Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Comics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel Comics. Pokaż wszystkie posty

VENOM, tom II (Ewing, Ram V)


To jedna z tych historii, która pozostawia ogromny mętlik w głowie czytelnika. Weźmy takiego gościa jak ja. Z Venomem nie zawsze było mi po drodze ale powiedzmy, że miło wspominam zeszytówki od drużyny TM-Semica gdzie pierwszy raz zobaczyłem symbiota. Mam wrażenie, że wówczas jeszcze Marvel wiedział jak powinny komiksy wyglądać. W dodatku były to zeszytówki rysowane przez Todda McFarlane'a więc z automatu miały one plus dziesięć do zajebistości. Tak, wówczas bardzo lubiłem styl wspomnianego rysownika i lubiłem Venoma.

"LEGENDY X-MEN. Whilce Portacio"


Gdy pyta Was ktoś o scenarzystów "X-Men" to kogo wymieniacie? Na przykład dla mnie numerem jeden - zapewne ku zerowemu zaskoczeniu tu zebranych - od lat pozostaje Chris Claremont choć zanaczam, że nie jest miłość bezgraniczna. To nie jest tak, że dosłownie każdą historię jego autorstwa wielbię ponad wszystkie inne. Claremontowi zdarzało się pisać nieskładnie, mało zajmująco; zdarzało się nawet, że mieliśmy ciche dni. Czy długo trwały? Nie ale dzięki nim wiem, że X-Men to nie tylko Claremont. Byli również inny, chociażby Jim Lee, John Byrne i Whilce Portacio, ten ostatni także w roli rysownika. Przez długi czas było to dla mnie święta grono artystów odpowiedzialnych za historie o drużynie Charlesa Xaviera.

"Star Wars. Ewoki"


Nie spodziewałem się, że doczekam wydania tego komiksu w Polsce. Co prawda Egmont już od jakiegoś czasu skacze i obok tytułów flagowych - aktualnie zaliczam do nich historie z trzeciej fazy Wielkiej Republiki - wrzuca historie, najczęściej one-shoty, odnoszące się do różnych okresów ale sero, nie spodziewałem się powrotu na Endor; do tych małych niedźwiadków, których postawa prawdziwie chwytała za serducho. Czy po wielu latach mają one nadal to 'coś'?

Steve Orlando próbuje nas przekonać, że tak. Dosłownie już na starcie czytelnik dostaje krótkie intro przypominające, że Ewoki choć są mali to jednak są dzielni, że nadal są nadal blisko natury i że oczywiście zaprzyjaźnili się z nieznajomą, wsparli Rebeliantów w walce z Orutnikami - urocza nazwa Imperium - oraz pomogli zniszczyć fałszywy księżyc. W filmie byli oni równoprawnymi bohaterami wielkich wydarzeń i nadal Steve Orlando ich tak przedstawia.

"Moon Knight: Czerń, biel i krew"


Czytając fenomenalny run pana Jeda MacKaya pomyślałem, że w miarę możliwości będę nadrabiał również inne tytuły biorące na warsztat postać Moon Knighta. Nie żebym był jakimś jego szczególnym fanem ale uważam, że gość na tyle dobrze wygląda, na tyle ciekawie pobudza wyobraźnię czytelników oraz swoimi problemami dostarcza scenarzystom tyle pola do manewru, że warto poznać go bliżej. 

Tym razem padło na czarno-czerwono-białą wersję jego przygód od wydawnictwa Mucha Comics ale od razu zaznaczę, że niniejszy album nie jest zapisem jednej, dłużej historii. Składa się on z dwunastu miniaturek a każda z nich pokazuje tytułowego bohatera trochę z innej strony.

"X-Men. Wojna w Asgardzie"


Zawsze jak czytam, że dany komiks prezentuje się lepiej wizualnie niż fabularnie uśmiecham się pod moim lekko siwym wąsem i zawsze w takich chwilach zastanawiam się, co autor miał na myśli pisząc w ten sposób. Rozczarowała go wizja pana scenarzysty i nie chciał urazić go otwarcie? Przerosła go infantylność komiksów lat osiemdziesiątych i bał przyznać się do tego wprost nawet przed samym sobą? Niezależnie od powodów, dla których takie zawoalowane opinie pojawiają się, o niektórych kwestiach trzeba mówić otwarcie, więc mówię: "X-Men. Wojna w Asgardzie" nie jest tytułem dla każdego.

Oczywiście, nie można jednak powiedzieć, że jest to komiks zły czy idiotyczny z uwagi na pojawiąjące się w nim rozwiązania fabularne. Po pierwsze, mówimy o historii superbohaterskiej i o lore X-Men, czyli o rzeczywistości, w której dochodziło chyba do najbardziej absurdalnych akcji w całym uniwersum Marvela i to nie tylko za sprawą pana Chrisa Claremonta. "Wojna w Asgardzie" nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.

Po drugie, zawarte w tym albumie historie to produkt lat osiemdziesiątych a jak ktoś nie pamiętam to przypominam starą prawdę: nie wszystkie historie wówczas pisane można było uznać za dobre. I nie ma co się obrażać, bo takie są fakty. Potwierdzą to zarówno specjaliści od Marvela - pisze o tym chociażby pan Douglas Wolk w swojej książce "Cały ten Marvel. Niesamowita podróż po uniwersum Marvela – epopei 27 tysięcy komiksów" - jak i osoby sięgające w latach dziewięćdziesiątych po zeszytówki od ekipy TM-Semic. Opinie niezbyt przychylne można znaleź teraz, wystarczy wejść na sociale polskiego wydawcy.

