Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uncanny X-Men. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uncanny X-Men. Pokaż wszystkie posty

"LEGENDY X-MEN. Whilce Portacio"


Gdy pyta Was ktoś o scenarzystów "X-Men" to kogo wymieniacie? Na przykład dla mnie numerem jeden - zapewne ku zerowemu zaskoczeniu tu zebranych - od lat pozostaje Chris Claremont choć zanaczam, że nie jest miłość bezgraniczna. To nie jest tak, że dosłownie każdą historię jego autorstwa wielbię ponad wszystkie inne. Claremontowi zdarzało się pisać nieskładnie, mało zajmująco; zdarzało się nawet, że mieliśmy ciche dni. Czy długo trwały? Nie ale dzięki nim wiem, że X-Men to nie tylko Claremont. Byli również inny, chociażby Jim Lee, John Byrne i Whilce Portacio, ten ostatni także w roli rysownika. Przez długi czas było to dla mnie święta grono artystów odpowiedzialnych za historie o drużynie Charlesa Xaviera.

"Murderworld!" || #146 "Uncanny X-Men" vol 1 (1981)


Kolejna bajeczka od Marvela, kolejny zeszyt "Uncanny X-Men" pisany przez pana Chrisa Claremonta i ciąg dalszy spotkania naszych mutantów z Doctorem Doomem. Jakby ktoś kiedyś planował się z nią zapoznać to podpowiadam, że jest to kontynuacja historyjki "Kidnapped!", kiedy to X-Men chcąc uratować niejakiego Arcade'a zostali zchwytani przez pana w zielonym kapturze. Nie, nie był to Green Arrow 😉

Jak wspomniałem, "Murderworld!" to bajeczka. Fabularnie banalnie prosta i w dodatku niepotrzebnie rozdmuchana, aż do rozmiarów jednego zeszytu. Zeszytu, w którym do połowy przyglądamy się po prostu, jak Doctor Doom testuje swoich niezwykłych gości. Z tego co zrozumiałem jest to pierwsze spotkanie tych bohaterów, więc poniekąd rozumiem fascynację Dooma X-Menami. Będąc naukowcem chce zweryfkować informacje na ich temat, poznać ich mocne i słabe strony, etc. Postrzega ich trochę przez pryzmat laboratoryjnych myszy, które próbują uciec z pułapek w jakich się znalazły. Zamysł całkiem spoko, ale wykonanie - mówię tutaj o rysunkach - pozostawia dużo do życzenia. Pan Dave Cockrum narysował to wszystko bez jakiegoś większego polotu. Szkoda.


Druga część historii to wizyta rezerwowych X-Men - w tych rolach: Havok, Polaris, Iceman i aktualnie pozbawiony mocy Sean Cassidy - w Murderworld, czyli zabójczym lunaparku kontrolowanym przez pomagierkę wspomnianego Arcade'a. Jak można się domyślić już po samej nazwie lokacji nie jest to miejsce zbyt miłe dla odwiedzających. Co więcej, każda z atrakcji została przygotowana specjalnie dla jednego z X-Menów, którzy muszą dać z siebie wszystko, jeżeli chcąć wyjść z tych opresji cało. I jeżeli czujecie, że druga część historii powiela pomysły z jej pierwszej części to macie rację. W sumie mamy tutaj do czynienia z tym samym motywem.


Podsumowując. Bajeczka. Prosta i infantylna ze słabymi rysunkami. Ramotka. W mojej ocenie napisana wyłącznie w celu rozdmuchania pierwszego spotkania X-Men z Doctorem Doomem. Na plus motyw z robotami imitującymi ludzi. Nic specjalnego, ale Dave'a Cockrumowi udało się - i to była jedyna rzecz, która mu się udała w tym zeszycie - narysować całkiem creepy postacie.

------------------------------
"Murderworld!"
#146 "Uncanny X-Men" vol 1 [03/1981]
napisał: Chris Claremont
narysował: Dave Cockrum
pokolorowała: Glynis Wein


"The Coming of... Ka-Zar!" || #010 "X-Men" vol 1 (1965)


Wstawcie sobie, że dnia pewnego mutanci profesora Xaviera trafili do świata, którego nie powstydziłby się sam pan Artur Conan Doyle. Trafili do krainy - przez wielkich Marvela nazwanej później Savage Land - kryjącej się pomiędzy lodami Antarktydy, gdzie czas zatrzymał się i gdzie nadal żyją zwięrzęta uważane przez wszystkich za wymarłe.

