"LEGENDY X-MEN. Whilce Portacio"


Gdy pyta Was ktoś o scenarzystów "X-Men" to kogo wymieniacie? Na przykład dla mnie numerem jeden - zapewne ku zerowemu zaskoczeniu tu zebranych - od lat pozostaje Chris Claremont choć zanaczam, że nie jest miłość bezgraniczna. To nie jest tak, że dosłownie każdą historię jego autorstwa wielbię ponad wszystkie inne. Claremontowi zdarzało się pisać nieskładnie, mało zajmująco; zdarzało się nawet, że mieliśmy ciche dni. Czy długo trwały? Nie ale dzięki nim wiem, że X-Men to nie tylko Claremont. Byli również inny, chociażby Jim Lee, John Byrne i Whilce Portacio, ten ostatni także w roli rysownika. Przez długi czas było to dla mnie święta grono artystów odpowiedzialnych za historie o drużynie Charlesa Xaviera.

Dlaczego akurat oni? Przede wszytkim poznałem ich w czasach, gdy komiksy w kioskach kosztowały około dwudziestu tysięcy złotych. W 'dobrych, starych czasach?'. Trochę tak, bo i takie historie jak te zebrane w albumie "Legendy X-Men. Whilce Portacio" wchodziły lepiej i bezboleśnie ale co równie istotne nikt nie wytykał ciebie palcami, jeśli je czytałeś. Każdy je wówczas czytał i każdy się nimi zachwycał. To było coś innego, świeżego i fantastycznie magicznego. Podróże w czasie? Przejścia do innych światów? Mutanci z przyszłości? W każdym miesiącu nowa, odjechana historia a zaraz po niej kolejny odcinek "X-Men: The Animated Series". To wszystko oferowały magiczne zeszytówki od TM-Semic a dzisiaj oferuje niniejszy album od Mucha Comics.


Po drugie, siłą wspomnianej drużyny twórców było sprawne poruszanie się tak w świecie X-Men jak i w całym uniwersum Marvela. Koncepcyjnie świat superbohaterów Marvela od zawsze miał być tym samym światem a pomysł aby tak to właśnie wyglądało tak naprawdę nie narodził się w latach sześćdziesiątych tylko dużo wcześniej. Dokładnie w siódmym zeszycie "Marvel Mystery Comics" (03/1940), kiedy to ulice Nowego Jorku Human Torcha zostały zaatakowane przez księcia Namora. Chris Claremont, Whilce Portacio, John Byrne, oni doskonale rozumieli do czego wówczas doszło i opowiadając swoje historie robili to w taki sposób aby czytelnicy cały czas byli przekonani, że oto są świadkami większej historii.

W połowie lat sześćdziesiątych każdy z zeszytów "X-Men" zasadniczo prezentował jedną, zamkniętą historię. X-Men ćwiczyli - motyw sali ćwiczeń pojawia się również w tym albumie - a następnie dochodziło do próby generalnej, kiedy to podopieczni Xaviera ścierali się z kolejnymi antagonistami. Twórcy ich przygód nie myśleli o większych cyklach, o złożonych fabułach; bardzo sporadycznie wybiagali myślami poza zeszyt, nad którym aktualnie pracowali. Przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przynisół zmiany wręcz rewolucyjne. Świat X-Men zaczął żyć własnym życiem; rozrastać się, tworzyć własne mini uniwersum, co automatycznie przełożyło się na wzrost atrakcyjności tytułu.


Album "Legendy X-Men: Whilce Portacio" to dobry przykład owej zmiany a wielowątkowość to jego drugie imię. Dla scenarzystów tych historii budowanie zawiłych fabuł to nic skomplikowanego. To w jaki sposób budują oni opowieść, dla jak wielu wątków - nawet tych wydawałoby się najbłahszych - potrafią znaleźć miejsce to coś, co nigdy mi się nie znudzi. No i najważniejsze: oni w tych wątkach nie gubią się, wszystko mają pod kontrolą. Ucieczka Trevora Fitzroya z wiezienia, pojawienie się Bishopa, otwarcie przejścia do alternatywnego wszechświata, problemy aklimatyzacyjne X-Mena z przyszłości, działalność Xavier Security Enforcers, etc. Wszystkie te wątki łączą się i na przestrzeni kilkunastu zeszytów budują mini serię, którą bardzo ogólnikowo można nazwać 'historią pierwszego spotkania Bishopa z X-Men'. Czy jest to historia ciekawa?


I tutaj dochodzimy do kwestii najważniejszej, bowiem ocena tego albumu zależy od tego jak wiele miejsca zajmuje w naszej głowie ten dzieciak lat dziewięćdziesiątych. Opowieści takie jak te zebrane w tym albumie nie dla każdego zestarzały się tak samo dobrze. Rażąca infantylność, częste zapychanie poszczególnych zeszytów podobnymi wątkami, powtarzalność problemów, duża ilość plansz skoncentrowanych jak nie na fizycznej atrakcyjności bohaterów - w niniejszym tomie takich kwiatków również nie brakuje, choć i tak palma pierwszeństwa należy do albumu "Legendy X-Men: Jim Lee" - to na sztampowych scenach walki, itd. Mamy prawo narzekać na to wszystko czytając ten album. Z drugiej jednak strony możemy tymi samymi elementami się zachwycać. Tak jak mówię: wybór zależy od nas i od tego, jakimi dzieciakami dzisiaj jesteśmy.

-----------------------------------------------------
#281 "Uncanny X-Men. Fresh Upstart" vol 1 (08/1991)
#282 "Uncanny X-Men. Payback" vol 1 (09/1991)
#283 "Uncanny X-Men. Bishop’s Crossing" vol 1 (10/1991)
#284 "Uncanny X-Men. Into the Void" vol 1 (11/1991)
#286 "Uncanny X-Men. Close Call" vol 1 (01/1992)
#288 "Uncanny X-Men. Time and Place" vol 1 (03/1992)
#289 "Uncanny X-Men. Knots" vol 1 (04/1992)
#290 "Uncanny X-Men. Frayed" vol 1 (05/1992)
#291 "Uncanny X-Men. Underbelly" vol 1 (06/1992)

#010 "X-Men. Where Happy Little Bluebirds Fly..." vol 2 (05/1992) fragmenty
#011 "X-Men. The X-Men Vs The X-Men! (Again)" vol 2 (06/1992) fragmenty
#012 "X-Men. Broken Mirrors" vol 2 (07/1992)
#013 "X-Men. Hazardous Territory" vol 2 (08/1992)

napisali: John Byrne, Jim Lee, Whilce Portacio, Scott Lobdell, Fabian Nicieza
narysowali: Whilce Portacio, John Romita Jr., Andy Kubert, Tom Raney, Rurik Tyler, Jim Lee, Art Thibert
polskie wydanie: "Legendy X-Men: Whilce Portacio" (Mucha Comics, 03/2026)
Komiks otrzymałem od wydawcy.