Nie wiem co mnie skłoniło do takich wniosków ale ubzdurałem sobie, że wcześniejszy tom "Domu Slaughterów" był tomem ostatnim. Czy może dlatego, że zamknięty został - bo został, prawda? - wątek Jace’a Bouchera? A może po prostu nie wiedziałem jaką jeszcze historię moglibyśm otrzymać, bo wiecie: ta historia mogłaby zakończyć się dużo wcześniej. Wówczas siłą rzeczy byłaby bardziej skoncentrowana na konkretach a nie budowała piramidę intryg zrozumiałych jedynie dla ich twórców. Niezależnie jednak od powodów "Wojna Rzeźnika" nie była ostatnia. I ostatnim nie będzie "Lazur".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Non Stop Comics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Non Stop Comics. Pokaż wszystkie posty
"Ladies with Guns" tom 4
Nie wiem czy nie największą zaletą tej serii jest jej stabilność fabularna, tj. fakt że jej autorzy nie eksperymentują na siłę. Nic nie zmieniają, tylko nadal podążają zgodnie z pierwotnym planem. Czwarty tom tej westernowo-komediowo-tragicznej historii jest dokładnie taki sam, jak tomy wcześniejsze, co mnie osobiście ogromnie cieszy. To jeden z tych tytułów, który trafił do mnie już na starcie - dokładnie dwa lata temu - i mogę bez krzty przesady powiedzieć, że od samego początku zostałem fanem tytułowych Ladies.
Dla przypomnienia oraz w wielkim skrócie. "Ladies with guns" to historia piątki kobiet zmuszonych do wzięcia spraw w swoje ręce. Ponieważ ich świat to świat Dzikiego Zachodu. aby przeżyć w krainie, gdzie rządzi prawo silniejszego - z reguły jest nim mężczyzna - są zmuszane do strzelania, kłamania, kradzieży i ciągłego uważania na plecy. Każdy z tomów odsłania tak kolejny etap ich walki, jak i kolejny problem do rozwiązania.
"Radiant Black. Galeria złoczyńców" || #013-#018 "Radiant Black" vol 1 (2022)
"Radiant Black" po raz trzeci.
Ostatnio marudziłem na tę serię i to całkiem sporo. Dzisiaj dla odmiany będą zachwyty, bo to znowu dobry - być może nawet lepszy od pierwszego - tom. Skąd taka miła odmiana?
Kyle'owi Higginsowi udalo się ogarnąć fabularny chaos. Album wcześniejszy przypominał barszcz ze zbyt dużą ilością grzybów, tutaj ten problem nie występuje. Ilość wątków została zredukowana do zdrowego poziomu a przede wszystkim ponownie jesteśmy blisko naszych bohaterów. To plusy.
Naturalnie ich problemy, szczególnie dotyczac Radianta Blacka, są kalibru dużo większego niż powiedzmy moje, ale już problemy Nathana są mi bliższe. Przypominają kłopoty Marka Graysona, są bardziej przyziemne. Dziewczyna wyjeżdżająca z miasta, kulejące zdrowie czy niespłacana karta kredytowa. Znamy to i tak jak mówię: jest nam to bliższe, dzięki czemu również historia wydaje się mocniej stąpać po ziemi. Powiedzmy.
"Ród Corrinów" tom I || #001-#004 "Dune: House Corrino" (2024)
Wydawnictwo Non Stop Comics nie zwalnia tempa i z zapałem prawdziwego fana uniwersum pana Franka Herberta dostarcza nam kolejnych tytułów ze świata Diuny. Czy są to albumy godne, aż tak dużej atencji? Czy warto dać jej szansę? Jak prezentuje się pierwszy tom "Rodu Corrinów"?
Na pewno nie zaszkodzi się z nim zapoznać. Nie jest to tytuł, który zrewolucjonizuje świat komiksu, ale jeżeli ktoś nie ma ochoty na lekturę powieści pisanych przez panów Briana Herberta i Kevina Andersona - nad powodami tejże niechęci nie będę się teraz rozpisywał - a tak się składa, że ciekawią go wątki poprzedzające wydarzenia zaprezentowane w oryginalnym cyklu to powinien po komiks sięgnąć.
Fabuła została rozpisana na kilka wątków i są one prowadzone w sposób interesujący, choć może to być ocena lekko wypaczona, bo czytałem oryginał i dość dobrze go wspominam. Zresztą, ja zawsze lubię jak dane uniwersum się rozrasta, jak autorzy w bardzo drobnych szczegółach budują jego mitologię, etc. Nawet jak chwilami puszczają wodze wyobraźni nie mam z tym problemu. Zazwyczaj. Oczywiście, w przypadku tego komiksu nie mamy, co się obawiać o zbytnie fantazjowanie. Jest to komiksowa adaptacja powieści, zbieżna z oryginałem. Nie będę może zbyt szczegółowo wchodził w historię - nie będę psuł Wam zabawy - ale zaznaczam, że nie jest ona prosta w odbiorze.
Uważam, że próg wejścia scenarzyści ustawili na tyle wysoko, że trochę wymogli na odbiorcy konieczność poznania poprzednich tomów serii. Nie wiem czy był to celowy zabieg czy może po prostu nikt nie pomyślał, że po komiks mogą sięgać osoby nie znający uniwersum. Niezależnie od przyczyny, nie należy traktować tego albumu jako w pełni autonomicznego tworu. Raczej w drugą stronę. Zresztą, tak samo sprawa ma się z powieścią. Jak ktoś nie zna wcześniejszych wydarzeń to nie będzie do końca rozumiał o jak dużą stawkę toczy się gra.
W wielkim skrócie. Na ten moment wątki główne to książę Leto Atryda próbujący zwrócić planetę IX jej właściwemu rodowi, Harkonnenowie bardzo mocno wyzyskujący Fremenów i oszukujący na dostawach przyprawy oraz Imperator, który próbuje stworzyć substytut owej przyprawy. Każdy z wątków oferuje zarówno sporo politycznego pitu pitu, jak i trochę klimatu szpiegowskiego z domieszką taniej sensacji. Ponownie: nie jest to nic nadzwyczajnego, ale w swojej kategorii "Ród Corrinów" wypada dobrze. Początkowo fabuła może wydawać chaotyczna, ale tylko dla osób nie znających oryginału albo wcześniejszych serii komiksowych.
