Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mucha Comics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mucha Comics. Pokaż wszystkie posty

"LEGENDY X-MEN. Whilce Portacio"


Gdy pyta Was ktoś o scenarzystów "X-Men" to kogo wymieniacie? Na przykład dla mnie numerem jeden - zapewne ku zerowemu zaskoczeniu tu zebranych - od lat pozostaje Chris Claremont choć zanaczam, że nie jest miłość bezgraniczna. To nie jest tak, że dosłownie każdą historię jego autorstwa wielbię ponad wszystkie inne. Claremontowi zdarzało się pisać nieskładnie, mało zajmująco; zdarzało się nawet, że mieliśmy ciche dni. Czy długo trwały? Nie ale dzięki nim wiem, że X-Men to nie tylko Claremont. Byli również inny, chociażby Jim Lee, John Byrne i Whilce Portacio, ten ostatni także w roli rysownika. Przez długi czas było to dla mnie święta grono artystów odpowiedzialnych za historie o drużynie Charlesa Xaviera.

"Moon Knight: Czerń, biel i krew"


Czytając fenomenalny run pana Jeda MacKaya pomyślałem, że w miarę możliwości będę nadrabiał również inne tytuły biorące na warsztat postać Moon Knighta. Nie żebym był jakimś jego szczególnym fanem ale uważam, że gość na tyle dobrze wygląda, na tyle ciekawie pobudza wyobraźnię czytelników oraz swoimi problemami dostarcza scenarzystom tyle pola do manewru, że warto poznać go bliżej. 

Tym razem padło na czarno-czerwono-białą wersję jego przygód od wydawnictwa Mucha Comics ale od razu zaznaczę, że niniejszy album nie jest zapisem jednej, dłużej historii. Składa się on z dwunastu miniaturek a każda z nich pokazuje tytułowego bohatera trochę z innej strony.

"Czarna Magia. Pierwsza księga cieni"


Zaczyna si
ę obłędnie. Od okultystycznego rytuału w środku lasu, od porywacza, od pani detektyw Rowan Black i zagadkowych Innych chcących spalić wiedźmę. I choć może wydawać się, że pan Greg Rucka nie obiecuje nam zasadniczo niczego świeżego nie jest to prawda. Wątków interesujących jest od groma i jeszcze trochę a to o czym wspomniałem to zaledwie w pierwszy zeszyt serii. Krótkie intro. Świetnie rozrysowane, dobrze kreślące tło wydarzeń oraz zachęcające do bliższego poznania bohaterki. Czy intro obiecuje za wiele?

Na pewno elementem historii rzucającym się w oczy niemalże na starcie jest ciekawy wątek noir, przerobiony na realia dzisiejsze i mocno sfokusowany na codziennej, rutynowejcpracy stróżów prawa, tym razem z Portsmouth. I tutaj Greg Rucka rzeczywiście pokazuje, że nie obce są mu światy policyjnych procedur i że potrafi o nich pisać nie popadając przy tym w przesadę. Patrząc na zachowania detektywów wiemy, że tak to właśnie działa. Jak się zastanowić nie jest to może coś oryginalnego - odprawa policyjna, wulgaryzmy, docinki przy porannej kawie, badania laboratoryjne, pytania z Biura Spraw Wewnętrznych, etc. - ale dla komiksowego lore są to sprawy istotne, więc barwa dla scenarzysty, że ogarnął temat jak należy.

Zresztą, na tym polu Grecg Rucka nigdy nie zawodzi i takiego rzeczowego podejścia do tematu należy od niego oczekiwać przy każdym kryminale, przy którym w stopce pojawia się jego nazwisko, bo to po prostu fachowiec. Wystarczy przypomnieć świetna serię "Gotham Cenral" - pisaną między innymi z Edem Brubackerem - czy chociażby serię "Stumptown", która swojego czasu również została wydana przez Mucha Comics.

"X-Men. Wojna w Asgardzie"


Zawsze jak czytam, że dany komiks prezentuje się lepiej wizualnie niż fabularnie uśmiecham się pod moim lekko siwym wąsem i zawsze w takich chwilach zastanawiam się, co autor miał na myśli pisząc w ten sposób. Rozczarowała go wizja pana scenarzysty i nie chciał urazić go otwarcie? Przerosła go infantylność komiksów lat osiemdziesiątych i bał przyznać się do tego wprost nawet przed samym sobą? Niezależnie od powodów, dla których takie zawoalowane opinie pojawiają się, o niektórych kwestiach trzeba mówić otwarcie, więc mówię: "X-Men. Wojna w Asgardzie" nie jest tytułem dla każdego.

Oczywiście, nie można jednak powiedzieć, że jest to komiks zły czy idiotyczny z uwagi na pojawiąjące się w nim rozwiązania fabularne. Po pierwsze, mówimy o historii superbohaterskiej i o lore X-Men, czyli o rzeczywistości, w której dochodziło chyba do najbardziej absurdalnych akcji w całym uniwersum Marvela i to nie tylko za sprawą pana Chrisa Claremonta. "Wojna w Asgardzie" nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.

Po drugie, zawarte w tym albumie historie to produkt lat osiemdziesiątych a jak ktoś nie pamiętam to przypominam starą prawdę: nie wszystkie historie wówczas pisane można było uznać za dobre. I nie ma co się obrażać, bo takie są fakty. Potwierdzą to zarówno specjaliści od Marvela - pisze o tym chociażby pan Douglas Wolk w swojej książce "Cały ten Marvel. Niesamowita podróż po uniwersum Marvela – epopei 27 tysięcy komiksów" - jak i osoby sięgające w latach dziewięćdziesiątych po zeszytówki od ekipy TM-Semic. Opinie niezbyt przychylne można znaleź teraz, wystarczy wejść na sociale polskiego wydawcy.

"The Spectacular Spider-Man. Formalności pogrzebowe"


Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że z dużym prawdopodobieństwem niniejszy tytuł jest jednym z lepszych - jeżeli nie najlepszym - ze wszystkich albumów poświęconych Pająkowi, jakie dotychczas ukazały się w naszym, polski komiksowie. I nie chodzi o techniczne walory tej cegiełki ani o to jak elegancko prezentuje się na regale. Są to sprawy ważne - kto tak nie myśli niech pierwszy rzuci kamieniem - ale najważniejszym dobrem tego tomiszcza są zebrane w nim historie.

Pod koniec 2021 roku wydawca Mucha Comics zaczął przygodę z serią "Spectacular Spider-Man" i IMO zrobił to w najlepszy z możliwych sposobów. Trafił do starszych fanów Pająka przypominając im tm-semicowy vibe oraz sięgając po historie tak wcześniej drukowane jak i nie, postawił na konkretne eventy z dobrze zarysowanymi antagonistami oraz dostarczył nam Sala Buscemę w dużym formacie.

"Tam było ciało"


"Tam by
ło ciało" to kolejny owoc współpracy Eda Brubakera z Seanem Phillipsem i jego synem, Jacobem. Tym razem jesteśmy w połowie lat osiemdziesiątych a bohaterami momentami iście hitchcockowskiej dramy są zwykli ludzie ze zwykłego, amerykańskiego osiedla.