"The Spectacular Spider-Man. Formalności pogrzebowe"


Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że z dużym prawdopodobieństwem niniejszy tytuł jest jednym z lepszych - jeżeli nie najlepszym - ze wszystkich albumów poświęconych Pająkowi, jakie dotychczas ukazały się w naszym, polski komiksowie. I nie chodzi o techniczne walory tej cegiełki ani o to jak elegancko prezentuje się na regale. Są to sprawy ważne - kto tak nie myśli niech pierwszy rzuci kamieniem - ale najważniejszym dobrem tego tomiszcza są zebrane w nim historie.

Pod koniec 2021 roku wydawca Mucha Comics zaczął przygodę z serią "Spectacular Spider-Man" i IMO zrobił to w najlepszy z możliwych sposobów. Trafił do starszych fanów Pająka przypominając im tm-semicowy vibe oraz sięgając po historie tak wcześniej drukowane jak i nie, postawił na konkretne eventy z dobrze zarysowanymi antagonistami oraz dostarczył nam Sala Buscemę w dużym formacie.

"X-Men. Przeznaczenie X" (2022)


Największym minusem tego albumu jest brak Jonathana Hickmana na siodełku scenarzysty. Nie chcę marudzić, ale odnoszę wrażenie, że tylko on potrafi tak układać klocki, że historia nie chwieje się w posadach. Of course, nie jest tak, że pozostali autorzy serii całkowicie działają po omacku, ale mimo wszystko w ich ruchach brakuje większego zdecydowania i pewności siebie. Wyczuwalny jest chaos a opowieść wydaje się być rozdrabniana na zbyt wiele wątków.

Taka konstrukcja - zawiła i w mojej ocenie na siłę próbująca udziwniać rzeczy proste - utrudnia lekturę a przecież czytając taki komiks powinniśmy przez niego płynąć i dobrze bawić. Czyż nie?

Oczywiście nie jest tak, że niniejszy album zalicza wywrotkę na każdym z wątków. Gerry Duggan narracyjnie potrafi zainteresować, być może aż za bardzo. Pisana przez niego historia to historia politycznych układów, historia testowania jednych przez drugich, historia sojuszy w sojuszach oraz obraz zaogniania indywidualnych animozji. Na to wszystko nakłada się wątek nieufności ludzi do mutantów - czyli wracamy do korzeni - i vice versa, rodzinne waśnie i fundowanie czytelnikom sentymentalnych jazd pokroju 'a teraz wrzucę Wam bohatera, za którym na pewno tęsknicie'.


W moim odczuciu tego jak za wiele. Hickman znał umiar a nawet jak szarżował to robił to z głową, miał wizję. Czytając jego arc nie musiałeś robić notatek, czytając historię Duggana wypadałoby mimo wszystko kilka rzeczy zanotować, jeśli nie chce się stracić orientacji w fabule. Dobrze byłoby również wrócić to tomu pierwszego.

Z czym mierzymy się tym razem? Z doktorem Stasis, Orchis oraz Cordycepsem Jonesem. Z tym ostatnim w wielkim, kosmicznym kasynie. Co dalej? Dalej jest normalnie, czyli kolorowo. Dużo kostiumów, dużo gadających głów, dużo świateł, laserów, iskier i onomatopei.


Szybkiej akcji nie można komiksowi odmówić, ale ja osobiście tęsknię za zeszytówkami z jednym villainem i kilkoma bohaterami. Za prostą konfrontacją opatrzoną megalomańską gadką i pouczającymi prawdami głoszonymi przez liderów drużyn. Takie superhero było moim superhero. Teraz jest 'meh', ale czytam, bo to X-Men a X-Menów proszę Państwa trzeba zanować 🙂

------------------------------
#008 "X-Men. The Buffet is Undefeated" vol 6 (02/2022)
#009 "X-Men. The Rule of Three" vol 6 (03/2022)
#011 "X-Men. A Busted Hand" vol 6 (05/2022)
#012 "X-Men. Controlled Demolition" vol 6 (06/2022)
#013 "X-Men. Resurrection Blues" vol 6 (08/2022)
#014 "X-Men. Ice Cold" vol 6 (08/2022)
napisał: Gerry Duggan
narysowali: Javier Pina, C.F. Villa, Pepe Larraz
pokolorowali: Marte Gracia, Matt Milla
Polskie wydanie: "X-Men. Przeznaczenie X" [Egmont Polska 10/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Star Wars. Darth Vader. Czerń, biel i czerwień" || #001-#004 "Star Wars: Darth Vader - Black, White & Red" vol 1 (2023)


Fantastyczny komiks! Nie powiem, miałem obawy widząc, że za historią flagową stoi pan Jason Aaron. Nie należę do jego teamu. Delikatnie mówiąc. Pan Aaron to scenarzysta za dużo kombinujący, mający dziwną skłonność do zbytniego rozwijania opowieści, co oczywiście przeważnie jej nie służy. Na szczęście tym razem podszedł do tematu inaczej, w stylu zupełnie niecharakterystycznym dla swojej twórczości.

Tym razem pan Jason Aaron dostarcza nam miniaturkę. Właściwie cały album to zbiór raz mniejszych, raz większych miniaturek. Ich nienaruszalną stalą jest naturalnie postać Dartha Vadera. Choć nie zawsze gra on w tych mikro historiach pierwsze skrzypce to jego osoba pojawia się w każdej i w zależności od kontekstu ma ona do odegrania konkretną rolę. Jak się zastanowić: nie dostajemy niczego nadzwyczajnego. Żaden ze scenarzystów - a tych z uwagi na strukturę albumu mamy naprawdę wielu - nie wymyśla koła na nowo. Jeżeli ktoś liczy na wyjątkowo świeże spojrzenie na tytułowego bohatera to prawdopodobnie się rozczaruje. To jednak nie problem, bo siłą tego komiksu jest coś innego.

