli"
Scenarzysta: Mirosław Stecewicz
Rysunki: Jerzy Wróblewski
Seria: Na wyspie Umpli-Tumpli
Format: 185x260 mm
Liczba stron: 252
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360883
Data wydania: 18 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Zbiorcze wydanie wszystkich komiksów ze świata Umpli-Tumpli narysowanych przez Jerzego Wróblewskiego!
 
Niezwykła wyspa Umpli-Tumpli narodziła się w umyśle pisarza i poety Mirosława Stecewicza i w latach 80. XX wieku pojawiła na łamach licznych publikacji. Najbardziej znane z tej serii stały się komiksy narysowane przez Jerzego Wróblewskiego, które do dziś bawią kolejne pokolenia czytelników.
 
To historia o potędze dziecięcej wyobraźni i inspirującej roli literatury. Mamy w tych komiksach tajemniczą mapę, poszukiwanie skarbu, duchy piratów z Latającego Holendra, odrobinę magii, miasto z chmur i kosmiczne ekspedycje – wszystko to połączone we wciągającą i zabawną fabułę z dziecięcymi bohaterami, do których Wróblewski stworzył doskonałe ilustracje.
 
W niniejszym tomie znajdują się komiksy "Nowa wyspa skarbów", "Miasto z chmur", "Kupcy z kosmosu", "Umple-Tumple Comics Colour", a także ilustracje z książeczki "Pojedynek czarodziejów" oraz tekst o historii całej serii autorstwa Macieja Jasińskiego.

"Pojedynek magów" || Tymek i Mistrz


Ostatnio na jedno z wydawnictw wylało się sporo hejtu z powodu oferowania przez nich nadmiernej ilości tytułów skierowanych do młodszego grona czytelników. Nie rozumiem takich komentarzy. Zasadniczo kłócą się one z narzekaniem osób starszych na spadający procent czytelnictwa w naszym kraju. Z mojej perspektywy wydawca proponując tytuły odpowiednie dla młodszych zwiększa szansę, że liczba aktywnych czytelników wzrośnie. Co ciekawe, na grupach komiksowych często padają pytania o komiksy 'na start', widać zainteresowanie takimi tytułami a w udzielanych odpowiedziach wymienia się głównie komiksy polskie. Takie podejście kłóci mi się ze wspomnianym hejtem. Uważam, że nie powinien on mieć miejsca. Wręcz przeciwnie. Powinniśmy wspierać polskich wydawców i zachęcać młodych, aby coraz częściej sięgali po komiks.

Album "Tymek i Mistrz. Pojedynek magów" to kolejna propozycja od Kultury Gniewu, która w mojej ocenie może być kolejnym, dobrym tytułem dla młodszego odbiorcy. Dla kogoś wychowanego na współczesnej animacji, charakterystycznej dla bajek oferowanych chociażby przez stację Cartoon Network. Odpowiedzialny za rysunki i kolory Tomasz Lesiak wydaje się rozumieć, że nowe pokolenie nie potrzebuje disney'owskiej stylistyki, aby dobrze się bawić. Wystarczy odrobina karykatury oraz szalona wyobraźnia. Zdaję sobie sprawę, że przygody tytułowych bohaterów to początek lat dwutysięcznych, ale nadal seria wizualnie wygląda świeżo a przez to bardzo atrakcyjnje dla młodych.


Przygody ciekawskiego Tymka i jego Mistrza to miks zwariowanej akcji, dobrego humoru i dużej ilości zaskakującego czary mary. Jeżeli dobrze liczę tym razem dostaliśmy ponad dwadzieścia mini historyjek a każda z nich to miszmasz żartów i popkulturowych wtrętów. Od razu jednak zaznaczam, że czasami nawiązania mogą być trudne do wyłapania dla dziecka, ale od czego są rodzice? 😏 Jak się dlużej zastanowić Rafał Skarżycki dostarcza nam nawet ciekawego materiału dydaktycznego. Nie tylko na potrzeby edukacji popkulturowej, ale także sensu stricto życiowej. Weźmy chociażby historyjkę o gnomie mającym spore problemy z zębami. Nie dość, że zabawna to jeszcze dobrze oddaje nasze własne strachy 😉