Znamy to miejsce. Nawet jak nie mieliśmy okazji być w Stanach to wiemy jak wygląda, jak funkcjonuje i z jakimi problemami się mierzy. Są to bliskie nam rejony, bo Brubaker umie oddać rzeczywistość komiksową w sposób przekonywujący. Potrafi prostymi środkami przenieść nas na miejsce wydarzeń tak, że nie odczuwamy jego sztuczności. Nie zawsze udaje mu się wejść w buty literackiego gawędziarza - takiego jak chociażby Stephen King - ale tym razem sprawił się doskonale. Być może dlatego, że "Tam było ciało" nie jest do końca kryminałem do jakiego Brubaker nas przyzwyczaił.

"The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" || #137-#150 "Spectacular Spider-Man" vol 1 (1987-1989)


Przed dwoma tygodniami opowiadałem Wam o Ghost Riderze, dzisiaj czas na Spider-Mana i kilka zdań odnośnie jego starcia z panem każącym siebie nazywać 'Nagrobek'. Zanim jednak konkrety to drobna uwaga ogólna. Może się wydawać - zwłaszcza osobom, którym nie po drodze z takimi historyjkami - że historie z gatunku superhero to wyłącznie sztampowa walka przebierańców oraz fikuśne popisy osób biegających w kolorowych, śmiesznych piżamkach. Walka będąca niczym więcej jak prostym zlepkiem kaskaderskich wygibasów oraz zapisem potyczek słownych - okraszonych czertwymi dowcipami - naszych bohaterów z przerysowanymi megalomanami. Zakładam, że takie podejście do tematu jest podejściem najbardziej rozpowszechnionym i dla mnie jak najbardziej zrozumiałym. Rzeczywiście światy Marvela nie należą do skomplikowanych, choć od czasu do czasu pojawia się historia, która w prosty sposób porusza tematy istotne.


Nie wiem czy jesteście na bieżąco z tym, co aktualnie dzisiej się w Stanach, ale jeżeli tak to na pewno wiecie, że temat imigrant
ów jest tam tematem bardzo gorącym. Zresztą, nie tylko w Stanach jest on na świeczniku. Chodzi generalnie o działalności ICE, czyli Urzędu Celno-Imigracyjnego, która to organizacja od kilkunastu tygodni dość agresywnie podchodzi do swojej misji. Tyle. Nie będę wdawał się w szczegóły; jak ktoś ma ochotę zgłębić - jak i komentować - temat to śmiało, ale proszę to robić poza tym fanpagem. Wspominam o tej akcji jedynie dlatego, że album "Spectacular Spider Man. Tombstone!" na dzień dobry rozpoczyna wątek polowań na imigrantów przez niejakiego Tarantulę. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że choć mów o drugim złoczyńcy noszącym ten pseudonim to on również działa na terenie Stanów z ramienia reżimowego rządu z Ameryki Południowej.

Historia została rozpisana jedynie na dwa zeszyty, więc przesadnie rozbudowana nie jest, ale dostajemy w niej naprawdę ciekawą ekspozycję wspomnianego zagadnienia. Jest kilka kadrów obrazujących nam bezsilność naszych bohaterów wobec działań jednostek administracyjnych, znalazło się także sporo monologów Tarantuli przechwalającego się możliwościami nowego reżimu w likwidowaniu 'zdrajców' narodu. Ku mojemu zaskoczeniu pojawia się również drugi Kapitan Ameryka - John Walkier - tylko pozornie w roli sojusznika pana Tarantuli. Początkowo rzeczywiście wygląda jakby działali ramię w ramię, lecz im dalej tym nasz Kapitan Ameryka bardziej wchodzi w rolę symbolu przypominającego o amerykańskich wartościach czy też raczej ideach zazwyczaj utożsamianych właśnie z tym państwem.

Historia numer dwa - dłuższa i rozbudowana - skupia się na osobie Joego Robertsona, czyli redaktora naczelnego "Daily Bugle". Choć zabrakło dla niego miejsca na okładce albumu to bez wątpienia jest on gwiazdą opowieści, w której pojawia się Tombstone. Cyngiel Fiska, prawdziwa szycha wśród morderców na zlecenie - dla mnie postać mocno kojarzącą się z gangsterami z filmów noir - to zaledwie dodatek. Źródło całego zamieszania, ale nie obiekt mogący nas dłużej interesować. Jego finałowa walka z Spider-Manem wypada nijako, jego chłodna postawa i groźne miny zwyczajnie śmieszą. Jego relacja z panem Robertsonem jest dziwna, choć sam wątek z redaktorem "Daily Bugle" jest interesujący - i obecny również w późniejszych zeszytach - choć z innego powodu, niż początkowo zakładałem. Gerry Conway, choć oczywiście musiał zapewniać odpowiednią dawkę superbohaterskiej papki to starał się ją należycie urozmaicać. Czasami były to bardziej poważne tematy - jak chociażby wspomniany wątek z imigrantami - czasami luźniejsze, do których wypada zaliczyć uwagi dotyczące życia redakcyjnego gazety Johna Jonaha Jamesona. Nie ma ich wiele, ale jako wtręty między wierszami głównej historii sprawdzają się znakomicie.

Oczywiście albumy takie jak "The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" to nieustanny rollercoaster. Historie wciągające no stop przeplatają się z mniej angażującymi, arcywrogowie nagle ustępują miejsca zawodnikom z drugiej a niekiedy nawet z trzeciej ligi. Dla przykładu. Konfrontacja Spider-Mana z Boomerangiem wypada blado i byłaby mało strawna, gdyby nie wątek gwiazdora Parkera, który promuje album o alterego. Jasne, Gerry Conway nadal nie pokazuje nam niczego spektakularnego, ale wątek Petera celebryty jako dodatek sprawdza się dużo lepiej niż motyw główny, gdzie mamy opowieść speuntowaną słowami: "Wiesz, co czyni prawdziwego zwycięzcę? Stawianie czoła wyzwaniu, gdy wszystko jest przeciwko tobie... Gdy głowa chce odpuścić, a serce - walczyć".

Warto także podkreślić, że niniejszy album nie jest tworem oderwanym od innych historii ze świata Spider-Mana. Szczególnie ostatnie zeszyty - będące częścią eventu "Inferno" - dają nam jasno do zrozumienia, że niezależnie od tego, gdzie i czym aktualnie zajmuje się tytułowy bohater jego działania, opisane chociażby w serii "Spectacular Spider-Man", są mocno powiązane z wydarzeniami z innych zeszytów. Wiem i rozumiem jak działa Marvel i jak fajnie wychodzi im budowanie jednej, wielkiej rzeczywistości, ale i tak za każdym razem przecieram oczy z zachwytu, gdy dociera do mnie ogrom tej pajęczej sieci wydarzeń. Dla takich nerdów jak ja taka wielowątkowa bajka jest bardzo atrakcyjna.