Wizualnie jest bardzo fajnie. Jak zacząłem czytać tą serię - mam tu na myśli także wcześniejsze tomy, np. "Ród Harkonnenów" - to miałem z tymi rysunkami problem. Były tak jakby zbyt jaskrawe, zbyt kanciaste i po prostu mało oryginale. Zbyt mainstreamowe. Na ten moment nie mam z nimi kłopotu. Nie wiem czy się przyzwyczaiłem czy uznałem, że w sumie pasują do lekkiego science fiction. Nie są jakoś szczególnie oryginale, ale można na nich znaleźć kilka ciekawych rozwiązań wizualnych i kolorystycznych.
------------------------------
#001-#004 "Dune: House Corrino" [06/2024]
napisali: Brian Herbert i Kevin J. Anderson
narysował: Simone Ragazzoni
polskie wydanie: "Diuna: Ród Corrinów" tom 1 [Non Stop Comics, 06/2025]
Komiks otrzymałem od Wydawcy.
"Rogue Sun. Hellbent" || #007-012 "Rogue Sun" vol 1 (2022-2023)
Skończywszy drugi tom "Rogue Sun" zacząłem się poważnie zastanawiać, czy ta seria będzie finalnie do czegoś zmierzała. Nie wiem, albo to ze mną jest problem i zwyczajnie nie dostrzegam całościowego, fabularnego planu albo panowie od Massive-Verse tego planu rzeczywiście nie mają. Na ten moment wygląda to tak, że nasz tytułowy bohater w przerwie od bycia dupkiem - tak, Dylan Siegel potrafi zrazić do siebie każdego - mierzy się z kolejnymi, coraz fantazyjniej przerysowanymi typami, o coraz bardziej dziwacznych pseudonimach.
Oczywiście, zazwyczaj takie bajeczki łykam jak pelikan. Byłbym totalnym hipokrytą, gdyby tu i teraz wyznał, że ich lektura zawsze jest dla mnie katorgą. Nie! Czytając takie historyjki lubię, gdy twórcy czują fun i puszczają się peronu, ale... z reguły są to jednozeszytówki. Ot, historyjki z gatunku: złol tygodnia przybywa do miasta a szeryf w kolorowym trykocie spuszcza mu łomot. Dlaczego zatem mam problem z serią "Rogue Sun"? Cóż, tym razem liczyłem na coś więcej.
Po dwunastu zeszytach czuję, że historia Dylana donikąd nas nie prowadzi. Nie tak powinno to wyglądać. Owszem, mamy krótkie segmenty ze wspólnym mianownikiem, ale to wszystko za mało, aby historia nabrała rozmachu. Podam przykład: złomem numer jeden tego albumu jest tytułowy Hellbent. Wiemy kim on jest i poznajemy jego motywacje; to wszystko. Postaci brakuje charakteru, brakuje czegoś, co wyróżniałoby ją na tle innych villainów a przede wszsytkim brakuje jej wyrazistego umocowania w świecie Rogue Suna. Może się mylę. Może za kilka, kilkanaście zeszytów będzie kimś ważnym, ale raczej do tego nie dojdzie. I to jest główny problem tej serii.
Mam wrażenie, że brakuje jej motywu przewodniego. Bujamy się od jednego superzłoczyńcy do drugiego, co kilka plansz obserwujemy rodzinne problemy Dylana - przyrodnia siostra daje do pieca! - jak również poznajemy kolejne elementy uniwersum. Niby wszystko jest, niby świat Rogue Suna się rozrasta - w tej historii pan Ryan Parrott, główny scenarzysta serii, dorzuca: Ptaszarnię Tajemnic, królową Ravyn i Żałobną Gwiazdę, czyli kogoś na kształ diabła z innego wymiaru - ale czytając kolejne zeszyty czuję, że fabuła jest pisana na kolanie. Czy jednak wspomniana Żałobna Gwiazda będzie bossem na końcu ewentualnego eventu? Czy może jest zaledwie przybocznym kogoś jeszcze ważniejszego?
Marudzę? Możliwe. Może nie dostrzegam Wielkiego Planu, może na samym końcu wszystkie klocki ułożą się w jedną, logiczną całość. Życzyłbym sobie tego, bo pomimo pewnych mankamentów odnajduję w komiksie także pozytywy. Rogue Sun. Bawią mnie jego żarciki, jego nazywanie rzeczy po imieniu, bez tego całego mistycznego mumbo jumbo. Ta jego zwyczajność i chwilami dość lekceważące podejście do poważnych - na skalę superbohaterską! - spraw przypominała mi niekiedy postawę Jacka z Baśni. On także był taki 'hej do przodu'. I miał ten magnetyzm, który nie pozwalał mi zrezygnować z lektury jego przygód. Przynajmniej do czasu, kiedy opowieść stała się zbyt absurdalna nawet, jak dla mnie. Czy taki sam los czeka i tą serię? Zobaczymy.
Nie skreślam jej. Wizualnie komiks może się podobać. Kreska współczesna, dokładna, wyrazista. W tle dostajemy sporo detali, które fajnie podbudowują klimat, zwłaszcza tego całego czary mary. Poza tym na każdym kroku widać, że twórcy bawią się historią. Także takimi jej elementami jak zmienne ułożenie plansz czy interaktywna zabawa z czytelnikiem polegająca na daniu mu możliwości wpływania na fabułę. Całkiem ciekawy pomysł, choć przyznam szczerze, że lektura siódmego zeszytu lekko mnie zmęczyła.
------------------------------
#007-012 "Rogue Sun" vol 1 (10/2022-04/2023)
napisali: Ryan Parrott, Nick Cotton
narysowali: Zé Carlos, Abel, Marco Renna
polskie wydanie: "Rogue Sun. Hellbent" tom II [Non Stop Comics, 04/2025]
"Wojna Rzeźnika" || #020-#025 "House of Slaughter" (2024)
Uprzejmie donoszę, że "Wojna Rzeźnika" to w mojej ocenie najlepsze, co do tej pory wyszło spod szyldu "Dom Slaughterów". Nie wiem, czy wszyscy, ale na pewno spora część z Was wie, jak mocno nijaka bywa chwilami ta seria. Nie to, żeby jej twórcy się nie starali, nic z tych rzeczy. Powiedzmy, że Tate Brombal i Sam Johns - wymieniający się na stanowisku scenarzysty, co pięć zeszytów - starają się niekiedy za bardzo udziwniać a przecież nie zawsze jest to droga do sukcesu.