W końcu "Tymek i Mistrz" to komiks także dla starszych. Twórcy serii nie zapominają o nich i zaskakująco często puentują swoje historyjki czasami starycznymi a czasami zwyczajnie kąśliwymi uwagami na temat naszego świata i zmian w nim zachodzących. Owe uwagi także przebierają formę żartu, choć mogłoby się wydawać, że jego temat nie powinien skłaniać nas do śmiechu. Osobiście bardzo szanuję takie zabawy. Zawsze uważałem i w sumie nadal uważam, że komiks to medium ciągle zbyt mało doceniane. Czekam na zmianę. Na pokolenie, dla którego komiks będzie tak samo ważny jak książka. Aby jednak tak się stało musimy zadbać oto, aby tytuły dla młodych nadal były wydawane.
____________________
"Tymek i Mistrz. Pojedynek magów"
Scenarzysta: Rafał Skarżycki
Rysunki: Tomasz Lew Leśniak
Seria: Tymek i Mistrz
Format: 165x230 mm
Liczba stron: 52
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360791
Data wydania: 24 czerwiec 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Humorystyczna, kultowa seria fantasy powraca w nowym wydaniu – poszerzona o nowe historie! 
Roztargniony Mistrz i rezolutny Tymek przeżywają niesamowite przygody: podróżują w czasie i przestrzeni, walczą z duchami, wampirami i potworami, a przede wszystkim stawiają czoła złemu Psujowi i jego pomocnikowi Popsujowi. Jednak dzięki połączeniu inteligencji Mistrza i sprytu Tymka zawsze wychodzą cało z każdej opresji.
W drugim tomie serii stworzonej przez Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka nasi bohaterowie stoczą mnóstwo pojedynków, a w najtrudniejszym z nich Mistrz zmierzy się z inteligentnym zwierciadłem, które zna wszystkie magiczne księgi!
Gotowi na niezapomnianą dawkę akcji, humoru i magii? Ta przygoda Was nie zawiedzie!


"Mglisty wymiar" (2023)


Prace pana Richarda Corbena trudno ocenić w prosty i jednoznaczny sposób. Jego kreska wykracza daleko poza dzisiejsze standardy. Może odrzucić, może zniesmaczyć, ale również zaskoczyć a nawet zafascynować. Nietrudno zgadnąć, że wszystko zależy - jak zawsze zresztą - od indywidualnych preferencji czytelnika a nader wszystko od definiowania przez niego dobrego smaku. Czytelnicy mający problem z rysunkami odbiegającymi od tego co obecnie dostarcza nam sztuka mainstreamowa, jak również osoby nie zaznajomione z karykaturą mogą rozminąć się z dość niecodziennym geniuszem pana Corbena. Każdy kto jednak podejmie rękawice, wczyta się w opowieść i postara zrozumieć, co ten konkretny artysta próbuje nam powiedzieć przekona się jak niezwykłego twórcę przyszło mu spotkać.

Od strony fabularnej "Mglisty wymiar" dostarcza nam historię fantasy wypełnioną typowymi dla tego gatunku pomysłami. Już na starcie dostajemy niezbyt rozgarniętego bohatera - to on będzie naszym przewodnikiem po tym cudacznym świecie - oraz zarys czekającego go questu. Nie jesteśmy świadomi szczegółów zadania, ale wystarcza zaledwie kilka chwil abyśmy zrozumieli jak pokręcona, zwariowana oraz psychodelicznie koszmarna potrafi być rzeczywistość, w której przyszlo nam się znaleźć. I ta dziwność jest poniekąd znakiem rozpoznawczym twórczości pana Corbena.


Czymś, co polski czytelnik zna dość dobrze bowiem "Mglisty wymiar" nie jest pierwszym albumem tego twórcy wydanym na naszym rynku. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat otrzymaliśmy kilka tytułów z jego udziałem i to naprawdę dobrych. Szczególnie wyraziście pamiętam "Duchy zmarłych", co wynika głównie z poruszanej w tym albumie, horrorowej, tematyki, ale i "Mglisty wymiar" będę dobrze wspominał a za jakiś czas album zapewnie ponownie wyląduje w moich rękach. Dlaczego? Z jednej strony jest to niesamowicie oryginalny, odautorski projekt Richarda Corbena jako rysownika, po drugie niniejszy album to doskonały przykład tego jak powinno wygądać budowanie światów.