"The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" nie jest albumem bez wad. Od strony wizualnej to dziecko swoich czasów, kiedy to królowała prostota a tło nie miało większego znaczenia. Dla czytelnika najważniejszy był bohater, na nim się koncentrował, więc i jemu rysownicy - chociażby rządzącym w tym albumie Sal Buscema - poświęcali najwięcej uwagi. Jak wymagała tego historia to drobiazgowe tło pojawiało się, ale najczęściej rezygnowano ze zbyt dużej liczby szczegółów. Czy to źle czy nie pozostawiam Waszej ocenie. Osobiście uważam, że komiksy superbohaterskie - w tym prawdopodobnie najlepsza superbohaterska seria komiksowa we wszechświecie, czyli "Invincible" - mają prawo korzystać z pewnych uproszczeń. Tak fabularnych, jak i rysunkowych.

------------------------------
#137 "Spectacular Spider-Man. Nowhere to Run, Nowhere to Hide!" vol 1 (12/1987)
#140 "Spectacular Spider-Man. Kill Zone" vol 1 (03/1988)
#142 "Spectacular Spider-Man. Will!" vol 1 (05/1988)
#150 "Spectacular Spider-Man. Guilty!" vol 1 (01/1989)

#008 "Spectacular Spider-Man Annual" vol 1 (07/1988)

napisał: Gerry Conway
narysowali: Sal Buscema, Mark Bagley
pokolorował: Bob Sharen
polskie wydanie: "The Spectacular Spider-Man. Tombstone!" [Mucha Comics, 06/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Incognito" (2008-2009) / "Incognito. Szemrane podszepty" (2011) || Ed Brubaker, Sean Phillips


Ed Brubaker przyzwyczaił nas do bohaterów będących kimś więcej, niż tylko zbiorem przypadkowych cech. Przeważnie nie są to tekturowe wydmuszki swoją nienaturalnością nijak nie wpasowujące się w nasz świat. Zazwyczaj są to postacie z krwi i kości. Osoby mogące uchodzić nawet - a przynajmniej do pewnego stopnia - za odbicie nas samych. Ich postawa może być naszą postawą, ich myśli naszymi myślami. Zazwyczaj są to osoby, których motywacja nie jest nam zupełnie obca. Czytając "Incognito" oraz "Incognito. Szemrane podszeptytowarzyszyło mi dziwne uczucie, że tym razem jest inaczej. Jakby czegoś zabrakło. Czegoś konkretnego?

Jak możemy przeczytać we wstępie pomysł na "Incognito" narodził się po części z mocnej chęci eksperymentowania. Ed Brubaker chciał stworzyć postać mającą odstawać od bardziej sztampowych bohaterów posiadających moc, postać mogącą mieć zupełnie inne spojrzenie - inne w odniesieniu do tradycyjnych bohaterów - na świat i ludzi. Spojrzenie, które w najdrobniejszym stopniu nie przystoi herosom. Czy mu się udało? Zack Bombast jest dupkiem. Gnojkiem zadufanym w sobie do tego stopnia, że nawet nie udaje. Ma wywalone. Jest szowinistą i to z gatunku tych nieznających umiaru. W dodatku to facet mogący wiele; jeden z tych, którzy za sprawą pewnych eksperymentów dostali 'coś', co stawia ich ponad zwykłych ludzi. Oczywiście w ich mniemaniu. Jeżeli tak na niego spojrzeć to Brubakerowi się udało a Zack Bombast skutecznie dołączył do panteonu bohaterów dość nietypowych.

Widzieliśmy już takich 'bohaterów'. Dobrze się rozejrzeć i można wymienić naprawdę wielu gości, którzy wykorzystywali swoje atuty do tego, aby mówiąc wprost: wyżyć się. Ulżyć rosnącej frustracji, odzyskać młodość, poczuć się bezkarnie, etc. Tym razem Brubaker nie wymyśla koła na nowo. Próbuje je upiększyć - bohater "Incognito" komentujący otaczający go świat chwilami zachowuje się jak i inni wykolejeńcy Eda Brubakera - ale przez nadnaturalną otoczkę całej historii wychodzi to momentami nieporadnie oraz dziwnie. Tak jakby autor przeszarżował oraz zapomniał, że pisząc historie niewskazane jest puszczanie się peronu. Zwłaszcza, że jak podejrzewam większość czytelników sięga po komiksy Brubakera wierząc w naturalność jego historii.

Z drugiej strony, jak ktoś nie ma problemu z historiami będącymi nadnaturalną wersją serii "Criminal" to powinien całkiem dobrze ocenić ten album. Tłu wydarzeń najbliżej jest właśnie to wspomnianej serii, choć rzeczywistość z "Incognito" jest, delikatnie mówiąc, wyjęta bardziej z fantazyjnych klimatów amerykańskich komiksów z pierwszej połowy XX wieku. Jak ktoś lubi etykietki to mógłby "Incognito" nazwać pulpą sensacyjno-przygodową z elementami superhero - oraz oczywiście z wątkami noir - ale tylko pod warunkiem, że pulpę rozumie jako konkretną konwencję a nie produkt wyjątkowo złej jakości. To nie jest zły komiks. Cechuje go duża prostota a naszych bohaterów ciężko nazwać skomplikowanymi, ale i tak można znaleźć w nim coś dla siebie. Zwłaszcza jak ktoś kocha takie retro, pulpowe opowieści.

Co dostajemy w "Incognito"? Na pierwszy plan wysuwa się historia wspomnianego Zacka Bombasta, tj. faceta, który wspólnie z bratem należał przed laty do terrorystycznej organizacji Czarna Śmierć. Piszę 'przed laty', bo obecnie to przeszłość. Nijak nie chwalebna, ale jednak przeszłość. Kiedy startuje historia Bombast przebywa w cywilu; ma pracę, ma znajomych, ma okazję aby od czasu do czasu iść do baru, etc. Gdyby nie fakt, że jest objęty programem ochrony świadków i gdyby nie jego dawni kompani z Czarnej Śmierci można by uznać, że prowadzi w miarę normalne życie. Niestety, spokój to komfort, na który go nie stać.

"Incognito" to bardzo dziwny Brubaker. Możliwe, że ci czytelnicy, którzy znają autora głównie od strony superbohaterskiej będą zachwyceni. W końcu Bombast ma w sobie coś - nawet, jeżeli na początku tego nie widać - z herosa. Może takiego, któremu bliżej do bohaterów Alana Moore'a niż do Supermana, ale zawsze. Co do odczuć osób ceniących Brubakera za jego historie osadzone w naszej rzeczywistości to tutaj mam większe obawy. Nie twierdzę, że im się nie spodoba. Po prostu mogą mieć kłopot z odnalezieniem się w świecie Zacka Bombasta.

------------------------------
#001-#006 "Incognito" (12/2008-09/2009)
#001-#005 "Incognito. Bad Influences" (10/2010-04/2011)
napisał: Ed Brubaker
narysował: Sean Phillips
pokolorował: Val Staples
polskie wydanie: "Incognito", "Incognito. Szemrane podszepty" [Mucha Comics, 12/2024]
Komiks otrzymałem od wydawcy.