W niniejszym albumie nie fabuła jest najistotniejsza. Ciekawa jest sama prezentacja lorda Sithów i sposób w jaki widzą go bohaterowie historii. Może i poszczególne motywy bywają wtórne, ale autorzy otwarcie przypominają nam, że ocena Dartha Vadera zawsze zależy od osoby oceniającej. Dla jednych jest on bohaterem, dla innych maszyną do zabijania. Zarazem tworem doskonałym, jak i sennym koszmarem. Genialnym strategiem, dowódcą potrafiącym docenić wierność Imperium, jak i katem. Każda z miniaturek to inne spojrzenie na tytułową postać. Malkontenci uznają pewnie, że nadal nie jest to nic odkrywczego, ale ja pozwolę sobie się nie zgodzić. Na tle innych komiksów Star Wars wydanych w Polsce ten wypada bardzo świeżo.


Również pod kontem wizualnym. Dawno nie widziałem tak ciekawie prezentującego się komiksu Star Wars od strony rysunków oraz kolorów. Daniel Warren Johnson, Klaus Janson, Stefano Raffaele i inni zaprezentowali bardzo ciekawe podejście do tematu. Jest różnorodnie, jest kontrastowo, jest inaczej. Momentami kreska idzie chyba - wielkim specjalistą nie jestem - w stronę anime, ale nie miałem z tym problemu. Widać, że koncepcja 'stawiamy na czerń, biel i czerwień' została przemyślana i po prostu pasuje - nie można tego prościej nazwać - do tego o czym ten album opowiada.

------------------------------
#001-#004 "Star Wars: Darth Vader - Black, White & Red" vol 1 (04-07/2023)
napisali: Jason Aaron, Peach Momoko, Torunn Grønbekk, David Pepose, Victoria Ying, Daniel Warren Johnson, Marc Bernardin, Steve Orlando, Frank Tieri
narysowali: Leonard Kirk, Peach Momoko, Klaus Janson, Alessandro Vitti, Marika Cresta, Daniel Warren Johnson, Stefano Raffaele, Paul Davidson, Danny Earls
pokolorowali: Romulo Fajardo, Jr., Peach Momoko, Klaus Janson, Alessandro Vitti, Marika Cresta, Daniel Warren Johnson, Andres Mossa, Paul Davidson, Danny Earls
Polskie wydanie: "Star Wars. Darth Vader. Czerń, biel i czerwień" [Egmont Polska, 09/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" || #137-#150 "Spectacular Spider-Man" vol 1 (1987-1989)


Przed dwoma tygodniami opowiadałem Wam o Ghost Riderze, dzisiaj czas na Spider-Mana i kilka zdań odnośnie jego starcia z panem każącym siebie nazywać 'Nagrobek'. Zanim jednak konkrety to drobna uwaga ogólna. Może się wydawać - zwłaszcza osobom, którym nie po drodze z takimi historyjkami - że historie z gatunku superhero to wyłącznie sztampowa walka przebierańców oraz fikuśne popisy osób biegających w kolorowych, śmiesznych piżamkach. Walka będąca niczym więcej jak prostym zlepkiem kaskaderskich wygibasów oraz zapisem potyczek słownych - okraszonych czertwymi dowcipami - naszych bohaterów z przerysowanymi megalomanami. Zakładam, że takie podejście do tematu jest podejściem najbardziej rozpowszechnionym i dla mnie jak najbardziej zrozumiałym. Rzeczywiście światy Marvela nie należą do skomplikowanych, choć od czasu do czasu pojawia się historia, która w prosty sposób porusza tematy istotne.


Nie wiem czy jesteście na bieżąco z tym, co aktualnie dzisiej się w Stanach, ale jeżeli tak to na pewno wiecie, że temat imigrant
ów jest tam tematem bardzo gorącym. Zresztą, nie tylko w Stanach jest on na świeczniku. Chodzi generalnie o działalności ICE, czyli Urzędu Celno-Imigracyjnego, która to organizacja od kilkunastu tygodni dość agresywnie podchodzi do swojej misji. Tyle. Nie będę wdawał się w szczegóły; jak ktoś ma ochotę zgłębić - jak i komentować - temat to śmiało, ale proszę to robić poza tym fanpagem. Wspominam o tej akcji jedynie dlatego, że album "Spectacular Spider Man. Tombstone!" na dzień dobry rozpoczyna wątek polowań na imigrantów przez niejakiego Tarantulę. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że choć mów o drugim złoczyńcy noszącym ten pseudonim to on również działa na terenie Stanów z ramienia reżimowego rządu z Ameryki Południowej.

Historia została rozpisana jedynie na dwa zeszyty, więc przesadnie rozbudowana nie jest, ale dostajemy w niej naprawdę ciekawą ekspozycję wspomnianego zagadnienia. Jest kilka kadrów obrazujących nam bezsilność naszych bohaterów wobec działań jednostek administracyjnych, znalazło się także sporo monologów Tarantuli przechwalającego się możliwościami nowego reżimu w likwidowaniu 'zdrajców' narodu. Ku mojemu zaskoczeniu pojawia się również drugi Kapitan Ameryka - John Walkier - tylko pozornie w roli sojusznika pana Tarantuli. Początkowo rzeczywiście wygląda jakby działali ramię w ramię, lecz im dalej tym nasz Kapitan Ameryka bardziej wchodzi w rolę symbolu przypominającego o amerykańskich wartościach czy też raczej ideach zazwyczaj utożsamianych właśnie z tym państwem.