Czasami wystarczy czytelna intryga, prosty w przekazie motyw ją nakręcający - w tym tomie jest nim m.in. wyraziście zarysowana zawiść między Slaughterami i Butcherami - i ostra rozwałka na noże, aby historia ruszyła z przysłowiowego kopyta oraz była bliższa klimatom cyklu podstawowego. Niby nic fikuśniego - żadne objawienie - a jednak nie zawsze twórcom serii udawało się ten pomysł zrealizować. Tym razem jednak większość elementów fabuły wskoczyła na właściwe im miejsca.
A wszystko zaczęło się od Jace'a Bouchera, którego jestestwo w końcu zaczęło ciążyć wspomnianym dwóm domom tak mocno, iż uznały one, że oto nadszedł ten dzień i czas położyć kres - łatwiej powiedzieć, niż wykonać - istnieniu zbuntowanego łowcy-samotnika. W tym celu Slaughterowie oraz Butcherowie zawiązują sojusz. Nie jest to przymierze idealne, ale konieczne, aby Jace'a pokonać. Czy uda im się ta sztuka?
Powiem tak: każda ze stron pokazuje kły i tak naprawdę dba jedynie o własne interesy. Oczywiście, taki obraz świata nikogo - a już na pewno nie fanów serii - nie powinien dziwić, ale chyba po raz pierwszy jesteśmy tak blisko tego konfliktu, tych politycznych gierek. Mam wrażenie, że również po raz pierwszy nie miałem problemu z połapaniem się w zawiłościach rywalizacji obu domów. Świetnie ten wątek został w tym tomie poprowadzony; tak scenariuszowo, jak i wizualnie. Przepychanki słowne Vionette ze Starym Smokiem, rozrysowane tak jakbyśmy byli świadkami debaty politycznej, urocze.
A wracając do tytułowej wojny. Jak łatwo zgadnąć polowanie na ostatniego potomka rodu Boucherów nie idzie zgodnie z planem. Jasne, każdy z domów przewidywał pewne komplikacje, ale chyba żaden nie przypuszczał, że będzie miała miejsce, aż taka jatka. "Wojna Rzeźnika" przypomina chwilami coś w rodzaju rzezi niewiniątek - jest brutalnie, krew leje się gęsto a kończyny fruwają w powietrzu - co w sumie nie jest niczym niezwykłym. Osoby czytające serię "House of Slaughter" oraz znające "Something is Killing the Children" patrząc na te wszystkie wygibasy ze sztyletami poczują znajomy klimat, choć tak jak zaznaczyłem kilka zdań wcześniej ten album nie tylko przemocą stoi.
Tate Brombal dużo miejsca poświęcił postaci Jace'a Bouchera oraz demonom go otaczającym. Bardzo ciekawie wypada jego relacja z Maven, która próbuje przemówić Rzeźnikowi do rozumu, pokazać mu szerszą perspektywę i wskazać ten kierunek drogi, który ma szansę nie ociekać krwią. Nie jest to zbyt długi wątek, ale wydaje mi się, że istotny z uwagi na wybory których ostatecznie dokonuje Jace. Dokąd one go zaprowadzą i czy na końcu Slaughterowie i Butcherowie będą żyli długo i szczęśliwie?
------------------------------
#020-#025 "House of Slaughter. The Butcher's War" vol 1 [02-07/2024]
napisał: Tate Brombal
narysowali: Antonio Fuso, Chris Shehan
pokolorował: Miquel Muerto
Polskie wydanie: "Dom Slaughterów. Wojna Rzeźnika" [Non Stop Comics, 04/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"Ród Harkonnenów" || #009-012 "Dune: House Harkonnen" (2024)
Koniec. Tym albumem - zbierającym ostatnie cztery zeszyty miniserii "Ród Harkonnenów" - panowie Brian Herbert oraz Kevin J. Anderson domykają i podsumowują główne wątki historii.
Historii ciekawej? Intrygującej?
Problem z tą serią jest taki, że dla większości z nas jej zakończenie nie będzie zaskakujące. Nawet, jeżeli ktoś nie zna literackiego oryginału na pewno oglądał "Diunę" w reżyserii Denisa Villeneuve’a, więc orientuje się na tylko dobrze, aby wiedzieć, że książę Leto i jego najbliżsi nie mają prostego życia. Przeciwnie mają ciągle pod górkę a owa górka to właśnie motyw główny tejże miniserii.
Co do fabuły nie będę Wam jej zdradzał licząc, że jednak sięgnięcie po ten komiks. Wiem, że nie każdy przeczyta literacki oryginał - ogólnie mówiąc jest to powieść, co najwyżej średnich lotów - ale w moim przekonaniu zaczynając przygodę z "Diuną" Franka Herberta można po tą miniserię sięgnąć. Dzięki niej poznamy szerszy kontekst opowieści a przede wszystkim dowiemy się, w jaki sposób uformowała się wierna drużyna księcia Leto.
Finalnie jestem zadowolony. Miałem obawy po lekturze pierwszego tomu, ale ostatecznie miło będę wspominał tę miniserię. Głównie dlatego, że właśnie w prosty i znaczny sposób niweluje obszary mojej niewiedzy. Wersja literacka była mocno przegadana, napompowana dygresjami i bardzo polityczna. Tutaj także rywalizacja kilku rodów - nie tylko Harkonnenów i Atrydów - zajmuje sporo miejsca, ale wszystkie wątki są mocno uproszczone. Chwilami czułem się tak, jakbym czytał zwięzłe sprawozdania z różnych odcinków frontu.
Wizualnie nie dostajemy niczego oryginalnego, ale narzekać nie zamierzam. Rysunki poprawne, staranne, idące w mainstream, ale taki nie ograniczający się jedynie do dużych plansz. Pan Michael Shelfer lubi dłubać przy drobiazgach. To widać i to może się podobać. Tym bardziej, że niekiedy kadry mają coś z prac pana Mike'a Mignoli.
------------------------------
#009-#012 "Dune: House Harkonnen Volume 3" [06/2024]
napisali: Brian Herbert i Kevin J. Anderson
narysował: Michael Shelfer
polskie wydanie: "Diuna: Ród Harkonnenów" tom 3 [Non Stop Comics, 03/2025]
Komiks otrzymałem od Wydawcy.
"Władca much. Powieść graficzna"
"Co jest lepsze - mieć zasady i żyć w zgodzie czy polować i zabijać? Co jest lepsze - prawo i ocalenie czy polowanie i niszczenie?"