"Ghost Rider. Świt synów nocy" (1991-1993)


Od czego zacząć pisząc o takim albumie? Od przypomnienia w jakich czasach powstawały zebrane w nim historie? Od zwizualizowania czytelnikowi celów stawianych scenarzystom takich komiksowych serii? Celów stawianych tak dzisiejszym autorom, jak i tym z lat chociażby dziewięćdziesiątych. Czy może po prostu rozpocząć od jasnego zasugerowania czytelnikom, że chcąc przejść przez ten tytuł bezboleśnie oraz czerpać z niego czytelniczą radochę muszą wrzucić na luz i płynąć razem z fabułą bez oglądania się za siebie? Zapewne istnieje jakiś genialny, złoty - a może piekielny? - środek, reklama na tyle skuteczna, że wcześniejsze zastrzeżenia są spychane na plan dalszy, ale prawda jest taka że nie każdemu będzie po drodze z takimi albumami jak "Ghost Rider. Świt synów nocy".

Nie ma co się obrażać. Nie każdy biegał do kiosków Ruchu sprawdzając, czy jest nowy zeszyt "Spider-Mana" oraz nie każdy oglądał serial o facecie gadającym z samochodem. Jak to się mówi? Świat poszedł naprzód a wraz z nim oczekiwania względem historyjek pisanych w rytmie superhero. Ba! Zazwyczaj sam narzekam na scenarzystów przekładających sztampowe akrobacje bohaterów nad fabularną oryginalność czy jej sensowność, choć przyznaję częściej robię to w odniesieniu do tytułów wydawanych współcześnie. Wymagam od nich więcej w myśl zasady, że komiks superbohaterski nie może stać w miejscu. Musi ewoluować oraz skupiać się nie tylko na dostarczaniu czystej rozrywki, ale również na czymś więcej. Co do stricte starszych tytułów to powiedzmy, że są objęte swego rodzaju taryfą ulgową. 


Jak wygląda sprawa z "Ghost Riderem" Howarda Mackiego? Czego wymagam od tego typu opowieści? Najprościej i najbezpieczeniej byłoby napisać, że są to historie pisane zgodnie z oczekiwaniami fanów tego bohatera. Howard Mackie poważną karierę scenarzysty komiksowego rozpoczął właśnie od serii "Ghost Rider" a wchodząc do uniwersum Marvel Comics otrzymał jedno zadanie: skutecznie reanimować bohatera, który zszedł z głównej sceny w połowie 1983 roku. Ostatecznie nowe otwarcie nastąpiło w połowie 1990 roku, kiedy to spacerującego po Cypress Hills Cemetery - ciekawostka: Howard Mackie dorastał właśnie w tej nowojorskiej dzielnicy - Danny’ego Ketcha dosięgło jego przeznaczenie. Został on nowym duchem zemsty przemierzającym Brooklyn na płonącym motorze, wygłaszającym kazania mające wbudzać strach w sercach tych, którzy krzywdzą niewinnych, bohaterem w skórze nabijanej ćwiekami, wokół której śmigają imponujące łańcuchy. Czy zyskał on przychylność czytelników?


Biorąc pod uwagę, że seria przetrwała osiem lat - ostatni zeszyt ukazał się w styczniu 1998 roku - należy chyba uznać, że fanom Marvela brakowało Ghost Ridera. Może, gdyby tego typu historie powstawały dzisiaj nie zyskałyby, aż takiego uznania, ale na początku lat dziewięćdziesiątych były idealnym przykładem dobrej, komiksowej rozrywki. Czytelnik mógł w nich znaleźć dosłownie wszystko. Od zaskakująco brutalnych historii - weźmy chociażby "Death Drive" - po historie odrobinę spokojniejsze. Od kadrów kipiących akcją, po plansze będące prawdziwymi dziełami sztuki. Od scen bardzo poważnych - w "Steel Vengeance" pojawia się wątek przemocy domowej - po sceny bawiące się motywami mocno infantylnymi czy wręcz absurdalnymi. Każdy mógł znaleźć w tych zeszytach coś dla siebie.

Nie zawsze za spektakularnymi rysunkami - w tym albumie odnajdujemy prace między innymi Rona Wagnera czy Andy'ego Kuberta - szła spektakularna fabuła, ale i tak w większości przypadków była wystarczająco satysfakcjonująca. Co z tego, że była sztampowa i przewidywalna? Co z tego, że sporą część większości pojedynczych zeszytów zajmowała postać Ghost Ridera prezentującego się niczym model na wybiegu? Ghost Rider Howarda Mackiego dostarczał czytelniczego fanu. Tego od niego oczekiwano.


Jak taka stricte rozrywkowa formuła sprawdza się dzisiaj? Dla osób, których ominęła epoka zeszytówek od wydawnictwa TM-Semic może to być dobra okazja, aby zobaczyć jak wyglądały takie herosowe opowieści sprzed ponad trzydziestu lat. Nie twierdzę, że będą one na tyle atrakcyjne, że owe osoby z miejsca zostaną fanami ramotek superhero, ale na pewno będzie to dla nich ciekawe doświadczenie. Nie wykluczam i takiej opcji, że po lekturze albumu "Ghost Rider. Świt synów nocy" każdy zapała miłością do tych wyjątkowych, czesto zabawnych i - nie może być inaczej! - przerysowanych historii. Jak nie do przygód piekielnego Ghost Ridera to może innego bohatera, które w równie spektakularny sposób tłucze niegodziwców.


Z drugiej strony osoby wychowane na takich zeszytówkach, ale i jednocześnie majace takie historie już przepracowane mogą poczuć lekki dyskomfort. Część z nich pewnie poczuje coś na kształt nostalgii - mniejszej lub większej - ale podejrzewam, że i znajdzie się jakiś procent czytelników, którzy postanowią na Ghost Riderze krzyżyk. Może uznają, że szkoda czasu na takie 'pierdoły'? Może dojdą do wniosku, że choć album wizualnie wyglada dobrze to jednak zawarta w nim treść już tak do nich nie przemawia, jak kilkanaście lat temu?

Naprawdę trudno jest precyzyjnie określić grupę docelową takich retro tomiszczy. Mucha Comics sukcesywnie serwuje nam tego typu albumu, więc zainteresowanie nimi musi być wystarczające, aby taki biznes się kalkulował. Osobiście cieszę się i myślę - odnoszcząc się do własnych odczuć z lektury - że najwięcej czytniczej frajdy z "Ghost Ridera" będzie miało po prostu starsze pokolenie fanów Marvel Comics. Oni dostaną rozrywkową bombę. Poczują drobne ukłucie tmsemicowej nostalgii, przypomną sobie dawną frajdę z lektury takich historyjek, pewnie też raz czy dwa razy z uznaniem pokiwają głową widząc prace pana Rona Wagnera. Znajdą coś dla siebie. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi?

PS. W historii "Death Duel" zabrakło czterech oryginalnych stron. Nie znam szczegółów tej sprawy i nie znam przyczyn, dla których tych czterech stron zabrakło, więc nie będę się w tej sprawie wypowiadał.