Historia numer dwa - dłuższa i rozbudowana - skupia się na osobie Joego Robertsona, czyli redaktora naczelnego "Daily Bugle". Choć zabrakło dla niego miejsca na okładce albumu to bez wątpienia jest on gwiazdą opowieści, w której pojawia się Tombstone. Cyngiel Fiska, prawdziwa szycha wśród morderców na zlecenie - dla mnie postać mocno kojarzącą się z gangsterami z filmów noir - to zaledwie dodatek. Źródło całego zamieszania, ale nie obiekt mogący nas dłużej interesować. Jego finałowa walka z Spider-Manem wypada nijako, jego chłodna postawa i groźne miny zwyczajnie śmieszą. Jego relacja z panem Robertsonem jest dziwna, choć sam wątek z redaktorem "Daily Bugle" jest interesujący - i obecny również w późniejszych zeszytach - choć z innego powodu, niż początkowo zakładałem. Gerry Conway, choć oczywiście musiał zapewniać odpowiednią dawkę superbohaterskiej papki to starał się ją należycie urozmaicać. Czasami były to bardziej poważne tematy - jak chociażby wspomniany wątek z imigrantami - czasami luźniejsze, do których wypada zaliczyć uwagi dotyczące życia redakcyjnego gazety Johna Jonaha Jamesona. Nie ma ich wiele, ale jako wtręty między wierszami głównej historii sprawdzają się znakomicie.

Oczywiście albumy takie jak "The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" to nieustanny rollercoaster. Historie wciągające no stop przeplatają się z mniej angażującymi, arcywrogowie nagle ustępują miejsca zawodnikom z drugiej a niekiedy nawet z trzeciej ligi. Dla przykładu. Konfrontacja Spider-Mana z Boomerangiem wypada blado i byłaby mało strawna, gdyby nie wątek gwiazdora Parkera, który promuje album o alterego. Jasne, Gerry Conway nadal nie pokazuje nam niczego spektakularnego, ale wątek Petera celebryty jako dodatek sprawdza się dużo lepiej niż motyw główny, gdzie mamy opowieść speuntowaną słowami: "Wiesz, co czyni prawdziwego zwycięzcę? Stawianie czoła wyzwaniu, gdy wszystko jest przeciwko tobie... Gdy głowa chce odpuścić, a serce - walczyć".

Warto także podkreślić, że niniejszy album nie jest tworem oderwanym od innych historii ze świata Spider-Mana. Szczególnie ostatnie zeszyty - będące częścią eventu "Inferno" - dają nam jasno do zrozumienia, że niezależnie od tego, gdzie i czym aktualnie zajmuje się tytułowy bohater jego działania, opisane chociażby w serii "Spectacular Spider-Man", są mocno powiązane z wydarzeniami z innych zeszytów. Wiem i rozumiem jak działa Marvel i jak fajnie wychodzi im budowanie jednej, wielkiej rzeczywistości, ale i tak za każdym razem przecieram oczy z zachwytu, gdy dociera do mnie ogrom tej pajęczej sieci wydarzeń. Dla takich nerdów jak ja taka wielowątkowa bajka jest bardzo atrakcyjna.

"The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" nie jest albumem bez wad. Od strony wizualnej to dziecko swoich czasów, kiedy to królowała prostota a tło nie miało większego znaczenia. Dla czytelnika najważniejszy był bohater, na nim się koncentrował, więc i jemu rysownicy - chociażby rządzącym w tym albumie Sal Buscema - poświęcali najwięcej uwagi. Jak wymagała tego historia to drobiazgowe tło pojawiało się, ale najczęściej rezygnowano ze zbyt dużej liczby szczegółów. Czy to źle czy nie pozostawiam Waszej ocenie. Osobiście uważam, że komiksy superbohaterskie - w tym prawdopodobnie najlepsza superbohaterska seria komiksowa we wszechświecie, czyli "Invincible" - mają prawo korzystać z pewnych uproszczeń. Tak fabularnych, jak i rysunkowych.

------------------------------
#137 "Spectacular Spider-Man. Nowhere to Run, Nowhere to Hide!" vol 1 (12/1987)
#140 "Spectacular Spider-Man. Kill Zone" vol 1 (03/1988)
#142 "Spectacular Spider-Man. Will!" vol 1 (05/1988)
#150 "Spectacular Spider-Man. Guilty!" vol 1 (01/1989)

#008 "Spectacular Spider-Man Annual" vol 1 (07/1988)

napisał: Gerry Conway
narysowali: Sal Buscema, Mark Bagley
pokolorował: Bob Sharen
polskie wydanie: "The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" [Mucha Comics, 06/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Przedwieczni" || #001-#012 "Eternals" vol 5 (2021-2022)


Dzisiaj będzie krótko, gdyż nie lubię rozpisywać się na temat albumów, które zdecydowanie źle mi się czytało. Dlaczego zgrzytałem zębami? Niestety nie ma jednej, konkretnej przyczyny. Kiedyś pisałem, że mam problem ze współczesnymi historiami - i mam tak zarówno z historiami od Marvela, jak i DC - które próbują szyć coś wielkiego, mocno ocierającego się o patetyzm. Po prawdzie to dobrze znoszę jedynie te starsze opowieści, takie jak "Rękawica Nieskończoności" czy "Secret Wars". Są to ramotki pierwszej wody, ale przynajmniej nie próbują one udawać, że są pisane dla czegoś innego niż dla czystej rozrywki.


"Przedwieczni" Kierona Gillena pr
óbują i to na wielu poziomach. Weźmy chociażby narratora próbującego nam przypominać jacy to tytułowi bohaterowie są ważni, jacy dziwni i jacy inni w swoim jestestwie. Owe uwagi byłby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie nieznośnie - przynajmniej dla mnie - uporczywe wbijanie nam do głów prawd na temat legendarnych istot. Prawd o ich legendarnych, mitycznych - nie może być inaczej! - wojnach z Dewiantami, o ich metodach regeneracji oraz długowieczności. Prawdę powiedziawszy zaakceptowałbym te wyjaśnienia bez większego bólu, gdyby były podane raz, ale nie znoszę jak czytelnika traktuje się jak idiotę. Jakby owe tłumaczenia wykraczały poza możliwości percepcji zwykłych ludzi. Strasznie irytuje mnie takie podejście.