[Prosiaczek]
Pozwólcie, że nie będę Wam streszczał fabuły "Władcy much". William Golding napisał ją na początku lat pięćdziesiątych, ale jak czytamy w krótkiej notce biograficznej początkowo miał duży kłopot ze znalezieniem zainteresowanego wydawcy. Z jednej strony zarzucano powieści zbytnią abstrakcyjność, z drugiej miano uwagi, co do bezpośredniości jej przesłania. Mówiono także o wyjątkowej nudzie oraz wytykano jej fabularną niedorzeczność. Jaki wątek wydawał się wydawcom mocno nierzeczywisty? Trudno powiedzieć, ale zakładam, że nie wątek wojny atomowej. Koniec końców powieść powstawała w okresie ogólnego strachu przed katastrofą nuklearną.
Widoczny na zdjęciu album jest rzecz jasna komiksową adaptacją powieśc pana Goldinga. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że scenariusz dość wiernie oddaje myśl literackiego oryginału oraz uświadamia nam, jak niewiele trzeba, aby tytułowy władca much zatriumfował.
W wielkim skrócie i bez wdawania się w szczegóły. Wraz z grupą ocalałych z katastrofy młodych chłopców lądujemy na wyspie. Bohaterowie książki próbują zachowywać tak, jak zachowywałby się dorośli. Starają się podejmować racjonalne decyzje i organizować się na wzór struktur znanych im z dawnego życia. Przynajmniej tak to wygląda na początku. Im jednak dalej tym powyższe pytania Prosiaczka stają się coraz bardziej adekwatne.
Osobą odpowiedzialną za adaptację powieści, jak i ilustracje jest pani Aimée de Jongh, którą możecie kojarzyć z komiksu "Dni piasku", także wydanego przez Non Stop Comics. O tym tytule także muszę Wam kiedyś opowiedzieć, bo to historia ciekawa, prawdziwa i wysyłająca nam pewne sygnały ostrzegawcze.
"Władca much" wizualnie może zachwycić. Jak ktoś lubi żywą paletę barw, grę kolorystycznymi kontrastami odnajdzie się w tym komiksie bez problemu. Wiele zamieszczonych w albumie plansz to takie małe dzieła sztuki, które często mówią więcej, niż słowa pana Goldinga.
------------------------------
"Jours de Sable"
adaptacja i ilustracje: Aimée de Jongh
Polskie wydanie: "Władca much. Powieść graficzna" [Non Stop Comics, 2025]
Za komiks dziękuję wydawcy.
"Coś zabija dzieciaki" tom ósmy || #036-040 "Something is Killing the Children"
Rozdział ósmy, w którym Erica przekonuje się, że szczeniaczki także miewają koszmary oraz robi to, co umie najlepiej: prostuje świat małych dzieciaków, wkurza tych których drażnić nie powinna oraz próbuje uporządkować myśli.
Będą zachwyty.
Jeden z lepszych tomów serii.
Zawsze miałem słabość do opowiadań - dla mnie groza to właśnie krótka forma - i ta piątka, niepowiązanych ze sobą historii, potwierdza, że opowiadaniami horror stoi.
James Tynion IV zdradza nam przeszłość Eriki oraz w prostych aktach pokazuje kim ta nasza dziewczyna jest. Bo to historie bardziej o dziewczynie a nie łowczyni potworów. Owszem, polowanie na Coś zabijające dzieciaki także ma miejsce, ale jest to dodatek. Tło, element scenografii.
To na czym powinniśmy się skupić kryje się w zachowaniu chudej blondyny w dziwnej masce.
Kim ona jest?
Wiemy, że lubi noże i broń białą. Co jeszcze?
Indywidualistka myśląca nieszablonowo. To z nią Dom na największe problemy. To ona robi pod górkę i raczej łamie zasady, niż je szanuje. Jej postawa będzie miała swoje konsekwencje - regularna historia - ale w tym albumie Erika nie jest jeszcze celem numer jeden. W tych historiach Erika to dziewczyna robiąca swoje i dziewczyna mająca z tego powodu problemy.
Dlaczego? Erika pojawia się tam, gdzie giną dzieci. Co więcej, nie zawsze udaje jej się zapobiec kolejnym tragediom. Wyobrażacie to sobie? Raz za razem być świadkiem tego, jak typ Oscura - naprawdę wredny skur#@+! - rozpruwa kolejnego dzieciaka i dalej robić to, do czego zostało się wyszkolonym?
James Tynion IV pokazuje nam Erikę od środka. Poznajemy jej motywacje, koszmary ją nękające - m.in. temat Jessici - zadania które musiała wykonać i pytania, które zaprzątają jej myśli. Na przykład pytania o to, czy ktoś pomaga tym dzieciakom, które przeżyły.
Poznajemy to wszystko, co ją ukształtowało.
Ósmy tom serii "Coś zabija dzieciaki" to tom uzupełniający naszą wiedzę na temat głównej bohaterki. Tom dużo spokojniejszy od wcześniejszych, gdyż rezygnujący z szybkiego tempa na rzecz spokojnego pokazania tego, co tak naprawdę gryzie Erice Slaughter.
------------------------------
#036-#040 "Something is Killing the Children" [04-08/2024]
napisał: James Tynion IV
narysował: Werther Dell'Edera
pokolorował: Miquel Muerto
Polskie wydanie: "Coś zabija dzieciaki" tom 8 [Non Stop Comics, 2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"Radiant Black. Połączenie sił" || #007-#012 "Radiant Black" vol 1 (2021-2022)
Znacie serie komiksowe, które zaskakująco dobrze zapowiadają się, ale im dalej w las tym historia wydaje się jakaś chaotyczna i niedopracowana? Wiem, jak to brzmi, ale właśnie takie dziwne myśli krążyły mi po głowie w trakcie lektury drugiego albumu "Radiant Black".
Niby panowie Kyle Higgins i Marcelo Costa w podobny do poprzedniego sposób próbują nam tłumaczyć, że Marshall choć jest bohaterem to jednak tylko jedną nogą, ale wszystko wydaje się to mało składnie opowiedziane. Czego brakuje komiksowi?
Bohater.
Może i powinienem go rozumieć, ale z drugiej strony… nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Znam osoby, z którymi mógłby on zbić piątkę, ale to trochę za mało, aby Marshall był kimś więcej niż postacią z komiksu. Kilka kadrów i plansz ukazujących jego bezsilność i smutek z uwagi na śpiączkę przyjaciela to za mało, aby móc nawiązać z nim jakąś pełniejszą relację.