------------------------------
#021 "Bad To The Bone!" vol 3 (11/1991)
#022 "Death's Eyes" vol 3 (12/1991)
#023 "Death Drive" vol 3 (01/1992)
#024 "Death Duel" vol 3 (02/1992)
#025 "You Can't Go Home Again" vol 3 (03/1992)
#028 "Rise Of The Midnight Sons. Visions" vol 3 (06/1992)


#001 "Morbius: The Living Vampire" vol 1 (07/1992)
#001 "Nightstalkers" vol 1 (09/1992)

#095 "Web of Spider-Man. Storm Shadows" vol 1 (10/1992)
#001 "Midnight Sons Unlimited. Eyes of the Beholder" vol 1 (02/1993) fragmenty

napisali: Howard Mackie, Len Kaminski, Christian Cooper, Dan G. Chichester, Josef Rubinstein
narysowali: Ron Wagner, Mark Texeira, Andy Kubert, Richard Case, Ron Garney, Alex Saviuk, Josef Rubinstein, Dan Panosian
pokolorowali: Gregory Wright, Glynis Oliver, Tom Palmer, Bob Sharen, Renee Witterstaetter
polskie wydanie: "Ghost Rider. Świt synów nocy" [Mucha Comics, 06/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.



"Gideon Falls. Czarna stodoła" || #001-#006 "Gideon Falls" (2018)


Tom pierwszy. Zaczyna się dobrze. Na tyle intrygująco, że na starcie nie jestem pewien czego oczekiwać. I to był naprawdę dobry znak. Od jakiegoś czasu rozglądałem się właśnie za historią z takim otwarciem. Dziwnym, wielce niejednoznacznym, nie pozwalającym precyzyjnie określić, w którą będzie zmierzać.

"Gideon Falls. Czarna stodoła"

Bohaterowie intrygują. Nie mają w sobie nic z mainstreamowych wydmuszek, nie bije od nich tandetą, nie zachowują się jak marionetki. I pochodzą z naszego świata.

Zresztą, na pewno mieliście okazję spotkać takie osoby. Kogoś z wielkim zaangażowaniem grzebiącego w śmieciach, kogoś wyglądającego jakby szukał w owych resztkach czegoś wielce istotnego i oczywiście tym czymś nie byłaby kolejna aluminiowa puszka. Wierzę także, że słyszeliście o duchownych mających problemy, konkretnie problemy z alkoholem. O duszpasterzach, którzy z powodu swojego nałogu bardzo często przenoszą się - albo są przenoszeni - z miejsca na miejsce.W "Czarnej stodole" właśnie takich bohaterów mamy za przewodników. Zwykłych ludzi, których przyciąga Gideon Falls.


Miejsce, gdzie od lat dochodzi do strasznych zbrodni a wszystko rzekomo przez Czarną Stodołę. Czym ona jest? Jak zawsze w takich przypadkach zdania są podzielone. Co chyba również zrozumiałe, nie każdy wierzy w jej istnienie. Dla jednych jest ona kolejną legendą. Miejską bajeczką rozsiewaną przez wariatów, schizofreników, etc. Czymś, czym można usprawiedliwiać tragedie dotykające Gideon Falls. Dla innych jest esencją czystego zła. Tego największego. Tego, które promieniuje na wszystkich dookoła oraz powoduje, że pewne osoby robią pewne rzeczy. Złe rzeczy.


Jeff Lemire umie w tajemnice a pan Andrea Sorrentino umie w rysunki podkręcające nastrój niepewności. Tym bowiem wygrywana jest fabuła. Od pierwszych plansz, od pierwszych kadrów czujemy, że dojdzie do czegoś strasznego. Nie wiemy do czego konkretnie, ale czujemy, że coś wisi w powietrzu. Ta aura, to przekonanie towarzyszy nam nieustanne, aż do ostatnich stron tomu. Coś niesamowitego.

------------------------------
#001 "1.01 - The Speed of Pain" [03/2018]
#002 "All the Little Sinners Say Hallelujah!" [04/2018]
#003 "The Faller of Trees" [05/2018]
#004 "Twin Shadows" [06/2018]
#005 "We Are All Just Soft Instruments" [07/2018]
#006 "The Faller of Trees" [08/2018]
napisał: Jeff Lemire
narysował: Andrea Sorrentino
pokolorował: Dave Stewart
polskie wydanie: "Gideon Falls. Czarna stodoła" [Mucha Comics, 07/2019]


[2004-2005] "Wolverine. Wróg publiczny"


Mark Millar to jeden z tych scenarzystów, do których mam zaufanie. Nie zawsze jego prace ostatecznie spełniają moje oczekiwania ale mimo wszystko, mimo drobnych potknięć na drodze naszej komiksowej znajomości, mam sporo dobrych wspomnień związanych z tym panem. Chociażby bardzo miło wspominam album "Wolverine. Staruszek Logan" czy jego run w "Authority". Jeżeli nie czytaliście tych historii to koniecznie znajdźcie dla nich czas. Podobnie jak polecam Waszej uwadze album - wydany przez Mucha Comics pod koniec 2022 roku - o którym dzisiaj Wam po krótce opowiem. W mojej ocenie jest to jedna z lepszych historii o Rosomaku. Ze świetną kreską i scenariuszem mającym wiele do zaoferowania.

Fabularnie komiks można chyba określić hasłem - jeżeli ktoś lubi etykiety - 'history for fun'. Pan Mark Millar ani przez moment nie odpuszcza, nie przestaje mieszać i wyciągać króliki ze scenariuszowego kapelusza przez co dwanaście zeszytów tytułowej historii dostarcza czystej, marvelowskiej rozrywki. Momentami ocierającej się o przesadę. Jakby się uprzeć to rzeczywiście jest to największy minus tej historii, której wątki zaskakują ale w taki mocno iracjonalny - nawet jak na standardy komiksu superhero - sposób. Rozwiązania kolejnych problemów objawiają się bardzo często na zasadzie deus ex machina ale w chwili, kiedy zaczęło mi to gdzieś zgrzytać zaraz przypomniałem sobie w jakim uniwersum się poruszam. Zakładam, że jakby Millar odpalił wrotki i wyłączył wszystkie zdroworozsądkowe hamulce to w jednym z zeszytów dostalibyśmy Hydrę współpracującą z powiedzmy Skrullami. Na szczęście tak się nie stało a cała fabuła jest dość przyziemna choć także w niej - tak jak wspomniałem - dostajemy fajerwerki.


