Gdy pyta Was ktoś o scenarzystów "X-Men" to kogo wymieniacie? Na przykład dla mnie numerem jeden - zapewne ku zerowemu zaskoczeniu tu zebranych - od lat pozostaje Chris Claremont choć zanaczam, że nie jest miłość bezgraniczna. To nie jest tak, że dosłownie każdą historię jego autorstwa wielbię ponad wszystkie inne. Claremontowi zdarzało się pisać nieskładnie, mało zajmująco; zdarzało się nawet, że mieliśmy ciche dni. Czy długo trwały? Nie ale dzięki nim wiem, że X-Men to nie tylko Claremont. Byli również inny, chociażby Jim Lee, John Byrne i Whilce Portacio, ten ostatni także w roli rysownika. Przez długi czas było to dla mnie święta grono artystów odpowiedzialnych za historie o drużynie Charlesa Xaviera.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty
"X-Men. Wojna w Asgardzie"
Zawsze jak czytam, że dany komiks prezentuje się lepiej wizualnie niż fabularnie uśmiecham się pod moim lekko siwym wąsem i zawsze w takich chwilach zastanawiam się, co autor miał na myśli pisząc w ten sposób. Rozczarowała go wizja pana scenarzysty i nie chciał urazić go otwarcie? Przerosła go infantylność komiksów lat osiemdziesiątych i bał przyznać się do tego wprost nawet przed samym sobą? Niezależnie od powodów, dla których takie zawoalowane opinie pojawiają się, o niektórych kwestiach trzeba mówić otwarcie, więc mówię: "X-Men. Wojna w Asgardzie" nie jest tytułem dla każdego.
Oczywiście, nie można jednak powiedzieć, że jest to komiks zły czy idiotyczny z uwagi na pojawiąjące się w nim rozwiązania fabularne. Po pierwsze, mówimy o historii superbohaterskiej i o lore X-Men, czyli o rzeczywistości, w której dochodziło chyba do najbardziej absurdalnych akcji w całym uniwersum Marvela i to nie tylko za sprawą pana Chrisa Claremonta. "Wojna w Asgardzie" nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.
Po drugie, zawarte w tym albumie historie to produkt lat osiemdziesiątych a jak ktoś nie pamiętam to przypominam starą prawdę: nie wszystkie historie wówczas pisane można było uznać za dobre. I nie ma co się obrażać, bo takie są fakty. Potwierdzą to zarówno specjaliści od Marvela - pisze o tym chociażby pan Douglas Wolk w swojej książce "Cały ten Marvel. Niesamowita podróż po uniwersum Marvela – epopei 27 tysięcy komiksów" - jak i osoby sięgające w latach dziewięćdziesiątych po zeszytówki od ekipy TM-Semic. Opinie niezbyt przychylne można znaleź teraz, wystarczy wejść na sociale polskiego wydawcy.
"X-Men. Przeznaczenie X" (2022)
Największym minusem tego albumu jest brak Jonathana Hickmana na siodełku scenarzysty. Nie chcę marudzić, ale odnoszę wrażenie, że tylko on potrafi tak układać klocki, że historia nie chwieje się w posadach. Of course, nie jest tak, że pozostali autorzy serii całkowicie działają po omacku, ale mimo wszystko w ich ruchach brakuje większego zdecydowania i pewności siebie. Wyczuwalny jest chaos a opowieść wydaje się być rozdrabniana na zbyt wiele wątków.
Taka konstrukcja - zawiła i w mojej ocenie na siłę próbująca udziwniać rzeczy proste - utrudnia lekturę a przecież czytając taki komiks powinniśmy przez niego płynąć i dobrze bawić. Czyż nie?
Oczywiście nie jest tak, że niniejszy album zalicza wywrotkę na każdym z wątków. Gerry Duggan narracyjnie potrafi zainteresować, być może aż za bardzo. Pisana przez niego historia to historia politycznych układów, historia testowania jednych przez drugich, historia sojuszy w sojuszach oraz obraz zaogniania indywidualnych animozji. Na to wszystko nakłada się wątek nieufności ludzi do mutantów - czyli wracamy do korzeni - i vice versa, rodzinne waśnie i fundowanie czytelnikom sentymentalnych jazd pokroju 'a teraz wrzucę Wam bohatera, za którym na pewno tęsknicie'.