Poza tym, choć tutaj pewnie przesadzam, od czasu do czasu czułem się tak jakbym czytał "Silmarillion" albo jakiś inny jemu podobny tekst. Zakładam, że scenarzysta chciał ukazać bohater
ów w odpowiedniej perspektywie. Podkreślić ich dostojność i przewagę nad zwykłymi herosami z Ziemi. Nawet mu się udało. Rzeczywiście czułem, że Ikaris i jemu podobni stoją wyżej, choć czułem również, że autor po prostu przesadził. Pewnie większym fanom Marvela - takim lubiącym eventy i bajki o skali kosmicznej - takie uwznioślenie jednej z grup nie przeszkadza, aż tak bardzo, ale ja nie nadaje się na czytelnika takich historii.

Ja jestem prosty facet. Do pełni szczęścia wystarczą mi ziemskie przygody, ziemskich bohaterów. Na przykład X-Menów od pana Jonathana Hickmana.

------------------------------
#001-#012 "Eternals" vol 5 (01/2021-05/2022)
#001 "Eternals: Thanos Rises" vol 1 (09/2021)
#001 "Eternals: Celestia" vol 1 (10/2021)
#001 "Eternals: The Heretic" vol 1 (03/2022)
napisała: Kieron Gillen
narysowali: Esad Ribić, Dustin Weaver, Kei Zama, Guiu Vilanova, Ryan Bodenheim, Edgar Salazar
pokolorowali: Matthew Wilson, Chris O'Halloran
Polskie wydanie: "Przedwieczni" [Egmont Polska, 08/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Prisoners of the Pharoah!" || #019 "Fantastic Four" vol 1 (07/1963)


Fantastyczna Czwórka w starożytnym Egipcie? Ben Grimm niewolnikiem? Ludzka Pochodnia błaznem na dworze faraona? Susan Storm królową Egiptu? Bywa i tak 🙂

Dawno nie wrzucałem niczego z cyklu 'Retro Marvel, czyli słówko o tym jak Stan z Jackiem bawili czytelników', ale to się zmieni. Wakacje dobiegły końca, czas aby na tym fanpage'u ponownie zagościły ramotki z dawnych lat. Na pierwszy ogień historyjka "Prisoners of the Pharoah!".


Historia wyjątkowo interesująca, choć początek otrzymujemy taki jak zawsze, czyli 'dogryzamy sobie stale, bo taka dysfunkcyjna z nas rodzina'. Of course, jak dochodzi do działania to team pozostaje teamem. To stały punkt programu. Co do fabuły to punktem wyjścia dla nowej przygody jest odkrycie przez fantastycznego - nie może być inaczej! - Reeda Richardsa rysunku z dziwną, promieniującą wazą. Dlaczego ona tak go zaintrygowała?

Pan Fantastyczny dowodzi, iż w starożytnym Egipcie żył faraon, który nagle odzyskał wzrok. Reed podejrzewa, że ów cud dokonał się przy pomocy wyjątkowej mikstury, którą oczywiście należałoby zdobyć, bo może być to początek rewolucji w medycynie, bla bla bla… Gdzieś między zdaniami pojawia się nawet sugestia, że Alicja - ukochana Bena - mogłaby odzyskać wzrok.


Czy muszę wyjaśniać, co dzieje się dalej? Nie sądzę. Każdy, kto choć raz miał styczność z tytułową ekipą wie doskonale, że nie rzuca ona słów na wiatr. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i potrafi naprawdę wiele jak już przypomni sobie, że jest drużyną. O tej ostatniej prawdzie przypomina jej niejaki faraon Rama-Tut. Nie znam gościa 🙂 Jak mu się przyjrzeć to rzeczywiście ma w sobie coś z dawnego egipskiego władcy, choć naturalnie nim nie jest. Jest podróżnikiem w czasie, który dysponując wehikułem czasu cofnął się do starożytności marząc o władzy absolutnej. Klasyczny motyw megalomana.

Uroczo naiwna historyjka z paroma fajnymi rysunkami. Motyw z podróżami w czasie także na plus. Zabawnie zaprezentowany został chociażby wehikuł czasu, którego zewnętrzna forma to sfinks. Kto wie, może rzeczywiście ta słynna budowla pochodzi z przyszłości? 😏

------------------------------
#019 "Fantastic Four" vol 1 (07/1963)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby
pokolorował: Stan Goldberg
polskie wydanie: "Marvel Origins. Fantastyczna Czwórka 5" (Hachette Polska)


"Ghost Rider. Świt synów nocy" (1991-1993)


Od czego zacząć pisząc o takim albumie? Od przypomnienia w jakich czasach powstawały zebrane w nim historie? Od zwizualizowania czytelnikowi celów stawianych scenarzystom takich komiksowych serii? Celów stawianych tak dzisiejszym autorom, jak i tym z lat chociażby dziewięćdziesiątych. Czy może po prostu rozpocząć od jasnego zasugerowania czytelnikom, że chcąc przejść przez ten tytuł bezboleśnie oraz czerpać z niego czytelniczą radochę muszą wrzucić na luz i płynąć razem z fabułą bez oglądania się za siebie? Zapewne istnieje jakiś genialny, złoty - a może piekielny? - środek, reklama na tyle skuteczna, że wcześniejsze zastrzeżenia są spychane na plan dalszy, ale prawda jest taka że nie każdemu będzie po drodze z takimi albumami jak "Ghost Rider. Świt synów nocy".