Jeżeli chodzi o scenariusz to Mark Millar serwuje opowieść z jednej strony o dobrze znanym nam schemacie - bardzo Źli ludzie chcą zagrosić aktualnemu, społeczno-gospodarczemu porządkowi na świecie a ci Dobrzy muszą im przeszkodzić - z drugiej opowieść zaskakującą, gdyż do drużyny tych Dobrych dołącza sporo bohaterów. Jak łatwo zgadnąć jednym z nich jest Wolverine, który z dnia na dzień staje się wrogiem publicznym numer jeden i to wrogiem działającym bardzo skutecznie, co także powinno być dla wszystkich oczywiste. W końcu mowa o Loganie, maszynie do zabijania - ten aspekt został w komiksie w mistrzowski sposób uwypuklony - mutancie umiejącym zasiać strach w sercach nawet największych herosów. Nie będę w tym miejscu wdawał się w szczegóły i zdradzał w jaki sposób S.H.I.E.L.D. i spółka poradzą sobie z aktualnym kryzysem ale poradzą. Tyle mogę wam powiedzieć 😉

Pomijając zaś pewne fabularne absurdy muszę przyznać, że pan Millar w ramach tej historii postawił bohaterów w bardzo nieciekawym położeniu. I nie mówię tutaj o problemach jakie rodzą się w wyniku koalicji Hydry, Dłoni oraz sekty Świątynia Białego Światła. Chodzi mi kwestie pojedynków między samymi bohaterami. Prawnie mózgu zafundowane niektórym z nich przez Hydrę diametralnie zmienia układ sił i w zrozumiały sposób rodzi pytania natury społecznej. Dotychczasowi przyjaciele występują przeciwko sobie i to często jednostki, które nie mogą - z oczywistych względów - zniknąć z planszy marvelowskiego świata. W trakcie lektury kilka razy zastanawiałem się czy przy tak poważnym kryzysie niosącym ze sobą bardzo realne zagrożenie dla ludzkości Nick Fury nie powinien zachować się bardziej stanowczo ale znowu... Zanim doszło do katastrofy zadziałała magia komiksu. Trochę szkoda, że dostaliśmy zakończenie w mocno trykociarskim stylu. Po cichu liczyłem na bardziej... dorosły komiks ale nie narzekam. Chciałbym tylko aby kiedyś jakaś dobra artystyczna dusza przepisała tą historię na nowo i zaprezentowała ją w bardziej relanych barwach.

____________________
#020-025 "Wolverine. Enemy of the State" vol 3 [12/2004-04/2005]
#026-031 "Wolverine. Agent of S.H.I.E.L.D." vol 3 [05-10/2005]
#032 "Wolverine. Prisoner Number Zero" vol 3 [11/2005]
Tytuł polski: "Wolverine. Wróg publiczny"
Scenarzysta: Mark Millar
Rysunki: John Romita Jr., Kaare Andrews
Tusz: Klaus Janson, Kaare Andrews
Kolory: Paul Mounts, José Villarrubia
Tłumacz: Tomasz Sidorkiewicz
Seria: Wolverine
Format: 180x275 mm
Liczba stron: 352
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788366589964
Data wydania: 2 grudzień 2022
Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Wolverine od dawna zaliczany jest do grona najgroźniejszych członków X-Men, a teraz ta niepowstrzymana żywa broń stanęła po stronie zła! Pokonany przez Gorgona i poddany praniu mózgu przez Hydrę i Dłoń, Wolverine stał się agentem bezwzględnego klanu ninja! Jego dawni przyjaciele i koledzy z drużyny zapłacą wysoką cenę, aby go powstrzymać i odzyskać starego druha. Czy jednak Logan odzyska zmysły na czas, aby zapobiec orgii przemocy i zemścić się na swoich oprawcach? Przygotujcie się na śmierć i zniszczenie, które mogą zapewnić tylko mistrzowie komiksu pokroju Marka Millara i Johna Romity Juniora. Dodatkowo w tomie znajdziecie niesamowitą opowieść z czasów II wojny światowej, dedykowaną pamięci Willa Eisnera.


[1994-1995] "X-men: Era Apocalypse'a. Wojna"


"Era Apocalypse'a" księga trzecia. Chciałbym napisać z tej okazji coś odkrywczego ale na moje czytelnicze oko dostajemy dokładnie to samo co w tomie wcześniejszym. W dalszym ciągu różni autorzy rozwijają różne wątki i powoli szykują nas na wielką komiksową koniunkcję w albumie finałowym. Osobiście nie mam nic przeciwko dzieleniu tej historii na drobne ale kilkakrotnie spotkałem się z opinią, że w pewnym momencie ów event poszedł w złą stronę. Podejrzewam, że gdyby fabuła została bardziej skondensowana to i historia wypadałoby ciekawiej. A tak… niby wszystko gra ale tak nie do końca.

Mam wrażenie, że zgrzyty pojawiają się gdy bohaterami opowieści zostają drugoligowcy ale tutaj możemy w sumie dostać tyle opinii ilu jest czytelników. Każdy ma swoich faworytów i standardowo każda z historii - dodajmy: jeden tytuł to jeden wątek eventu - będzie miała tak zwolenników jak i wrogów. Elementem spajającym fabułę poszczególnych zeszytów jest oczywiście walka z tytułowym bossem. To jego działania, jego wizja - selekcja jednostek, próba wyłowienia tych najwartościowszych - napędzają i jednych i drugich do wysiłku. To co jest pewnym novum to przechodzenie dotychczasowych zwolenników Apocalypse'a na stronę homo sapiens czy też mutantów, którzy zachowali trzeźwy osąd rzeczywistości. Nie mamy tych przypadków wiele ale widać, że bezsensowność działań En Sabah Nura dociera do coraz większego grona mutantów.


Jeżeli zaś chodzi o fabularne szczegóły to w trzecim tomie "Ery Apocalypse'a" można wyróżnić pięć podstawowych wątków. W mojej ocenie z nich wszystkich najciekawiej prezentuje się wątek Nathaniela Grey'a, czyli młodego i potężnego telepaty, którego lęka się sam Apocalypse. Wygląda na to, że to właśnie na niego wskazali twórcy eventu jako tego, który położy kres trwającej rzezi. Czy jednak tak faktycznie będzie? Zastanawiam się. Możliwe, że problem o nazwie 'Nate' to tylko zasłona dymna a całe zło zakończy się wraz z naprawieniem linii czasu przez drużyny powiązane z Magneto. Mówię tutaj o wątku skupionym wokół llyany Rasputin oraz wątku będącym relacją z kosmicznej przygody Gambita, którego ekipa w dalszym ciągu próbuje zdobyć kawałek kryształu M'Kraan. Choć oba pojawiają się na sam koniec albumu to jednak najbardziej posuwają historię do przodu i dzięki nim w końcu opowieść zaczyna nabierać wiatru w żagle.

Całą historię uzupełniają wątki obrazujące walkę bohaterów z tyranią popleczników Apocalypse'a. Pozornie mogą one wydawać się nijakie i bez większego znaczenia ale tak nie jest. Cały ten event to obraz zmagań uciśnionych z ich oprawcami. Obraz walki na różnych frontach, walki prowadzonej przez różnych bohaterów. Logan, Magneto, Jean Grey, Quicksilver, Rogue, Nightcrawler, etc. Oni wszyscy występują na kartach tego eventu jako Ci wykonujący być może zadania najtrudniejsze. Do nich bowiem należy ochrona ludzi przed tymi, którzy dążą do rasowej eksterminacji jednostek słabych, nieprzydatnych. Pamiętacie jak przy omawianiu wcześniejszych albumów serii przyrównałem rządy Apocalypse'a to rządów autorytarnych, nazistowskich? Podtrzymuję swoje zdanie na ten temat. Pod tym względem event zyskuje w oczach bardzo mocno. Być może chwilami historia wydaje się trywialna ale jak się uważniej przyjrzeć widać, że wspaniały świat En Sabah Nura niewiele różni się od wizji świata pewnych polityków z lat czterdziestych.