Poza tym jego 'kłopoty' to tylko sprytny wybieg, dzięki któremu Marshall ma szansę zostać przeniesionym do Egzystencji. Do miejsca, gdzie tylko prawda ma rację bytu. Miejsca, którego moc uzdrowi Nathana Burnetta o ile oczywiście Marshall zaliczy test.
Na czym dokładnie polega ten test?
Nie wiem i boję się, że nie wiedzą także twórcy komiksu. Podróż Marshalla przypomina trochę astralne wojaże Constantine’a, tyle że zamiast niezrozumiałej poetyki Jamiego Delano mamy pana Higginsa próbującego nadać tej całej Egzystencji głębi. Jakieś głębszego znaczenia. Problem w tym, że nie potrafi nas do niej przekonać. Jego bohater radzi sobie bez większych problemów, co z miejsca czyni z Egzystencji wielki, nadęty balon, który pęka przy pierwszej, lepszej okazji. Niestety.
Marudzę? Tak, marudzę.
Oczekiwałem, że drugi tom "Radiant Black" choć trochę będzie 'o czymś', choć trochę pchnie fabułę do przodu a tu nic z tego. Nadal kręcimy się w kółko. Na scenie pojawiają się nowe postacie, Marshall próbuje wyrwać kilka dodatkowych punktów w mediach a między wierszami możemy wyczytać, że zbliża się wielkie zagrożenie z kosmosu. Naturalnie, jego natura nie jest jeszcze nam znana.
Trochę zaczyna mnie to wszystko wkurzać, ale z czytania serii nie rezygnuje. Jeszcze nie.
------------------------------
#007-#012 "Radiant Black" vol 1 (08/2021-02/2022)
napisał: Kyle Higgins
narysował: Marcelo Costa
Polskie wydanie: "Radiant Black. Połączenie sił" [Non Stop Comics, 2025]
"Departament Prawdy: Dzikie fikcje - Kompletny spisek" (2025) || Departament Prawdy
Oglądaliście "Supernatural"? Pamiętacie, jak bracia Winchesterowie polowali na te wszystkie zjawy, istoty zakłócające spokój ludziom? Chcielibyście poznać pochodzenie tych istot? A może oglądając wspomniany serial zastanawialiście się nad genezą tych dziwnych maszkar?
Jeżeli jesteście 'team Winchester' lub tak jak ja czekaliście na odcinki "X-Files" nie idące w stronę rządowych spisków to album "Departament Prawdy. Dzikie fikcje" jest pozycją dla Was!
Powiedziałbym, że wręcz obowiązkową.
Wybaczcie, że tak słodzę, ale po prostu jestem totalnie i całkowicie oczarowany tym tytułem. Z miejsca złapałem bakcyla niesamowitości oraz ponownie uświadomiłem sobie, dlaczego tak dobrze bawiłem się towarzysząc braciom Winchesterom w ich polowaniach..
Kręciły mnie... te ich rozkminy na temat tego czy innego potworniaka wymagającego trwałego ukatrupienia. Tak samo, z wypiekami na twarzy, słuchałem Muldera jak robił jakiś wykład, dajmy na to… na temat Diabła z Jersey.
Czytając "Departament Prawdy. Dzikie fikcje" czułem się podobnie. I choć sporo informacji zawartych w poszczególnych, tematycznych rozdziałach było mi znanych to i tak lektura tego 'komiksu' sprawiła mi dużo radości.
Może dlatego, że nie są to teksty typowo encyklopedyczne. Jasne, ich autorzy zadbali o konkrety - padają nazwiska, daty, zasięgi występowania danej fikcji etc. - ale podając te informacje zrobili to w przystępny sposób... bez odstraszającego, pseudonaukowego bełkotu.
Szczerze? Najbliżej temu albumowi do zbioru ciekawostek, bestiariusza będącego uzupełnieniem wątków wspominanych w regularnej serii. Przydatnego właśnie przy lekturze poszczególnych tomów "Departamentu Prawdy".
Od strony wizualnej album także daje radę, choć nie jest to komiks.
Każdy z rozdziałów został opatrzony przeważnie jedną planszą, ale po prawdzie ta jedna w zupełności spełnia swoje zadanie. Podpowiada nam jak wygląda albo jak może wyglądać prezentowana dzika fikcja a przecież taki właśnie cel przyświecał twórcom tego tytułu.
Uświadomić czytelnikom z czym muszą mierzyć się agenci Departamentu Prawdy.
------------------------------
"Departament Prawdy: Dzikie fikcje - Kompletny spisek" (2025)
napisał: James Tynion IV
polskie wydanie: Non Stop Comics [01/2025]
"Ród Harkonnenów" tom II || Diuna (2023)
Przeczytałem drugi tom "Rodu Harkonnenów" i powiem tak: dużo ciekawiej wypada on niż tom wcześniejszy. Wydaje się bardziej poukładany. Fabuła jest klarowniejsza, przez co dużo łatwiej czytelnikowi rozeznać się w aktualnej sytuacji w Landsrradzie. Mówiąc wprost: wiemy kto z kim i dlaczego. Wcześniej wątki geopolityczne skutecznie zniechęcały mnie do lektury, teraz wręcz przeciwnie. Przez cały tom autentycznie byłem zaciekawiony, chociażby tym jak wokół księcia Leto Atrydy powoli gromadzą się ludzie, którzy w kolejnych latach będą aktywnie wspierali go w walce z Harkonnenami.
O tym bowiem jest właśnie komiks "Diuna. Ród Harkonnenów". Na jego kartach krok po kroku poznajemy kolejnych aktorów spektaklu, który finalnie zostanie zaprezentowany w "Diunie" pana Franka Herberta. Każdy z rodziałów to krótkie sprawozdanie z tego jak radzili sobie zwolennicy księcia Leta Atrydy zanim dotarli na Kaladan. I tak. Obserwujemy jak młody Gurney Halleck ucieka z Gedimi Prime, jak Duncan Idaho szkoli się na mistrza miecza oraz jak Lady Jessica powoli zaczyna zyskiwać w oczach przyszłego ojca swojego dziecka. Naprawdę dobrze wypada. Powiedziałbym, że czytelnik po prostu płynie od jednego wątku do drugiego i nie dostaje przy tym zadyszki. Przyjemna historyjka.