Nie ma co się obrażać. Nie każdy biegał do kiosków Ruchu sprawdzając, czy jest nowy zeszyt "Spider-Mana" oraz nie każdy oglądał serial o facecie gadającym z samochodem. Jak to się mówi? Świat poszedł naprzód a wraz z nim oczekiwania względem historyjek pisanych w rytmie superhero. Ba! Zazwyczaj sam narzekam na scenarzystów przekładających sztampowe akrobacje bohaterów nad fabularną oryginalność czy jej sensowność, choć przyznaję częściej robię to w odniesieniu do tytułów wydawanych współcześnie. Wymagam od nich więcej w myśl zasady, że komiks superbohaterski nie może stać w miejscu. Musi ewoluować oraz skupiać się nie tylko na dostarczaniu czystej rozrywki, ale również na czymś więcej. Co do stricte starszych tytułów to powiedzmy, że są objęte swego rodzaju taryfą ulgową. 


Jak wygląda sprawa z "Ghost Riderem" Howarda Mackiego? Czego wymagam od tego typu opowieści? Najprościej i najbezpieczeniej byłoby napisać, że są to historie pisane zgodnie z oczekiwaniami fanów tego bohatera. Howard Mackie poważną karierę scenarzysty komiksowego rozpoczął właśnie od serii "Ghost Rider" a wchodząc do uniwersum Marvel Comics otrzymał jedno zadanie: skutecznie reanimować bohatera, który zszedł z głównej sceny w połowie 1983 roku. Ostatecznie nowe otwarcie nastąpiło w połowie 1990 roku, kiedy to spacerującego po Cypress Hills Cemetery - ciekawostka: Howard Mackie dorastał właśnie w tej nowojorskiej dzielnicy - Danny’ego Ketcha dosięgło jego przeznaczenie. Został on nowym duchem zemsty przemierzającym Brooklyn na płonącym motorze, wygłaszającym kazania mające wbudzać strach w sercach tych, którzy krzywdzą niewinnych, bohaterem w skórze nabijanej ćwiekami, wokół której śmigają imponujące łańcuchy. Czy zyskał on przychylność czytelników?


Biorąc pod uwagę, że seria przetrwała osiem lat - ostatni zeszyt ukazał się w styczniu 1998 roku - należy chyba uznać, że fanom Marvela brakowało Ghost Ridera. Może, gdyby tego typu historie powstawały dzisiaj nie zyskałyby, aż takiego uznania, ale na początku lat dziewięćdziesiątych były idealnym przykładem dobrej, komiksowej rozrywki. Czytelnik mógł w nich znaleźć dosłownie wszystko. Od zaskakująco brutalnych historii - weźmy chociażby "Death Drive" - po historie odrobinę spokojniejsze. Od kadrów kipiących akcją, po plansze będące prawdziwymi dziełami sztuki. Od scen bardzo poważnych - w "Steel Vengeance" pojawia się wątek przemocy domowej - po sceny bawiące się motywami mocno infantylnymi czy wręcz absurdalnymi. Każdy mógł znaleźć w tych zeszytach coś dla siebie.

Nie zawsze za spektakularnymi rysunkami - w tym albumie odnajdujemy prace między innymi Rona Wagnera czy Andy'ego Kuberta - szła spektakularna fabuła, ale i tak w większości przypadków była wystarczająco satysfakcjonująca. Co z tego, że była sztampowa i przewidywalna? Co z tego, że sporą część większości pojedynczych zeszytów zajmowała postać Ghost Ridera prezentującego się niczym model na wybiegu? Ghost Rider Howarda Mackiego dostarczał czytelniczego fanu. Tego od niego oczekiwano.


Jak taka stricte rozrywkowa formuła sprawdza się dzisiaj? Dla osób, których ominęła epoka zeszytówek od wydawnictwa TM-Semic może to być dobra okazja, aby zobaczyć jak wyglądały takie herosowe opowieści sprzed ponad trzydziestu lat. Nie twierdzę, że będą one na tyle atrakcyjne, że owe osoby z miejsca zostaną fanami ramotek superhero, ale na pewno będzie to dla nich ciekawe doświadczenie. Nie wykluczam i takiej opcji, że po lekturze albumu "Ghost Rider. Świt synów nocy" każdy zapała miłością do tych wyjątkowych, czesto zabawnych i - nie może być inaczej! - przerysowanych historii. Jak nie do przygód piekielnego Ghost Ridera to może innego bohatera, które w równie spektakularny sposób tłucze niegodziwców.


Z drugiej strony osoby wychowane na takich zeszytówkach, ale i jednocześnie majace takie historie już przepracowane mogą poczuć lekki dyskomfort. Część z nich pewnie poczuje coś na kształt nostalgii - mniejszej lub większej - ale podejrzewam, że i znajdzie się jakiś procent czytelników, którzy postanowią na Ghost Riderze krzyżyk. Może uznają, że szkoda czasu na takie 'pierdoły'? Może dojdą do wniosku, że choć album wizualnie wyglada dobrze to jednak zawarta w nim treść już tak do nich nie przemawia, jak kilkanaście lat temu?

Naprawdę trudno jest precyzyjnie określić grupę docelową takich retro tomiszczy. Mucha Comics sukcesywnie serwuje nam tego typu albumu, więc zainteresowanie nimi musi być wystarczające, aby taki biznes się kalkulował. Osobiście cieszę się i myślę - odnoszcząc się do własnych odczuć z lektury - że najwięcej czytniczej frajdy z "Ghost Ridera" będzie miało po prostu starsze pokolenie fanów Marvel Comics. Oni dostaną rozrywkową bombę. Poczują drobne ukłucie tmsemicowej nostalgii, przypomną sobie dawną frajdę z lektury takich historyjek, pewnie też raz czy dwa razy z uznaniem pokiwają głową widząc prace pana Rona Wagnera. Znajdą coś dla siebie. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi?

PS. W historii "Death Duel" zabrakło czterech oryginalnych stron. Nie znam szczegółów tej sprawy i nie znam przyczyn, dla których tych czterech stron zabrakło, więc nie będę się w tej sprawie wypowiadał.