_______________________
#002 "X-Man. Choosing Sides" vol 1 [04/1995]
#003 "X-Calibre. Body Heat" vol 1 [05/1995]
#003 "Factor X. Open Wounds" vol 1 [05/1995]
#003 "Astonishing X-Men. In Excess" vol 1 [05/1995]
#003 "Amazing X-Men. Parents of the Atom" vol 1 [05/1005]
#003 "X-Man. Turning Point" vol 1 [05/1995]
#003 "Weapon X. The Common Right of Toads and Men" vol 1 [05/1995]
#003 "Generation Next. It Only Hurts When I Sing" vol 1 [05/1995]
#003 "Gambit and the X-Ternals. To the Limits of Infinity" vol 1 [05/1995]

Tytuł polski: "Era Apocalypse'a. Księga trzecia: Wojna"
Scenarzyści: Jeph Loeb, Warren Ellis, John Francis Moore, Scott Lobdell, Fabian Nicieza, Larry Hama, 
Rysunki: Steve Skroce, Ken Lashley, Steve Epting, Terry Dodson, Joe Madureira, Andy Kubert, Adam Kubert, Chris Bachalo, Salvador Larroca
Tusz: Kevin Conrad, Scott Hanna, Bud LaRosa, Mike Sellers, Phil Moy, Tom Wegrzyn, Al Milgrom, Tim Townsend, Matt Ryan, Dan Green, Mark Buckingham
Kolory: Mike Thomas, Joe Rosas, Glynis Oliver, Steve Buccellato, Kevin Somers, Marie Javins, Matt Webb
Tłumacz: Arek Wróblewski
Seria: X-men: Era Apocalypse'a
Format: 180x275 mm
Liczba stron: 230
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788366589551
Data wydania: 5 październik 2021
Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
Profesor X nie żyje! Alternatywny świat, który powstał w następstwie tej tragedii, jest mroczną dystopią rządzoną przez wiecznego Apocalypse’a i jego akolitów. Liczy się w nim jedynie przetrwanie najsilniejszych mutantów, ludzkość zaś skazana jest na wyginięcie. X-Men nie zamierzają się jednak poddać. Ich przywódca – Magneto – wierzy, że uda mu się przywrócić pierwotną rzeczywistość, jeśli tylko członkowie drużyny zgromadzą wszystkie elementy jego szalonego planu... nawet kosztem ich własnego życia! Co więcej, kiedy w szeregach Apocalypse’a pojawia się zdrajca, wydaje się, że X-Men zyskali przewagę, o której wcześniej nie śnili. Lecz nawet sukces, jakim okazał się wielki przerzut niedobitków ludzkości z Ameryki do Europy, w mgnieniu oka staje się odległym wspomnieniem, gdy szalony despota postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przypuścić niszczący atak na bazę buntowniczych mutantów.


[2022] "Reckless. Duch w tobie"


Jedna ze słuchaczek podcastu Retro komiks ostatnio zapytała: 'Ty to chyba lubisz historie o duchach?'. Odpowiadam: tak, lubię historie o duchach. Ostatnio czytam ich mniej ale dawniej bywały dni, których poziom fajności zależał od tego czy w danym dniu udało mi się zapoznać z nową historią spod znaku ghost story. Tak więc nie dziwcie się, że po przeczytaniu zaledwie jednej czwartej albumu "Duch w tobie" widziałem, że jest to opowieść uszyta specjalnie dla mnie. Operująca motywami bardzo mi - czytelnikowi nie tylko komiksów ale również książek o zjawiskach nadprzyrodzonych - bliskimi od wielu lat. Motywami, których często szukam wybierając lektury. Tyle tytułem tego sentymentalnego wstępu, czas na konkrety.

"Duch w Tobie" to czwarta odsłona serii, w której fanatycy starego kina oraz eksperci od spraw skomplikowanych próbują zmieniać świat na lepsze. Co zrozumiałe, nie zawsze ich próby kończą się satysfakcjonująco ale kolejne wyzwania podejmują bez marudzenia, za każdym razem starając się pomóc zleceniodawcom. Tak jest i w tym przypadku. W październiku 1989 roku detektywistyczna sława właścicieli kina El Ricardo przyciąga dawną królową filmów klasy B, która twierdzi, że jej nowo pozyskaną posiadłość nękają duchy. Dla Anny, dla której jak się szybko okazuje świat nadprzyrodzony nie jest obcy, sprawa z miejsca wydaje się bardzo pociągająca. Zwłaszcza, że rzekomo nawiedzony dom to owiana złą sławą rezydencja Lamourów a kobietą mającą problem jest dawna, filmowa ulubienica Anny, niejaka Lorna Valentine.

Konstrukcyjnie albumowi niczego nie brakuje oraz bardzo mu blisko do poprzednich tytułów serii. Na 'dzień dobry' dostajemy krótkie nakreślenie problemu wraz z konkretną, prezentacją osoby zgłaszającej ów problem. Pan Ed Brubaker jak zawsze uatrakcyjnia historię przebitkami z przeszłości - ponieważ to Anna Keller gra w tej historii pierwsze skrzypce to narrator koncentruje się właśnie na niej - oraz pamięta, aby obok głównego wątku znalazło się miejsce również dla wątku pobocznego. W przypadku tego tomu dostajemy zatem wspomnianą sprawę nawiedzonego domu oraz obraz trudnych relacji łączących Annę z jej dawno niewidzianą matką; kobietą mającą nieszczęście spotykać niewłaściwych facetów.


Dla mnie dodatkowym atutem tego albumu jest oczywiście motyw przewodni czyli sprawa nawiedzonego domu. Każdy kto czytał powiedzmy "Piekielny dom" pana Richarda Mathesona albo oglądał serial "Czerwona Róża" dostrzeże tutaj wkręty typowe dla opowieści o duchach. Mamy szczęśliwe małżeństwo aktorów i tragedię której doświadczają - Ed Brubaker w tym miejscu ponownie rzuca w nas informacją o tuszującym wszystko oraz bezdusznym świecie Hollywoodu - mamy chirurga popełniającego okrutną zbrodnię a także złe zakonnice zamykające w klatkach swoje podopieczne. Jak się zastanowić są to zgrane motywy ale dobrze podane i będące jedynie punktem wyjścia do pokazania tego jak radzi się detektyw Anna. Przypominam: to ona spija całą śmietankę tego albumu, zarówno tą dobrą jak i tą złą.