Na upartego mógłbym mieć zastrzeżenia jedynie wobec wątku Glossu Rabbana. Jego postawa pełna agresji i nienawiści do wszystkiego, co nie jest związane z jego rodem jest bardzo nachalnie eksponowana. Postać wydaje się straszliwie przerysowana i wyniesiona do rangi okrutnika totalnego. Nie wiem czy potrzebowaliśmy, aż takiej ekspozycji tego bohatera. Jeżeli miałbym decydować o fabule to oczywiście wspomniałbym o jego porywczości i bezwzględności - jest ona na pewno ważna w kontekście sprawy Hallecka - ale nie rozdmuchiwałbym wątku Rabbana, aż do takich rozmiarów. Będąc scenarzystą więcej miejsca poświeciłbym księciu Leto, który w tym albumie prezentowany jest raczej w chłodnych barwach.
Wizualnie dostajemy mainstreamowy standard. Nie jestem jego fanem, ale domyślając się do kogo skierowana jest ta seria to uważam, że pan Fran Galán dobrze wywiązał się ze swojego zdania.
____________________
#005-008 "Dune. House Harkonnen" vol 12 [05-08/2023]
Polski tytuł: "Diuna: Ród Harkonnenów" tom I
Non Stop Comics
Scenarzysta: Kevin J. Anderson, Brian Herbert
Ilustrator: Fran Galán
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 112
Oprawa: twarda
Druk: kolor
ISBN-13: 9788382307993
Data wydania: 25 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Bezlitosne machinacje rodu Harkonnenów odmieniają życie bohaterów tej historii od Arrakis po Waliach IX! Na planetach wybucha chaos. Niebezpieczne misje ratunkowe, niemożliwe wybory, rebelia na lx i knowania Bene Gesserit w końcu przynoszą owoce. Arrakis cierpi pod rządami brutalnych Harkonnenów, a tymczasem Liet i Warik muszą stoczyć pojedynek w imię miłości. Leto przeżywa brzemienne w skutki spotkanie, a Duncan stawia kolejny ważny krok na drodze ku swojej przyszłości…
"Alabaster" (2023) || Dom Slaughterów tom czwarty
Ostatnio kolega z pracy zapytał mnie 'co teraz czytasz'. Chodziło mu oczywiście o komiksy a że aktualnie czytałem kolejny tomik z serii "Dom Slaughterów" to zacząłem opowiadać o dzieciakach, potworach wyskakujących z szaf i różnych ciemnych zakamarków oraz o całej tej dziwnej rzeczywistości pana Jamesa Tyniona IV. Słuchał uważnie, ale chyba nie do końca wyłapywał clou całej tej historii. Nie do końca trafiało do niego, o co tyle szumu. I powiem Wam, że ja także nie zawsze jestem w stanie doszukać się w tym wszystkim logiki.
O ile nie mam większych problemów z serią główną - mam tu na myśli serię "Coś zabija dzieciaki" - o tyle fabuła poszczególnych tomów "Domu Slaughterów" często stanowi dla mnie zagadkę. Niby dostajemy wszystko na tacy i podążamy krok w krok za kolejnym żołnierzem zakonu oraz kolejną sprawą do rozwiązania to jednak czasami coś mi umyka. Zwłaszcza, gdy scenarzysta porusza wątki dotyczące polityki wewnątrz samych domów. Wówczas historia staje się trochę zbyt mętna a po prawdzie to myślę, że już dawno do każdego z nas dotarło, jak wielkimi #%@x są członkowie zakonu. Zakładając oczywiście, że oto chodzi w tych odautorskich rozkminach.
Co zaś się tyczy samej fabuły poszczególnych tomów to raz za razem dostajemy po prostu kolejną sprawę odcinka. Czwarty album "Domu Slaughterów" prezentuje nam Wabika. Jak zawsze niewiele wiemy o samej postaci. Pojawiają się krótkie retrospekcje na jej temat, ale ja ponownie miałem problem z ich odczytaniem. Nie wiem czy to moja wina, że nie dociera do mnie szerszy kontekst, czy może wadliwy jest sam przekaz. Wiem natomiast, że ogarnianie podobnych treści w "Coś zabija dzieciaki" przychodziło mi bez większego trudu.
Niezależnie jednak od wątków spiskowych oraz obrazów rywalizacji między frakcjami zakonu, główna historia tomu wypada dobrze. Nadal nie są to wyżyny storytellingu, ale idzie przynajmniej zorientować w ogólnej sytuacji. W tym konkretnym przypadku w założeniach tajnej misji przywołanego wyżej Wabika, oddelegowanego do domu dziecka w Erie celem zlokalizowania a następnie zneutralizowania problemu. Powiedzmy, że w pewnym sensie tego typu questy to standard, jeżeli chodzi o "Dom Slaughterów". Gdzieś pojawiają się kłopoty, przybywa ktoś z zakonu i problemy znikają. Czasem w bardzo brutalny sposób.
Ta brutalność to także znak rozpoznawczy tej serii. Na dobrą sprawę sam jej tytuł sugeruje z czym będziemy musieli się zmierzyć. I ta krwistość, ta odwaga w prezentowaniu takich a nie innych zakończeń jest na pewno jednym z jaśniejszych - innym są rysunki! - punktów "Domu Slaughterów". Warto jednak przy tym wyraźnie zaznaczyć, że takie ‘rozwiązywanie problemów’ nie jest robione jedynie na pokaz. Owszem, pewne obrazy są makabryczne, aby czytelnik dostał konwencję za jaką zapłacił, ale dobrze, że brutalność nie jest pokazywana dla samej brutalności. Twórcy i tym razem znajdują czas na wyjaśnienia. Nie każde z nich do mnie trafia, czasami brakuje im autentyczności jak również oryginalności, ale przynajmniej czyny bohaterów nie są obdarte z komentarza.
Jak wiele trzeba jeszcze poświęcić w imię walki z potworami? Czy ta walka ma sens i czy kiedykolwiek się skończy? Nie wiem czy kiedyś poznamy odpowiedzi na te pytania. Tak po prawdzie, nie wiem nawet czy ta seria zmierza w jakimś konkretnym kierunku oraz czy na koniec dostaniemy jakiś klarowny finał. Przeczytałem czwarty jej tom - dwudziesty zeszyt serii - i mam wrażenie, że nadal nie dostrzegam całości. Zakładajac oczywiście jakaś całość istnieje. Liczę, że tak. Mam tylko nadzieję, że zobaczę ją zanim formuła cyklu zacznie mnie nudzić.