------------------------------
#021 "Bad To The Bone!" vol 3 (11/1991)
#022 "Death's Eyes" vol 3 (12/1991)
#023 "Death Drive" vol 3 (01/1992)
#024 "Death Duel" vol 3 (02/1992)
#025 "You Can't Go Home Again" vol 3 (03/1992)
#028 "Rise Of The Midnight Sons. Visions" vol 3 (06/1992)


#001 "Morbius: The Living Vampire" vol 1 (07/1992)
#001 "Nightstalkers" vol 1 (09/1992)

#095 "Web of Spider-Man. Storm Shadows" vol 1 (10/1992)
#001 "Midnight Sons Unlimited. Eyes of the Beholder" vol 1 (02/1993) fragmenty

napisali: Howard Mackie, Len Kaminski, Christian Cooper, Dan G. Chichester, Josef Rubinstein
narysowali: Ron Wagner, Mark Texeira, Andy Kubert, Richard Case, Ron Garney, Alex Saviuk, Josef Rubinstein, Dan Panosian
pokolorowali: Gregory Wright, Glynis Oliver, Tom Palmer, Bob Sharen, Renee Witterstaetter
polskie wydanie: "Ghost Rider. Świt synów nocy" [Mucha Comics, 06/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.



"Venom" tom pierwszy || #001-#010 "Venom" vol 5 (2021-2022)


Dawno nie wracałem do tej postaci, ale skoro plan zakłada przeczytać większość historii z "Marvel Fresh" to na Venoma również musiało znaleźć się miejsce. Nie powiem, trochę tego powrotu się obawiałem, bo eventu "Król w Czerni" nie czytałem, ale jak się okazało próg wejścia w nową fabułę nie należy do wysokich.

Pojawiają się nawiązania do tego, co za nami - Eddie Brock zasiada na symbiotowym tronie, ma syna a ten syn nie radzi sobie z nową sytuacją - ale de facto zaczynamy od nowa. Nowy wróg, nowe wyzwania oraz te same kadry, co zawsze, czyli całkiem sporo rozkładówek z Venomem w pełnej krasie. Dla mnie są one minusem, ale jak znam życie na pewno znadją się i tacy, którzy z uznaniem będą kiwać głowami. Akolitów tego bohatera nie brakuje.


Ja do tych efekciarskich kadrów nie jestem przekonany. Nie powiem, kilka plasz robi robotę, choć równie często tytułowa postać zlewa się z tłem, co nie wygląda dobrze. Dużo lepiej rozegrali to twórcy "Moon Knighta" od Jeda MacKaya. Tam ekspozycja bohatera miała w sobie moc, tutaj czegoś brakuje. Być może to wina kolorysty, choć jeszcze się waham z oceną. Na planszach widać pewien chaos i bynajmniej nie wynika on z dziwnej kolorystyki czy przebojowości Venoma.

Od strony fabularnej jest przeciętnie. Chciałbym napisać, że historia zostanie ze mną na dłużej ale niestety, "Venom" Ala Ewinga i Rama V to raczej średnia półka superhero. Zaczyna się obiecująco. Dylan Brock - gwiazda nowej serii? - wzbudza zainteresowanie. Nic specjalnego, ale chłopak jest synem Eddiego, więc już na starcie dźwiga solidny bagaż emocjonalny. Niby daje sobie radę wyładowując złość na bogu ducha winnych rówieśniach, ale jak tempo siada to widać, że dzieciak jest w rozsypce. Raz ma żal do ojca, raz za nim tęskni. Klasyk.


Na to wszystko nakłada się jego problem z korporacją Alchemax, dla której Dylan to obiekt badań i niewiele więcej. Dosłownie z dnia na dzień staje się ściganym. Nie ma w sobie nic z dr Kimble'a; na tą chwilę nie stara się stawić czoła wrogowi, dociec prawdy, etc. Ucieka i chce przeżyć a pomaga mu w tym symbiot, więc bywa widowiskowo. Zwłaszcza, gdy do gry wchodzą inne symbioty. Czy wówczas fabuła cierpi? Zdecydowanie. Bardzo chciałbym, aby panowie scenarzyści zmniejszyli widowiskowość opowieści i mocniej skoncentrowali się na Dylanie i spisku wokół tego bohatera. Czy tak zrobią? Czas pokaże.

------------------------------
#001-#010 "Venom" vol 5 (11/2021-09/2022)
napisali: Al Ewing, Ram V
narysował: Bryan Hitch
pokolorowali: Alex Sinclair, Peter Pantazis
polskie wydanie: "Venom" tom I (Egmont, 08/2025)
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Out of Time" || #001-#006 "Captain America" vol 5 (2004-2005)


Choć zazwyczaj o twórczości Eda Brubakera opowiadam o w towarzystwie Bogusi - koniecznie zajrzyjcie na kanał Konglomeratu Podcastowego - to tym razem przychodzę do Was indywidualnie. Od dawna miałem ochotę dokończyć "Kapitana Amerykę" od wspomnianego autora i w końcu nastał ten dzień. Dzisiaj robię pierwszy krok.

Od razu jednak dopowiem, że wpisy nie będą dotyczyć konkretnych tomów wydanych przez Egmont Polska. Na tą chwilę plan jest taki: jeden wpis jedna historia. Sądzę, że taki podział będzie ciekawszy a przede wszystkim da mi więcej miejsca na uzewnętrznienie się. Startujemy z historią "Out of Time" rozpisaną na sześć zeszytów, publikowanych od listopada 2004 do maja 2005 roku.