W moim odczuciu tego jak za wiele. Hickman znał umiar a nawet jak szarżował to robił to z głową, miał wizję. Czytając jego arc nie musiałeś robić notatek, czytając historię Duggana wypadałoby mimo wszystko kilka rzeczy zanotować, jeśli nie chce się stracić orientacji w fabule. Dobrze byłoby również wrócić to tomu pierwszego.
Z czym mierzymy się tym razem? Z doktorem Stasis, Orchis oraz Cordycepsem Jonesem. Z tym ostatnim w wielkim, kosmicznym kasynie. Co dalej? Dalej jest normalnie, czyli kolorowo. Dużo kostiumów, dużo gadających głów, dużo świateł, laserów, iskier i onomatopei.
Szybkiej akcji nie można komiksowi odmówić, ale ja osobiście tęsknię za zeszytówkami z jednym villainem i kilkoma bohaterami. Za prostą konfrontacją opatrzoną megalomańską gadką i pouczającymi prawdami głoszonymi przez liderów drużyn. Takie superhero było moim superhero. Teraz jest 'meh', ale czytam, bo to X-Men a X-Menów proszę Państwa trzeba zanować 🙂
------------------------------
#008 "X-Men. The Buffet is Undefeated" vol 6 (02/2022)
#009 "X-Men. The Rule of Three" vol 6 (03/2022)
#010 "X-Men. Sisterhood of the Metal Bones" vol 6 (04/2022)
#011 "X-Men. A Busted Hand" vol 6 (05/2022)
#012 "X-Men. Controlled Demolition" vol 6 (06/2022)
#013 "X-Men. Resurrection Blues" vol 6 (08/2022)
#014 "X-Men. Ice Cold" vol 6 (08/2022)
napisał: Gerry Duggan
narysowali: Javier Pina, C.F. Villa, Pepe Larraz
pokolorowali: Marte Gracia, Matt Milla
Polskie wydanie: "X-Men. Przeznaczenie X" [Egmont Polska 10/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"Inferno" (2021-2022)
Paplam o tym bardzo często, ale jeszcze raz przypomnę: Jonathan Hickman to właściwy scenarzysta na właściwym miejscu. Nie powiem, długo miałem opory przed czytaniem współczesnych opowieści z X-Men w roli głównej - w moim sercu na zawsze Chris Claremont - ale wątek z Krakoą kupił mnie od pierwszych stron i coś czuję, że prędzej czy później zafunduję sobie powtórkę z rozrywki. Tak, takie to wszystko dobre w wykonaniu Hickmana a zwłaszcza jego "Rządy X".
Jak wypada ich kolejna odsłona? Tak jak oczekiwałem jest więcej gadania, mniej akcji. Przynajmniej w trzech pierwszych zeszytach, które skupiają się głównie na postaci Moiry MacTaggert, jej darze - czy też przekleństwie, zależy jak patrzeć - oraz jej grze przeciwko Destiny i tego, co sobą reprezentuje. Wydaje się, że jest to gra warta świeczki, ale i gra szalenie niebezpieczna, bowiem wspomniana Destiny to ukochana Mystique a ta jak wiecie nie zna się na żartach.
Poza tym Mystique to mutantka umiejąca przekonać do swojej gry niezdecydowanych - tutaj Hickman kolejny raz udowadnia, że umie w dyplomatyczne gierki - tak zręczną dyplomacją, jak i odrobiną manipulacji. Jeżeli jeszcze nie mieliście szansy widzieć jej w tej roli to czytając komiks zwróćcie uwagę na wątek głosowania nad przyjęciem Destiny do Cichej Rady. Ciekawe political fiction w xmenowych klimatach oraz dobry punkt wyjścia do dalszej historii.
Jak się szybko okazuje historii koncentrującej się nie tylko na rywalizacji Moiry z tandemem Mystique-Destiny, ale również na ostrożnych przepychankach pozostałych członków Cichej Rady. I tutaj na plan pierwszy wybijają się tajemnice Charlesa Xaviera i Magneto, którzy nie uznają za stosowne informować swoich pobratymców o niezwykłym odkryciu wspomnianej panny MacTaggert. Dokąd ich to zaprowadzi? Kto ich finalnie zdemaskuje? Takie wątki również w "Inferno" pojawiają się. Wątki, które jak tak się zastanowić to przypominają polityczne rywalizacje na dawnych dworach królewskich. Te zakulisowe gierki, szukanie potencjalnych sojuszników, tajemnice, wzajemne szpiegowanie... to wszystko już widzieliśmy, ale Hickman tak zręcznie prowadzi fabułę, że nadal jesteśmy ciekawi tego, co się wydarzy na kolejnej planszy.