Tym dla mnie jest bowiem "Mglisty wymiar". Idealnym przykładem komiksu silnie autorskiego. Komiksu, który całym sobą przekazuje zamysł autora. Wędrówka Tugata to nic innego jak pretekst do pokazania tego jak porąbana oraz okrutna potrafi być rzeczywistość. I nie mówię tutaj o samym, niezwykłym tle wydarzeń, ale o zasadach napędzających tą rzeczywistość. Mglisty wymiar Richarda Corbena to świat, gdzie króluje prawo silniejszego. Być może do pewnego stopnia przypomina on świat Roberta Howarda, ale cechuje go zwielokrotnione okrucieństwo i bardzo bezpośrednie ukazanie pewnych elementów obecnych w heroic fantasy. Richard Corben w swojej prezentacji świata zdaje się być niczym nieskrępowany. Wygląda to chwilami tak jakby sam siebie testował, jakby wciąż i wciąż próbował przekraczać granice. Czy tak rzeczywiście jest? Na ile autor tworzy tak dziwaczne tło wyłącznie dla samego aktu szokowania? Czy za pokręconą opowieścią kryje się coś więcej?

Powtarzam się, ale niech będzie. Wędrówka Tugata to środek do celu. Richard Corben za pośrednictwem fantasy - dużymi garściami czerpiącego z schematów wypracowanych przez mistrzów gatunku - pokazuje co dla niego oznacza realizm. Jego światy to obraz przemocy, gwałtu, prawa silniejszego i braku większości hamulców moralnych. Oczywiście to światy bardzo żywe, artystycznie wyjątkowe i fascynujące. Przerażające? Zdecydowanie. Od momentu, w którym Mglisty Wymiar zacznie przypominać naszą rzeczywistość.
____________________
"Murky Wolrd" [2023]
Polski tytuł: "Mglisty wymiar"
Scenarzysta: Richard Corben
Rysunki: Richard Corben
Format: 203x280 mm
Liczba stron: 168
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367360784
Data wydania: 24 czerwiec 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Deliryczna degrengolada w gęstym fantastycznym sosie. 
Umiarkowanie lotny wojownik Tugat budzi się z koszmaru tylko po to, by wylądować w kolejnym – duszniejszym i dziwniejszym od najbardziej szalonego snu. Spotka żarłoczne gigantki, opętane żądzą krwi martwiaki, mięsożerne pnącza, plugawych władców, zepsute księżniczki i przedwieczne istoty czyhające na jego niewinność. Choć jest sprzymierzeńcem dla wszystkich, sam może liczyć tylko na wierną klacz i jedną zdziwaczałą staruchę.

Rysunki Corbena przemówią do miłośników groteski, wyrazistej formy i psychodelicznych kolorów. To modelowy komiks autorski – prowadzi nas przez bogaty i żywy świat, którego żaden inny twórca nie mógłby stworzyć ani nawet reinterpretować. Prócz gęstych mgieł unosi się w nim duch komiksu niezależnego, podparty mistrzostwem warsztatu i undergroundową poetyką.

"Czekanie" (2020) || Keum Suk Gendry-Kim


Początek trochę mnie zmroził. Młoda osoba wyliczająca problemy, z którymi musi mierzyć się każdego dnia - problemy tak dobrze nam znane - może i stała się mi momentalnie bliższa ale swoją gadaniną nie sprawiła, że ją polubiłem. Przeciwnie. Co więcej, założyłem, że oto teraz zacznie się wyliczanka trudów spotykających młode pokolenie co byłoby drugim gwoździem do trumny. Nie żebym jakoś stronił od takich tematów ale w ciągu ostatnich miesięcy często na takie trafiałem więc czuję przesyt. Na szczęście tak wygląda wyłącznie pierwszy rozdział, który jak się okazuje był potrzebny.

Keum Suk Gendry-Kim w komiksie "Czekanie" bazując w przeważającej mierze na przeżyciach matki buduje historię wielowątkową, której oś fabularna osadzona została głównie na motywie wojennej rozłąki najbliższych. I to jest dobry punkt wyjścia do rozmowy właściwie o wszystkim, także o odmiennym podejściu do wspomnianego tematu przez różne pokolenia. Co jednak bardzo istotne, autorka nie wylicza owych różnic w sposób natarczywy ale nakreśla odpowiednie tło, pokazując na początek stosunek starszych i młodszych do spraw zwykłych, codziennych, nie obładowanych bagażem emocji. Jak już się z tym wszystkim zaznajomimy dochodzimy do clou opowieści.