Ten świat ma jednego władcę. Ka-Zar to wypisz wymaluj Tarzan pana Edgara Rice'a Burroughsa. Muskularny i pewny siebie władca prehistorycznej dżungli, który nie lubi obcych - nie lubi, jak się go dotyka! - i nie lubi Bagiennych Ludzi. Wrednych, ale pomysłowo uzbrojonych - w końcu to Marvel! - gości, którzy zwykli składać krwawe ofiary panu T-Rexowi. Brzmi strasznie? 😎


Tak się złożyło, że osobami mającymi zostać wspomnianym daniem dnia są Jean Grey i Angel. Nie będę Wam opowiadał, jak to się stało, że potężna Marvel Girl dała się złapać bandzie prymitywów. Fakt faktem pozostaje. Gdyby nie Zabu, Ka-Zar i stado szarżujących mastodontów mielibyśmy o dwóch X-Menów mniej.

------------------------------
#010 "X-Men" vol 1 (01/1965)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby
pokolorował: Stan Goldberg


"Kidnapped!" || #145 "Uncanny X-Men" vol 1 (1981)


Jeszcze jedna komiksowa bajeczka przy niedzieli 😎 Nie wiem czy w 2025 roku uda mi się przeczytać większość runu Claremonta, ale postaram się choć trochę nadrobić wieloletnie zaległości. Tak jak ostatnio wspominałem: od kilkanastu miesięcy mam dziką fazę na X-Men i dobrze mi z nią 😁

W lutym 1981 roku pan Chris Claremont postanowił skonfrontować X-Menów z Doctorem Doomem. Ten ostatni najczęściej chwyta się za bary z Fantastic Four, ale tym razem jego intryga dotyczy drużyny profesora Xaviera. Skąd nagłe zainteresowanie mutantami? Historia "Kidnapped!" nie odpowiada na to pytanie.


Jak to często bywało w przypadku takich serii - i historii je wypełniających - ten zeszyt to nic innego, jak rozstawianie figur na planszy. Przygotowanie do czegoś większego i bardziej spektakularnego. Doctor Doom knuje, niejaki Arcade snuje się w cieniu pełniąc rolę przynęty a dzielni X-Men wpadają w zastawioną na nich pułapkę. Proste?

Zdecydowanie. "Kidnapped!" prezentuje się nieźle, ale to bajeczka. Wszyscy zachowują się zgodnie z przewidywaniami. Storm - aktualnie liderka drużyny - ma plan, Wolverine chce iść na całość a pozostali X-Men wypełniają kadry i niewiele więcej.

Na plus budowa świata. Zanim historia dobrnęła do zamku Dooma zostało nam bardzo klarownie wyjaśnione, kto z kim i dlaczego. Dostaliśmy podsumowanie, co aktualnie dzieje się z X-Menami - Beast pracuje z Avengers, Iceman studiuje, Havok i Polaris próbują ułożyć sobie normalne życie a Scott Summers utkną na wyspie z jakąś blondynką - oraz zostało nam przypomniane, że rzeczywistość X-Menów to nasza rzeczywistość. Historia "Kidnapped!" rozpoczyna się w Lincoln Centre, gdzie znajduje się słynna Metropolitan Opera 😁

------------------------------
#145 "Uncanny X-Men" vol 1 [02/1981]
napisał: Chris Claremont
narysował: Dave Cockrum
pokolorowała: Glynis Wein


"Enter, the Avengers" || #009 "X-Men" vol 1 (11/1964)



Pierwsze spotkanie X-Men z Avengers!
Niesamowita ekipa z Marvela znowu to zrobiła!
Dwie mega drużyny stają naprzeciw siebie! Nie możecie tego przegapić!

Takie hasła to standard, jeżeli chodzi o opowieści spod znaku Marvela z lat sześćdziesiątych. Co druga opowieść była epicka, niesamowita oraz taka jakiej nikt wcześniej nie widział. Przypominają mi one dzisiejsze clickbaity, przyciągające naszą uwagę slogany, które często oferują nie tyle ciekawe treści, co skłaniają czytelnika do zrobienia dodatkowego kroku. Zachęcają do tego, abyśmy dłużej zostali na danej stronie, zainteresowali się nią i zaglądali częściej.

Czy za takimi krzykliwymi hasłami rzeczywiście kryły się nijakie i wtórne historyjki? Często tak to niestety wyglądało. Zdarzało się, że historia początkowo brana za mocno nijaką stopniowo nabierała kolorów, ale były to sporadyczne przypadki a nie norma.