_______________
#016-020 "House of Slaughter. Alabaster" [08-12/2023]
Polski tytuł: "Dom Slaughterów. Alabaster"
Scenarzysta: Sam Johns
Rysownik: Letizia Cadonici
Kolory: Francesco Segala
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Seria: Dom Slaughterów
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Druk: kolor
ISBN-13: 9788382306934
Data wydania: 18 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
W bezlitosnej wojnie z potworami Białe Maski nie cofną się przed niczym. Dla nich nie ma niedozwolonych chwytów. Szafujący swoim życiem członek Białych Masek o imieniu Wabik (niemy chłopiec bez obu rąk, któremu udaje się wychodzić z najbardziej samobójczych misji) zostaje wysłany do domu opieki nad dziećmi z wyjątkowo paskudnym zadaniem. Chłopak próbuje za wszelką cenę zignorować okrucieństwo, z jakim traktują go pozostałe dzieci, lecz atak potworów stawia przed nim dodatkowe pytania. Co wspólnego z tym, co się dzieje, ma miła, tajemnicza dziewczyna o imieniu Nannette?
"Ladies with Guns" tom trzeci
"Ladies with guns" po raz trzeci. Jest dobrze. Trochę obawiałem się spowolnienia tempa akcji oraz problemów z wymyśleniem kolejnej, równie widowiskowej co poprzednie, historii, ale mój czytelniczy lęk okazał się całkowicie nieuzasadniony. Nadal jest pomysłowo i czuć, że twórcy mają plan na swoje dziewczyny. Nie wiem czy więzienny epizod był planowany od samego początku, ale w sumie dobrze, że znalazło się dla niego miejsce. Dlaczego?
Po pierwsze i najważniejsze, zmienił on obraz naszych bohaterek. Oczywiście, nadal są to dziewczyny wyjątkowe, interesujące, szalone, etc. Tym razem zostały one jednak delikatnie sprowadzone do parteru. Na ten moment nie umiem powiedzieć, czy to dobrze czy źle. Sądzę jedynie, że nagle dotarło do twórców, że wcześnjej przeszarżowali i wypadałoby pokazać tytułowe Ladies od drugiej, dużo bardziej kobiecej, strony. W jaki konkretnie sposób? Z pomocą przychodzi tutaj wątek więzienny. Widzimy w nim bowiem typowych samców dzikiego zachodu. Męskich gburów śliniących się na sam widok pięknych kobiet, mężczyzn przekonanych o swojej sile, przywyczajonych do wyrażania opinii przy pomocy pięści. Na tym tle prezentowane są nasze Ladies. Istoty kruche, mające swoje problemy; kobiety świadome zagrożeń związanych z obecnością przedstawicieli płci brzydkiej. Obserwujemy je uważnie - zastanawiając się 'co też tym razem strzeli im do głowy' 🙂 - i w pewnej chwili dociera do nas, że to także są istoty z krwi i kości. W tej scenerii daleko im do dzikusek z poprzednich tomów. Jak każda jednostka boją się bólu, poniżenia, gwałtu i bycia bezradną. Nasze dziewczyny krwawią co miesiąc, zachodzą w ciążę a na dłoniach dostają odcinków. Są normalne.
Po drugie, wizyta Ladies w więzieniu dobrze się sprawdza jak fabularna odskocznia. Przy drugim tomie zacząłem się zastanawiać, jak długo jeszcze przyjdzie nam śledzić podróż dziewczyn po kolejnych połaciach Ameryki i jak długo będą one totalnie niezniszczalne. Ich zamknięcie w areszcie - nawet, jeżeli na krótką chwilę - zapewniło pożądany dreszczyk emocji. Twórcy komiksu - Olivier Bocquet oraz Anne-Laure Bizot - w dalszym ciągu tak snują opowieść, że nie trudno domyśleć się finału, ale przynajmniej dostaliśmy nową lokalizację. Pojawiły się nowe postacie, znalazło się kilka plansz przypominających nam, że płeć piękna to także płeć silna oraz wpletli autorzy parę scen odnośnie kobiecej solidarności. Jak na tytuł typowo rozrywkowy dobrze to wszystko wygląda.
Jak długo przyjdzie nam czytać "Ladies with guns"? Na tę chwilę ten tytuł to komiksowy samograj. Piątka dziewczyn, kilka rewolwerów, wielki wybuch, szybki wóz do ucieczki i akcja sama się kręci. Do tego jest bardzo kolorowo, rysunkowo ciekawie i westernowo. Wydawać się zatem może, że prędzej czy później coś zacznie zgrzytać. I pewnie tak będzie. Oby jak najpóźniej.
____________________
"Ladies with Guns" [08/2024]
Tytuł polski: "Ladies with Guns"
Scenarzysta: Olivier Bocquet
Rysunki: Anne-Laure Bizot [Anlor]
Tłumacz: Jakub Syty
Seria: Ladies with Guns
Format: 235x310 mm
Liczba stron: 72
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788382306989
Data wydania: 11 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Więzienie stanowe. Świat mężczyzn. Najgorsze łotry dzikiego zachodu zamknięte razem w czterech ścianach. Kiedy nasze ladies pojawiają się na miejscu, ich los zdaje się z góry przesądzony. Ale nawet osadzone, wciąż są tak samo zawzięte.
"Coś zabija dzieciaki" || tom siódmy
Tom siódmy serii "Coś zabija dzieciaki" to nic innego jak zamknięcie wątku Erici Slaughter siejącej zamęt w miasteczku Udręka. Do tego bowiem sprowadza się fabuła opowieści. Na kartach komiksu jest pokazana scena, kiedy zdezorientowany szeryf Carter Thomas zadaje - w mojej ocenie zasadnicze - pytanie: 'Niech to diabli. Co tu się k...a dzieje?'. Oczywiście nie otrzymuje odpowiedzi, ale my ją znamy. Do spokojnego, leżącego wydawałoby się z dala od zagrożeń wielkiego świata, miasta przybywa nasza Erica i wszystko trafia szlag. Niewinni zaczynają ginąć, komisariat zamienia się w rzeźnię, po ulicach biega wariatka z biczem i bandamce a w krzakach czai się potwór.
Jak wspomniałem, niniejszy, siódmy tom serii kończy pewien rozdział w życiu Erici. I jeżeli ktoś liczył na brutalne, krwawe i pesymistyczne zakończenie to miał rację. Tak naprawdę jednak trudno było nie odgadnąć takiego finału. Mechanika serii oraz pomysły pana Jamesa Tyniona IV od samego początku przygotowały nas na takie właśnie widowisko. Niemalże każdy album składał się z dwóch, podstawowych wątków. Z krótkiego nakreślenia aktualnych animozji panujących w Domach oraz z odsłaniania przez czytelnikiem myśliwskich, morderczych umiejętności osób noszących maski. Ten tom nie jest wyjątkiem. Jest taki sam jak wszystkie wcześniejsze.