"Duch w tobie"  to ciekawa historia będąca dobrym rozdziałem z działalności Ethana Recklessa i Anny Keller. To, że głównego bohatera dostajemy tutaj jak na lekarstwo uważam za dobre zagranie. Mamy szansę poznania świata z perspektywy osoby, która do tej pory zawsze stała gdzieś z boku. Teraz wywodzi z cienia i prezentuje się bardzo atrakcyjnie, nie tylko z uwagi na przyciągającą wzrok fryzurę. Sama historia mogłaby być może i odrobinę bardziej skomplikowana ale z drugiej strony w tego typu kryminałach ich twórca pracuje głównie na pewnych, rozpoznawalnych schematach. Rysunkowo sztos. Nie ukrywam, że jestem fanem duetu Brubaker-Phillips więc ocena może być tylko jedna. Jest rewelacyjnie. Sean Philips nadal bezbłędnie odnajduje się w rzeczywistościach Brubakera co dobrze wróżny na przyszłość.
____________________
"The Ghost in You: A Reckless Book" [04/2022]
Tytuł polski: "Reckless. Duch w tobie"
Scenarzysta: Ed Brubaker
Rysunki: Sean Phillips
Kolory: Jacob Phillips
Tłumacz: Maria Lengren
Format: 180x275 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788367571319
Data wydania: 5 marzec 2024
Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
W czwartym tomie serii "RECKLESS" Ethan przebywa poza miastem, więc jego przyjaciółka i powierniczka Anna musi przejąć jego obowiązki. Kiedy dawna gwiazda kina klasy B prosi ją o przeprowadzenie śledztwa w sprawie dziwnych zjawisk zachodzących w odziedziczonej przez nią hollywoodzkiej posiadłości, Anna trafia na ślad tajemnicy sprzed kilku dekad. Tajemnicy, która może zabijać. Okazuje się bowiem, że w czasach niemego kina dom okrył się złą sławą i wcale nie ma ochoty wyjawić kryjących się w nim sekretów.


"Criminal: Umarli i umierający. Fatalna noc"


Powracam do świata Eda Brubakera i Seana Phillipsa a tam ponownie proza życia, smród, okrucieństwo i brak szans na wyrwanie się z tego bagna. Tęskniłem za tym. To właśnie brutalność bijąca z tytułów autorstwa owego duetu przyciąga najbardziej. Nie żebym sam gustował w takiej egzystencji - należę do stada tych spokojniejszych facetów - ale nie przeczę, od zawsze miałem słabość do takich historii. Kryminałów rzucających nie tylko wulgarnym, kipiącym przemocą miechem ale także do tych historii mających po prostu coś do powiedzenia. Seria "Criminal" jest dobrym przykładem takiej komiksowej symbiozy.

A wszystko ponownie za sprawą wytrawnego opowiadacza, dla którego mroczne strony amerykańskiego miasta - w opowieści "Umarli i umierający" miasta lat siedemdziesiątych - to tylko punkt wyjścia do historii dużo bardziej złożonej. Historii przypominającej nam starą prawdę, że jedne złe wybory prowadzą do kolejnych złych wyborów a co gorsza… owe błędne decyzje pociągają za sobą poważne problemy. U pana Eda Brubakera oznaczają one w najlepszym razie połamane kończyny ale niech nikt nie ma złudzeń: taki finał należy do wyjątków. Z reguły seria niefortunnych zdarzeń doprowadza się śmierci kilku postaci - wcześniej ich losy w naturalny niemalże sposób krzyżują się - i niniejszy tom ową regułę tylko potwierdza. Podobnie jak potwierdza się ponownie moje czytelnicze przypuszczenie, iż u Brubakera to ci źli dają sobie radę. W przypadku historii "Umarli i umierający" tymi złymi jest rodzina Hyde’ów a sama opowieść to trochę historia ich dojścia do władzy a trochę historia miłosnego trójkąta. Oczywiście zostały one odpowiednio wytarzane w krwistym sosie; panowie Phillips i Brubaker znajdują czas aby pokazać nam jak kogoś skatować pałką, jak komuś połamać nogi oraz jak niewiele trzeba aby uczynić z kogoś narkomana. Dla kogoś kto nie zna serii "Criminal" takie nagromadzenie przemocy może przyprawiać o mdłości ale pozostali będą zachwyceni.


A jak komuś będzie mało okrutnego świata, który przeważnie kopie w tyłek tych dobrych to polecam historię "Fatalna noc". Tam po dupie dostaje kaleka i twórca komiksów Jacob Kurtz - jeden z moich bardziej ulubionych bohaterów serii - mający nieszczęście zostać ofiarą zemsty skorumpowanego gliniarza. Tak, u Brubakera ze świecą szukać dobrych stróżów porządku. Za to pod dostatkiem mamy niegrzecznych dziewczyn żyjących dla adrenaliny, alkoholu i seksualnych doznań. W tej historii także taka się pojawia, trochę ucharakteryzowana na femme fatale, trochę na ofiarę. W zasadzie nie ma to większego znaczenia, gdyż finalnie zmysłowa łaska kończy w worku czyli standardowo. Szkoda tylko, że sam Jacob także obrywa ale jak już zaznaczyłem światy Brubakera nie są krajem dla dobrych ludzi. Niestety.

Podsumowując. Za każdym razem sięgając po kryminał Eda Brubakera i Seana Philipsa wiem, że choć sama historia mnie zaskoczy to jednak cała reszta - deski teatru, na którym rozgrywa się dany dramat - będzie dobrze mi znana. Za każdym razem jednak gdy myślę, że koniec końców zbrzydnie mi taka brubakerowa konwencja pochłaniam album za jednym posiedzeniem, przy dwóch filiżankach kawy. Myślcie co chcecie ale to bardzo dobrze świadczy o tych historiach.
_______________________
"The Dead and the Dying" [02-04/2008]
"Bad Night" [07-11/2008]
Tytuł polski: "Criminal. Umarli i mierający. Fatalna noc"
Scenarzysta: Ed Brubaker
Rysunki: Sean Phillips 
Kolory: Val Staples
Tłumacz: Paulina Braiter
Seria: Criminal
Format: 180x275 mm
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Druk: kolor
ISBN-13: 9788365938718
Data wydania: 27 luty 2024
Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.

Opis wydawcy:
W "Umarłych i umierających" piękna i pozbawiona złudzeń kobieta wraca do domu w poszukiwaniu zemsty, stając pomiędzy dwoma najlepszymi przyjaciółmi, z których jeden to syn miejskiego króla zbrodni. Jaką rolę odgrywa w tym niebezpiecznym trójkącie nękany wspomnieniami wojny Tegg Lawless? Umarli i umierający to jedna historia, trzy punkty widzenia i powrót do szalonych lat siedemdziesiątych.
Wiele lat temu Jacob Kurtz – bohater "Fatalnej nocy" – porzucił przestępcze życie, w którym się wychował, by zostać szczęśliwym mężem. Jednak kiedy policja uczyniła go głównym podejrzanym straszliwej zbrodni, jego świat legł w gruzach. Teraz Jacob jest cieniem dawnego siebie. Cierpiący na bezsenność wędruje nocami po mieście, aż do jednej feralnej nocy, kiedy trafia w niewłaściwe miejsce w chwili, która popchnie go ku krętej ścieżce wiodącej od seksu do porwania, napadu i morderstwa.