Historii będącej zapisem wspomnień młodej Koreanki, ktora przeżywszy koniec japońskiej okupacji z czasem musiała ponownie zmierzyć się z jeszcze silniej skomplikowaną rzeczywistością. Jak chociażby z nagłą obecnością Sowietów w Korei, którzy głosząc bratnie ideały dzień po dniu kradli, bili oraz upokarzali Koreańczyków czy też z wojenną zawieruchą i podziałem kraju na dwa obozy. Komiks nie jest jednak prostym obrazem samej wojny. Keum Suk Gendry-Kim do tematu działań wojennych podchodzi wyjątkowo ostrożnie. To znaczy, nie czyni politycznych wycieczek, odcina się także od moralizatorskiego bełkotu. Jak musi wspomnieć o trendach politycznych operuje kliszami. Tak zostali zaprezentowani chociażby komuniści. Całościowo świetnie to wypada, gdyż takie podejście do tematu nie przesłania obrazu wojny widzianej okiem zwykłego człowieka.

A właśnie o tym "Czekanie" jest. Historią o zwykłych ludziach. O rodzinach, które uciekając przed wojną rozpadły się. O matkach, ojcach, siostrach i o wszystkich, którzy niekiedy na przestrzeni kilku minut stracili to co w życiu każdego z nas najważniejsze. Najbliższych. Na kartach komiksu wielokrotnie autorka daje nam do zrozumienia jak wieloletnią tragedią była dla jej matki - oraz wielu innych matek - niemożność odnalezienia ukochanych dzieci. Jak wiele dla niej znaczyły organizacje, które starały się na nowo połączyć rozdzielone rodziny oraz jak wiele znaczyła dla niej nadzieja, że pewnego dnia szczęście się do niej uśmiechnie a jej czekanie dobiegnie końca. Ta część albumu bardzo mocno chwyta za serce, dostarcza wielu emocji oraz sprawia, że zaczyna do nas docierać do czego doprowadził podział Korei, nie tylko na poziomie polityczno-gospodarczym ale także czysto społecznym.
_______________
Tytuł polski: "Czekanie" [2020]
Scenariusz: Keum Suk Gendry-Kim
Rysunki: Keum Suk Gendry-Kim
Tłumacz: Łukasz Janik
Format: 165x235 mm
Liczba stron: 244
Druk: kolor
Oprawa: cz-b
ISBN-13: 9788367360746
Data wydania: 28 maj 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Siedemdziesiąt lat po wojnie koreańskiej powoli odchodzi pokolenie, które jej doświadczyło. Dla młodych Koreańczyków z Południa to już tylko temat znany z podręczników szkolnych.
 
Nadal jednak żyją osoby mające w sercach blizny pozostawione przez wojnę.
 
Keum Suk Gendry-Kim, zainspirowana wojenną historią swojej matki, opowiada o ludziach, którzy na drodze pełnej uchodźców, pośród spadających bomb, wypuścili z ręki dłoń małego dziecka, zgubili w tłumie chorego ojca lub słabsze rodzeństwo. Członkowie rozdzielonych rodzin. Przetrwali siedemdziesiąt lat bólu, wiecznego czekania na jakiekolwiek wieści od bliskich, nie wiedząc nawet, czy ich ukochani nadal żyją. Czas powoli ich wszystkich dogania.
 
Pamiętajmy o nich, zanim będzie za późno.




"Przyjaciele Roda Taylora" (1984) || Jerzy Wróblewski


Nie znam za dobrze komiksowego dorobku pana Jerzego Wróblewskiego. Nazwisko dość często widziałem w tekstach odsłaniających przed czytelnikami świat komiksu czasów PRLu ale jakoś nigdy nie znalazlem chwili aby wgryźć się w jego twórczość na poważnie. Zawsze było coś pilniejszego do zrobienia, jakieś inne plany były zrealizowania. To już przeszłość. Po lekturze albumu "Przyjaciele Roda Taylora" mam ambitne plany sięgnąć po pozostałe westerny jego autorstwa a to dlatego, że na tym gatunku upłynęła mi telewizyjna młodość. Jakaś tam nostalgiczna struna została poruszona a że zrobił to pan Wróblewski to jego komiksy idą na pierwszy ogień.