To plus i zarazem minus historii. Owa powtarzalność pewnych zagrań fabularnych była czymś fajnym, ale i zaczynała być trochę męcząca. O ile starcie Erici ze swoim 'sobowtórem' jest bardzo w klimacie serii, o tyle mam wrażenie, że jej konflikt z Cutter trochę za długo był ciągnięty. Miał swoje momenty, animozje między bohaterkami były ciekawie prezentowane - także na tle wojenek w samych Domach - ale cieszę się, że siódmy tom serii zamyka ten rozdział i otwiera kolejny. Powoli zaczynało mi brakować jakiegoś novum, czegoś zaskakującego i trochę przerażającego. Czegoś na tyle wstrząsającego, że będę czekał na kolejny tom.
I taki finał dostałem. Nie mówię, że jest on wyjątkowo spektakularny. Ba! On jest wręcz straszliwe przeciągnięty, ale koniec końców Cutter dopadła Ericię. Myślę, że większość czytelników widząc ich stracie odetchnęła z ulgą.
____________________
"Something Is Killing The Children" volume 7 [02/2024]
Tytuł polski: "Coś zabija dzieciaki" tom siódmy
Scenarzysta: James Tynion IV
Rysunki: Werther Dell’Edera
Tłumacz: Paweł Bulski
Seria: Coś zabija dzieciaki
Format: 170x260 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788382306910
Data wydania: 29 lipiec 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Atak Dwupostaciowca omal nie pozbawił Eriki Slaughter życia; jakby tego było mało, by ocalić Gabi i mieszkańców Udręki, ciągle musi mieć się na baczności przed morderczą Cutter. Rozdzielona z Dolly i kierująca się zrodzoną z rozpaczy wściekłością Cutter nie spocznie, póki nie wywrze srogiej pomsty... To jednak nie koniec koszmaru, bo przerażające monstrum, które przybrało postać Eriki – Dwupostaciowiec – ciągle pozostaje na wolności i nie ustaje w złowrogim pościgu.
"Fanette. Nieswojo w nie swojej skórze" || RIP (2023)
Gdyby Gaet's i Monier stałe opowiadali swoją historię z perspektywy jednego, tego samego bohatera wiem, że porzuciłbym ten cykl już dawno. Siłą serii "RIP" jest bowiem dobre zestawienie jednostki z prozą życia skąpaną w bardzo nieprzyjemnych barwach. Sądzę, że gdyby ten schemat opierał się wyłącznie na jednej postaci w pewnej chwili poczulibyśmy sztuczność tematu. Cała ta koszmarność, ta wizja trudnej oraz wkurzającej konieczności życia w tak porąbanej rzeczywistości od razu straciłaby na realności. Zostałaby uznana za mikrokosmos jednego bohatera, który miał po prostu pecha urodzić się na zadupiu świata.
Rozpisanie historii na osobne podrozdziały - z zachowaniem głównej osi narracyjnej - to zatem krok jak najbardziej właściwy. Każdy tom to nowa perspektywa, która nadaje wizji autorów jakże ważnego realizmu. W moim odczuciu nadal czuć momentami niewielkie przeszarżowanie w ukazywaniu zła świata, choć z drugiej strony nie umiem powiedzieć z całą pewnością, że tak właśnie nie wygląda życie gdzieś na peryferiach amerykańskiego snu. Niewielkie miasteczko, dołująca rutyna, brak szans na zmianę statusu społecznego, próby zaspokajania potrzeb w możliwie najprostszy sposób. Jak się dłużej zastanowić nie jest to rzeczywistość nie mogącą zaistnieć.
Tak jak zapewne jest gdzieś tam taka Fanette. Dziewczyna za barem, zmęczona egzystencją oraz koniecznością wysłuchiwania obleśnych uwag. Tym razem to właśnie ją wykorzystują Gaet's i Monier do przybliżenia nam - po raz kolejny - dziwnej działalności grupy mężczyzn, którzy dzień w dzień zaglądają do baru, aby dać wyraz swojej frustracji. I trzeba przyznać, że w tej roli Fanette wypada doskonale. Jej uwagi do pewnego stopnia stanowią pewne podsumowanie tego, co już wiemy na temat lokalnej społeczności. Zbliżamy się powoli do finału, więc takie uporządkowanie faktów - z wykorzystaniem wnikliwej obserwatorski - jest jak najbardziej na miejscu.
Nie chcę przez to jednak powiedzieć, że sama Fanette jest w tej historii sprowadzona do roli fabularnego narzędzia. Nic z tych rzeczy. Ona również dostaje swoje pięć minut. Co więcej, odnoszę wrażenie, że wizja społecznego syfu widziana jej oczami jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Wcześniej nastrój beznadziei ograniczał się w dużej mierze do jednostki. Tutaj poniekąd także mamy bohatera stłamszonego przez życie, czującego że coś jest z tym życiem nie tak - w tle pojawia się piękna wrzutka z "Matrixa" - ale pojawia się także szersze tło, prezentujące beznadzieję konkretnego środowiska. Mówię oczywiście o młodych dziewczynach, które nie mając wielkich perspektyw lądują w nocnych klubach wdzięcząc się do napalonych panów.
"Fanette" jako kolejny element większego obrazu spełnia założenia twórców. W swoim realizmie szokuje i przeraża. Jako opowieść odrębna potrafi zaciekawić. Sprawić, że los tytułowej bohaterki nie będzie nam obojętny.
____________________
"RIP, Tome 5: Fanette - Mal dans la peau des autres" [2023]
Polski tytuł: "RIP. Fanette. Nieswojo w nie swojej skórze"
Scenarzysta: Julien Monier
Ilustrator: Gaet’s
Tłumaczenie: Jakub Syty
Seria: RIP
Format: 196x268 mm
Liczba stron: 112
Oprawa: twarda
Druk: kolor
ISBN-13: 9788382307047
Data wydania: 19 czerwca 2024
Dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Ta cholerna skóra ma nam pomagać zachować zimną krew, wytrzymać uderzenia gorąca... Tylko jeszcze trzeba dobrze się w niej czuć. Nie moja wina, że często muszę ją zmieniać. To nie była moja wina! Kurwa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































.webp)


.webp)




.webp)

.webp)


.webp)