W przypadku "Enter, The Avengers" dostajemy standard. Ramotkę bez fajerwerków, z nijakim zakończeniem i bezbarwnym łotrem. W roli tego ostatniego pewny siebie Lucifer planujący… w sumie nie wiadomo co dokładnie. Zapewne ma to związek z podporządkowaniem sobie Ziemi, ale konkretów nie poznajemy. Dzieje się tak dlatego, że to nie pan Lucifer jest wątkiem popychającym fabułę do przodu.

Pojawia się on, gdyż od jakiegoś czasu tropi go - dziwnie to brzmi, ale tak to wygląda - Charles Xavier, który w wyniku wcześniejszego starcia z Lucyferem doznał urazu w nogach. W ramach ciekawostki dopowiem, że właśnie ta historia jest pierwszą historyjką, poruszającą tą kwestię.


Skoro nie straszny Lucifer, to kto przyprawiał czytelników o szybsze bicie serca? Naturalnie z wspomniani Avengers. Zeszyt dziewiąty "The X-Men" to właśnie ten zeszyt, w którym oni debiutują na łamach tej serii.

Samo stracie owych drużyn wygląda typowo dla pojedynków spod znaku Marvela. Czerstwe żarty, przekomarzanie się bohaterów i liczne próby udowodnienia, że ma się większego. Nic specjalnego, standard. Ciekawy był jednak wątek, który doprowadził do tej koleżeńskiej bójki. Otóż X-Men bronili Lucifera, którego serce było połączone z detonatorem wielkiej bomby.

------------------------------
"Enter, the Avengers"
#009 "X-Men" vol 1 (11/1964)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby


"Dark Phoenix" (1980) || "X-Men" #135

 

Chris Claremont, John Byrne i kolejna odsłona Dark Phoenix Saga. Fabularnie dostajemy trykociarski standard. Jest widowiskowo, wybuchowo a chwilami nawet dramatycznie. Oprócz tytułowych bohaterów pojawia się dużo dodatkowych postaci ze świata Marvela, których rola sprowadza się do jednego: do wyrażenia swojego podziwu wobec potęgi Dark Phoenix. Brawa dla scenarzystów za takie zagranie, gdyż nie każdy z czytelników może znać Jean Grey od jej kosmicznej strony. Dla niektórych jej metamorfoza może być czymś totalnie nowym, więc dobrze, że pada kilka zdań podkreślających wagę problemu.


Problemu, którym jest Jean Grey tracąca kontrolę nad swoimi mocami. Już pierwsze kadry pokazują, że tym razem Dark Pheonix idzie na całość i nie zamierza zadowolić się połowicznym sukcesem. Z tego co możemy wyczytać planuje ona zerwać ze swoją ziemską egzystencją i całkowicie oddać się kosmosowi. Aby jednak tego dokonać i poczuć się całkowicie wolną zamierza pozbyć się X-Men, czyli zlikwidować ostatni element przypominający Jean Grey o jej ziemskim życiu. Czy jej działania wieńczy sukces? Na ten moment, zdecydowanie tak! "Dark Pheonix" to właściwie obraz zniszczeń dokonywanych przez rosnącą potęgę Jean Grey. Jak wielkich zniszczeń? Cóż, po zdruzgotaniu X-Men tytułowa istota opuszcza Ziemię, aby wciąż i wciąż przemierzać przestrzeń kosmiczną, zachwycając się swoją potęgą i zwiększając jej rozmiar poprzez pochłanianie energii kolejnych słońc.


Tak jak pisałem wyżej "Dark Pheonix" to historyjka pełna fajerwerków. Właściwie jej fabuła ogranicza się do dwóch wątków. Pierwszym z nich jest pokaz umiejętności ognistej Jean Grey i ten wątek został świetnie uwypuklony poprzez zestawienie Dark Phoenix z przedstawicielami Shi'ar Empire. Drugi zaś element fabuły rzucający się w oczy to prezentacja osób, które będą prawdopodobnie zaangażowane w zażegnanie aktualnego zagrożenia. Nie dostajemy tych wtrętów wiele, ale gdzieś pomiędzy kadrami widzimy profesora Charlesa Xaviera a także Doctora Strange'a i ekipę Fantastic Four. Nie pamiętam, czy oni wszyscy będą brali udział w finałowej konfrontacji z Dark Pheonix, ale jak tylko się tego dowiem to dam Wam znać 😉
_________________________
#135 "X-Men" vol 1 [04/1980]
Scenariusz: Chris Claremont, John Byrne
Rysunki: John Byrne
Tusz: Terry Austin
Kolory: Bob Sharen
Okładka: John Byrne, Terry Austin, Jim Novak
Polskie wydanie: "Dark Phoenix" [TM-Semic 04/1992]