"Przyjaciele Roda Taylora" to historia prosta, wygrywająca typowe dla westernu motywy. Korzystająca z utartych klisz, na których jednak jest budowana cała zajefajność takich opowieści. To właśnie dostrzegając te klisze przypomniały mi się rodzinne seanse, podczas których gościliśmy u nas w domu Johna Wayne'a. Od razu jednak podkreślam: historia snuta przez pana Jerzego Wróblewskiego została opowiedziana w iście profesjonalny sposòb. Rzekłbym nawet, że z wyczuciem osoby potrafiącej po mistrzowsku oddać sznyt dawnych westernów. Opowieści o dobrych i złych, które pomimo fabularnej przewidywalności potrafiły zmusić nas do uważnego śledzenia filmowej galopady i czerpania ogromnej frajdy z oglądania wciąż i wciąż tych samych westernowych wkrętów.


A skoro mowa o westernowej przygodzie to historia startuje w Cross City, gdzie strzeleckie zawody kończą się dużą ilością whiskey i sprzeczką w lokalnym saloonie. Atmosferę podgrzewa także przybycie rdzennych Amerykanek. Jak na zawołanie pojawia się również 'nieśmiertelny' bohater a że zbyt pewni siebie - i zbyt pijani - kowboje nie zamierzają odpuścić otrzymujemy punkt zapalny rozdmuchujący małą sprzeczkę do poważnego konfliktu. Tak wygląda przyczynek do późniejszych wydarzeń. Na to wszystko Jerzy Wróblewski nakłada obraz trudnej relacji łączącej białych kowbojów z rdzennymi mieszkańcami stepów Ameryki Północnej. Ten motyw także był ogrywany wielokrotnie ale jego obecność jakoś specjalnie mnie nie zdziwiła. Przeciwnie, motyw ten nadaje opowieści większej autentyczności. Można go nawet uznać za jeden ze stałych elementów charakteryzujących klimat Dzikiego Zachodu.

Dopełnieniem albumu jest krótka i niedokończona - z powodu przedwczesnej śmierci Jerzego Wróblewskiego - historia "My nigdy nie śpimy" oraz posłowie Macieja Jasińskiego, w którym autor przybliża kulisy komiksowo-westernowych zainteresowań pana Jerzego. Pisałem wielokrotnie, że takie historyczne wycieczki są dla mnie czymś niesamowicie atrakcyjnym. Tak jest i tym razem. Może nie dostajemy tego wiele ale to co otrzymaliśmy pozwala uznać, że autor "Przyjaciół Roda Taylora" to rzeczywiście wielki miłośnik kowbojskiego świata.


Do samej kreski zastrzeżeń mieć nie wypada. Wszak komiks powstawał w innym świecie, w czasach zupełnie odmiennego podjęcia do historii rysowanych. Stąd, osoby nie posiadające odpowiedniej perspektywy mogą jednak odbić się od artyzmu pana Wróblewskiego a nawet skreślić jego nazwisko na bardzo długi czas. Dlatego zachęcam do nabrania przed lekturą mocnego dystansu, które to zdanie kieruję także do osób narzekających na odrestaurowaną kolorystykę. Lektura "Przyjaciół Roda Taylora" ma być historyczną wycieczką i próbą pokazania nam - kolejnemu pokoleniu czytelników - czym zachwycali się nasi ojcowie w komiksie sprzed kilkudziesięciu lat. Uwierzcie: jeśli tak podejdziemy do tematu unikniemy gorzkich rozczarowań. Mówi Wam to osoba czytającą ogrom takich retro opowieści.
_______________
"Przyjaciele Roda Taylora"
"My nigdy nie śpimy"
Scenarzysta: Jerzy Wróblewski, Andrzej Janicki
Rysunki: Jerzy Wróblewski
Format: 210x210 mm
Liczba stron: 52
Druk: kolor
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788367360739
Data wydania: 28 maj 2024
Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Zawody strzeleckie w Cross City wygrywa Tom Ford, a swoją nagrodę – srebrnego winchestera – wkrótce wykorzystuje podczas sprzeczki w saloonie, po czym grozi dwóm rdzennym Amerykankom. Ale kobiet broni i pozwala im bezpiecznie odjechać nieznany w mieście kowboj. Gdy następnego ranka rusza w dalszą drogę, okazuje się, że ktoś podąża jego śladem…