Za rysunki przy niej odpowiada Steve Epting, z którym Ed Brubaker pracował przy serii "Velvet". Jak dla mnie kreska jest trochę za mocno wygładzona - co widać zwłaszcza przy twarzach, w dodatku lekko pucołowatych - ale cała oprawa wokół postaci wypada dobrze. Jak na sześć zeszytów dostajemy mało szablonowych rozkładówek z Kapitanem prężącym muskuły, za to całkiem sporo detali dodających historii klimatu. Fajnie wypadają zwłaszcza kadry prezentujące wojenną przeszłość Steve'a Rogersa, choć akurat tutaj brawa należą się Michaelowi Larkowi.

Co do samej konstrukcji fabularnej to Brubaker idzie dwutorowo. Z jednej strony raczy nas lekkim kryminałem w mocno stonowanej konwencji superhero - kołem napędowym fabuły jest zabójstwo Red Skulla i próba rozpracowania tej 'drugiej strony' - z drugiej przybliża nam przeszłość Kapitana. Ten drugi wątek, ukazywany przy pomocy licznych retrospekcji, jest zarówno przypomnieniem skąd wziął się Kapitan i czym zasłynął, jak i próbą uporządkowania historii Kapitana.


Wiecie, Brubaker musiał jakoś uporać się z bogatą i wręcz legendarną przeszłością swojego bohatera i nawet dobrze mu to wyszło. W jego wydaniu Steve Rogers to nie tyle heros, niezłomny patriota, co człowiek po przejściach - i to widać na niemalże każdym kadrze - w dodatku dręczony przez koszmary wojny.

W tych ostatnich przewija się postać jego dawnego towarzysza broni i przyjaciela, czyli Bucky'ego. W "Out of Time" nie zostaje ona jeszcze wyraźnie pokazana, ale jej obecność jest mocno wyczuwalna. Mocne wejście dopiero przed nią, podobnie jak i prezentacja wielkiego planu generała Aleksandra Lukina.

------------------------------
#001-#006 "Captain America" vol 5 (11/2004-04/2005)
napisał: Ed Brubaker
narysowali: Steve Epting, Michael Lark
pokolorował: Frank D'Armata
polskie wydanie: "Kapitan Ameryka. Zimowy żołnierz" (Egmont, 09/2023)


"Dzieci burzy" || #001-#005 "The High Republic. Children of the Storm" (2023-2024)


Jakby ktoś pytał to u mnie w dalszym ciągu Star Wars na tapecie. Tym razem album "Dzieci burzy", zaliczany do trzeciej fazy "Wielkiej Republiki". Jak bardzo istotna jest ta ostatnia informacja? Bardzo. Jeżeli nie zaliczacie się do pasjonatów akurat tego okresu z historii Galaktyki oraz nie czytaliście wcześniejszych historii osadzonych w tym okresie to możecie mieć spory problem z łączeniem pewnych faktów. Nie żebym Was zniechęcał, ale kilka razy możecie złapać się na tym, że nie wiecie o czym czytacie, więc ostrzegam.

Jeżeli zaś chodzi o zawartość albumu "Dzieci burzy" to dostajemy dwie historie, dobrze ze sobą powiązane, jeżeli chodzi o przyczyny, skutki i ogólną ciągłość linearną. Nie radzę czytać tych historii osobno, bo pewne wątki - jak chociażby wątek powracającej w tym albumie Lourny Dee - mogą być później niejasne. Poza tym i jeden i drugi arc wypada dobrze. Nie są to historie z czapy, tylko rzeczywiście obie są mocno osadzone w czasach Wielkiej Republiki i poruszają ważne tematy.


Pierwsza z historii dotyczy właściwie Huttów. Keeve Trennis zostaje wysłana z misją do Skarabdy - zarządzającej jednym z huttyjskich sektorów - aby przekonać ją do odstąpienia od sojuszu z Nihilami oraz do tymczasowego związania się z Republiką. Co zrozumiałe, obie strony dość nieufnie do siebie podchodzą, dodatkowo pojawia się również na scenie wspomniana Lourna Dee z rewelacjami z przeszłości, więc dużo się dzieje. Z samej historii trudno wywnioskować, dlaczego ów huttyjski sektor ma, aż takie znaczenie dla kanclerz Soh, ale prawdopodobnie chodzi po prostu o sabotaż potencjalnie bardzo niebezpiecznego sojuszu.


Druga historia pokazuje do czego może się posunąć Keeve Trennis w poszukiwaniach swojego byłego mistrza. Dla niewtajemniczonych przypominam, że jest nim Trandoshanin, Sskeer, którego powinniście kojarzyć chociażby z historii "Bez strachu". W obu tych opowieściach dostajemy podobny wątek, co nie jest jednak jakimkolwiek minusem. Nie chcę Wam zdradzać za wiele, ale powiedzmy, że zakończenie tego epizodu jest na tyle interesujące, że jeżeli nawet pan Cavan Scott sięgnął po motyw już raz wykorzystany to nie będę się tego czepiał. Nie tym razem.

Podsumowując. Ogólnie jestem na 'tak'. Pierwsza historia wydaje się być trochę historią na doczepkę, gdyż mam wrażenie, że jest tylko wytrychem, dzięki któremu Lourna Dee dołączyła do Keeve Trennis, ale tego też nie zamierzam się czepiać. Czytałem dużo gorsze historie z tego uniwersum. Duży plus zbiera ode mnie drugi arc, bo jest interesującym wstępem do tego, co przed nami. Serio, mocno mnie ciekawi, kim jest ta mała dziewczynka.

------------------------------
#001-#005 "The High Republic. Children of the Storm" (11/2023-03/2024)
"All the Republic" (12/2023)
"Revelations" (12/2023)
napisał: Cavan Scott
narysowali: Ario Anindito, Jim Towe, Marika Cresta
pokolorowali: Jim Campbell
polskie wydanie: "Star Wars. Wielka Republika. Dzieci Burzy" tom I [Egmont, 07/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.