"Too Late, the Heroes!" (1980) || "X-Men" #134

 

Choć komiksy mające swoje lata czytam od bardzo dawna to często zastanawiam się nad dwiema, frapującymi kwestiami. Pierwszą jest obowiązkowa niemalże w każdym zeszycie ściana tekstu. Odautorskie przesłanie dla czytelnika aby ten przypadkiem należycie zrozumiał to co aktualnie dzieje się na danych planszach. Drugą jest poziom rozdmuchania przeważnie krótkiego epizodu do rozmiarów pojedynczego zeszytu. Doprawdy, często zastanawiam się co siedziało w głowach ówczesnych twórców. W tym konkretnym przypadku w głowach Chrisa Claremonta oraz Johna Byrne.

Fabularnie "Too Late, the Heroes!" rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyła się wcześniejsza historia o naszych mutantach. Jesteśmy w siedzibie Hellfire Club, jesteśmy w trakcie walki X-Men ze złymi członkami tego klubu oraz widzimy jak Jean Grey powoli odzyskuje siły, co w naturalny sposób przyczynia się do tego, że Cyclops i reszta nareszcie mogą swobodnie oddychać. To tak w wielkim skrócie. To na co warto i trzeba zwrócić uwagę do stopniowa zmiana zachodząca właśnie w Jean Grey albo w Jeannie jak nazywa ją Wolverine 🙂

Nasza bohatera bowiem pokazuje różki. Jak była pod wpływem Masterminda - Jasona Wyngarde'a - albo jak spod tego wpływu uwalniała się coś w niej pękło. I owe coś to jej ciemna strona, która zwie się Dark Phoenix. Potężny byt/istota - niemalże o kosmicznej mocy - rzuca wyzwanie X-Menom. Także… zobaczymy jak to dalej wszystko będzie wyglądało. Na ten moment jestem ciekaw dalszych części, choć tylko przemiana Jean Grey na plus. Wszystko obok - walka X-Menów z Hellfire Club - wypada mocno przeciętnie. Zapewne dla wielu czytelników ta historia nie przetrwała próby czasu.

I drobna uwaga na koniec. Cameo zalicza Henry McCoy czyli Beast, który aktualnie jest członkiem Avengers 🙂
_________________________
#134 "X-Men" vol 1 [03/1980]
Scenariusz: Chris Claremont, John Byrne
Rysunki: John Byrne
Tusz: Terry Austin
Kolory: Bob Sharen
Okładka: John Byrne, Terry Austin, Gaspar Saladino
Polskie wydanie: "Przegrani bohaterowie" [TM-Semic 03/1992]

"Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!" (1964) || #006 X-Men


Kolejna przygoda z udziałem dzielnych X-Men! Kilka miesięcy temu obiecałem sobie, że do końca roku przeczytam pięćdziesiąt pierwszych zeszytów serii podstawowej, ale dzisiaj wiem jedno: będę zmuszony odwołać swoje plany. Gdzieś w ferworze nagrywania kolejnych odcinków podcastu Retro komiks trochę zapomniałem o tym postanowieniu, co mnie lekko wkurza. Zwykle jak coś postanowię to raczej wywiązuje się z obietnic. Tym razem jest jednak inaczej. Być może w 2025 roku będzie więcej mutantów 🙂

Niezależnie jednak od moich dawnych planów dzisiaj słówko o historii "Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!" z maja 1964 roku. Jak wskazuje sama nazwa dostajemy w niej postać, której raz… przedstawiać nie trzeba, dwa… postać debiutującą na łamach serii "X-Men". Mowa o księciu Namorze, personie będącej wówczas na topie, jeżeli chodzi o świat Marvela. To on często spędzał sen z powiek fantastycznemu Reedowi - i nie tylko dlatego, że Namor czynił podchody do Susan Storm 😉 - i to on w tej historii odpowiada za jej właściwe tempo.


Wszystko bowiem sprowadza się do tego, że książe Namor - będący bez wątpienia kimś o wyjątkowej sile, zwinności, pomysłowości, etc. - jest łakomym kąskiem dla dwóch, zajadle zwalczających się drużyn. Mowa oczywiście o ekipie szkolonej przez profesora Xaviera oraz o Bractwie Złych Munatnów kierowanych przez wielkiego Magneto, który nie ma sobie równych dzięki "the universal power od magnetism!". Czy jednak można tak po prostu zwerbować wielkiego władcę mórz?

Zaimponować i przekonać księcia Namora do swoich planów nie jest jednak tak łatwo. Zwłaszcza, jeżeli ktoś nie odnosi się z należytym szacunkiem do kobiet. Tak, dokładnie! W tej historii oprócz standardowej, trykociarskiej wymiany ciosów dostajemy obraz Sub-Marinera, obrońcę płci pięknej. Dla czytelników znających tę postać nie powinna być to jednak żadna nowość, gdyż ten element fabuły bardzo często był wykorzystywany także w serii "Fantastic Four". W tym konkretnym zeszycie szczególną opiekę roztacza nad Scarlet Witch - "That Witch is much too attractive!", jak mówi o niej Jean Grey - co ostatecznie doprowadza do jego otwartej walki z Magneto.

Gdzie w tym powstałym zamieszaniu jest miejsca dla X-Men? Nasi bohaterowie stoją trochę z boku. Profesor X chcący początkowo zwerbować księcia Namora do swojej drużyny ostatecznie rezygnuje twierdząc, że Sub-Mariner służy tylko jednej sprawie… królestwu Atlantydy. I jak zawsze nasz lider ma rację!
_________________________
"Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!"
#006 "X-Men" vol 1 [05/1964]
Scenarzysta: Stan Lee
Rysownik: Jack Kirby
Tusz: Chic Stone
Twórcy okładki: Jack Kirby, Chic Stone, Stan Goldberg, Artie Simek



Narodziny Bractwa Złych Mutantów

"The Brotherhood of Evil Mutants!" Marvel Comics


Magneto wraca do gry. Podczas gdy w szkole profesora Charlesa Xaviera trwa sprawdzian umiejętności jego podopiecznych, nasz wkurzony mistrz magnetyzmu dokonuje zuchwałej kradzieży wysokiej klasy frachtowca wypełnionego pociskami. Tak przynajmniej zakładam, gdyż prawdę powiedziawszy ani pan Stan Lee nie rozwija tematu ani Jack Kirby nie prezentuje okrętu zbyt szczegółowo. Wydawać by się mogło, że ów wspaniały statek zostanie zaprezentowany w pełnej krasie później - skoro sam wielki Magneto po niego fatygował się - ale nic z tego. Magneto zamiast skorzystać z militarnej siły okrętu przeznacza go na morską taksówkę, dzięki której Bractwo Złych Mutantów dociera do Santo Marco w Ameryce Południowej, gdzie w sprytny sposób - doprawdy, nieoceniony jest ten Mastermind 😉- ustanawia swoje rządy.


Naturalnie Profesor X i jego podopieczni nie zamierzają czekać, aż Magneto zacznie rozdawać karty i sami rzucają mu rękawice. Korzystając z przebrania - Charles Xavier udaje nauczyciela z uczniami 😝- przybywają do Santo Marco i przypuszczają atak. Jak wyglądało starcie? Cóż, nasi X-Meni ponownie nie popisali się i gdyby nie interwencja Profesora X to mogłoby się skończyć bardzo różnie. Widać, że to Xavier jest tą najważniejszą postacią w drużynie i nie dziwię się przerażeniu pozostałych X-Men, gdy dowiadują się o utracie mocy przez ich nadzwyczajnego mentora. Czy poradzą sobie sami?


"The Brotherhood of Evil Mutants!"? Liczyłem, że debiut złej drużyny mutantów będzie bardziej spektakularny. Fabuła ofertuje kilka fajnych wątków, jak chociażby króciutki origin Scarlet Witch, mentalną rozmowę Xaviera z Magneto uwypuklającą dzielące ich różnice świadopoglądowe czy przebłysk dobrej woli u Quicksilvera zapobiegającego wybochowi bomby atomowej. Są to jednak wszystko drobiazgi. Sama opowieść bardzo płytka, o prostej, nieskomplikowanej fabule.


I na koniec ciekawostka. W tym samym miesiącu miały miejsce narodziny innej grupy superzłoczyńców. W osiemdziesiątym szóstym zeszycie - choć to numeracja wyłącznie umowna - "Doom Patrol" zadebiutowało Bractwo Zła. Ten niesamowity zbieg okoliczności doprowadził do sporu pomiędzy wydawcami, który pozostaje nieroztrzygnięty do dnia dzisiejszego.
_________________________
"The Brotherhood of Evil Mutants!"
#004 "X-Men" vol 1 [03/1964]
Scenarzysta: Stan Lee
Rysownik: Jack Kirby
Tusz: Paul Reinman
Twórcy okładki: Jack Kirby, Paul Reinman, Artie Simek
Polskie wydanie: "X-Men kontra Magneto" [Wielkie Pojedynki Kolekcja Panini, tom IV; 2022]

"X-Men. Upadek mutantów. #225-227 Uncanny X-Men"

 
Pierwsza część recenzji poświęconej eventowi Fall of the Mutants.

Chrisa Claremonta przedstawiać nie muszę. Człowiek legenda dla wszystkich, dla których przygody Ludzi X zawsze były i zawsze będą najważniejszą częścią uniwersum Marvela. Zapewne część z nas pamięta tego scenarzystę z pierwszych, wydawanych na naszym polskim podwórku zeszytów "X-Men". Oczywiście, za sprawą ekipy z TM-Semic, której - co tu dużo tłumaczyć - jestem wdzięczny od blisko trzydziestu lat. To dzięki nim dzieciak z małego miasta wkroczył do wielkiego świata superhero. To dzięki semicowym zeszytówkom pokochałem świat komiksu. Choć zdarzało się - o czym dowiedziałem się będąc bardziej świadomym czytelnikiem - że drukowane przez nich historie były przycinane to mimo wszystko na kolejne spotkanie z bohaterami Marvela i DC czekałem z wypiekami na twarzy. Nie wiem czy będzie mi dane jeszcze kiedykolwiek poczuć podobny dreszczyk emocji, ale cieszę się za każdym razem, gdy polscy wydawcy pamiętają o dzielnych X-Menach. Tyle tytułem wstępu.

Naturalnie, oddaje się wspomnieniom nie bez powdów. Kilka dni temu miał premierę piąty album z serii "X-Men. Punkty zwrotne". Tym razem na warsztat został wzięty event "Fall of the Mutants". W latach dziewięćdziesiątych ledwie się o niego otarliśmy, teraz jednak fani mutantów powinni być zadowoleni. W niniejszym tomie Egmont zmieścił całe wydarzenie, oryginalnie rozpisane na łamach trzech odrębnych tytułów, tj. "Uncanny X-Men", "X-Factor" oraz "The New Mutants". Dzisiaj słówko o pierwszym z nich, w którym drużyna dowodzona przez Wolverine'a staje do walki z The Great Tricksterem, znanym także pod imieniem Adversary.

O czym właściwie opowiada Chris Claremont? Przecież w "Upadku mutantów" nie chodzi jedynie o kolejną, sztampową rywalizację dobra ze złem oraz słowne pojedynki X-Menów z Freedom Force. Dla przypomnienia: Freedom Force to grupa byłych członków Brotherhood of Evil Mutants, którzy pod wodzą Mystique działają w porozumieniu z rządem i swojego czasu doprowadzili m.in. do aresztowania Magneto [#200 "Uncanny X-Men. The Trial of Magneto!" 12/1985]. Choć na planszach trzech zeszytów Claremont zalewa czytelników różnymi dziwami - następuje rozdarcie w rzeczywistości, za sprawą którego ziemski czas wydaje się mieszać; pojawiają się także demony przypominające potworki mistrza Kirby'ego - to fabuła wiruje wokół problemu postrzegania X-Menów przez społeczeństwo amerykańskie.

Gdzieś już o tym czytaliście? Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Pytania typu 'czy warto pościęcać się dla tych, którzy nas nienawidzą' oraz 'co to znaczy być bohaterem' to sztandarowe zagadnienia obficie wypełniające serie o mutantach. Lekko przynudzające? Nie u pana Claremonta, który wykorzystuje je jako przerywniki pozwalające czytelnikom odpocząć od kolejnych scen walki. Podobnie jak wykorzystuje wątek Storm, która przebywa z Forge na jakieś Drugiej Ziemi myśląc o budowie nowego, lepszego świata. Bardzo fajny motyw; trochę romantyczny, trochę tragiczny. Jeżeli czytaliście "Unfinished Business" [#220 "Uncanny X-Men" 08/1987] będziecie usatysfakcjonowani jak i ja byłem. Uwielbiam, kiedy twórca danego tytułu pamięta o należyty porządek w chronologii wydarzeń. Brawa!