A wracając jeszcze na moment do tego political fiction. Cicha Rada reprezentuje sobą coś w rodzaju rządu, stowarzyszenia, którego członkowie współpracują ze sobą tylko wtedy, gdy widzą zysk dla siebie. Może nie wszyscy grają w tę grę z równie silnym zaangażowaniem - sądzę, że mimo wszystko dla części z nich to Krakoa stoi na pierwszym miejscu - ale są oni w mniejszości. Pozostali to osoby, od których sam kardynał Richelieu mógłby się uczyć.
I tyle. Nie będę Was zasypywał szczegółami tej historii, gdyż choć jest to nadal bajka o mutantach - a także o piekielnie inteligentnych maszynach! - próbujących znaleźć swoje miejsce na Ziemi to ja w trakcie lektury naprawdę dobrze się bawiłem. Oczywiście, do kilku większych głupotek fabularnych możnaby było się przyczepić, ale ogólnie nie jest źle. Na tle innych opowieści superhero event Jonathana Hickman mocno się wybija.
------------------------------
#001-#004 "Inferno" (09/2021-01/2022)
napisał: Jonathan Hickman
narysowali: Valerio Schiti, Stefano Caselli, R.B. Silva
pokolorował: David Curiel
Polskie wydanie: "Inferno" [Egmont, 05/2025]
Komiks otrzymałem od wydawcy.
"The Triumph of Magneto" || #011 "X-Men" vol 1 (1965)
Wielki Magneto pokonany?! 😁
Można tak powiedzieć. Nie dość, że mimo chuchania, dmuchania oraz prób zastraszenia nowego, potencjalnego członka Brotherhood of Evil Mutants nie udało mu się go zwerbować to jeszcze tak się pechowo złożyło, że Wanda i Pietro przejrzeli na oczy. Oznajmili, że spłacili swój dług z nawiązką i jedyne o czym aktualnie marzą to spokojne wakacje z dala od wojenek między różnymi frakcjami mutantów. Zastrzegli jednak że wrócą, jak ludzkość będzie zagrożona i taką postawę to ja szanuję!
To jednak nie wszystko. Magneto nie tylko nie wzmocnił szeregów swojego stowarzyszenia, ale jeszcze sam został schwytany i zaciągnięty w kosmos, aby być królikiem doświadczalnym. Nie znałem tego wątku wcześniej, nie spodziewałem się takiego nagłego cliffhangera na koniec i oczywiście nawet nie podejrzewałem tak ironicznego tytułu tego zeszytu. Dałem się fabularnie zaskoczyć, co w takich mocno ramotkowatych historyjkach zdarza się bardzo rzadko.
Poza tym wątkami dostajemy naturalnie debiut istoty, która zostaje przedstawiona jako Stranger. Na ten moment wiemy bardzo niewiele o tej zagadkowej postaci, choć jak spojrzeć na profesora Xaviera to widać, że nie jest mu do śmiechu. Czy jest przerażony? Na pewno zaintrygowany, bo rzeczywiście Pan Stranger wydaje się posiadać moce typowo kosmiczne, więc jest to zawodnik z ligi zdecydowanie za ciężkiej dla nastoletnich mutantów.
Na jednym z kadrów pada nawet stwierdzenie, że X-Men walcząc z nim mieliby zajęcie do końca życia i coś rzeczywiście w tym jest. Stranger emanuje wielką pewnością siebie, zdaje się zupełnie nie dostrzegać działań Magneto a i samych ludzi - ekspresyjnie i komicznie reagujących na jego kosmiczne talenty - wydaje się traktować z lekceważeniem. Stan Lee to nie Thomas Ligotti uświadamiający człowiekowi jego karłowatość w skali kosmosu, ale zachowanie Strangera może to właśnie sugerować.
"The Triumph of Magneto"? Zaskakująca historyjka z ciekawym zakończeniem. Nietypowa nie tylko dlatego, że największy wróg X-Men schodzi niespodziewanie ze sceny, ale również z uwagi na brak kadrów prezentujących szkolne ćwiczenia naszych bohaterów. Przecież kadry z sali treningowej to do tej pory nieruszalna stała! Co więcej, w historyjce nie dostajemy też przesadnie dużo scen walki, co pewnie bezpośrednio wynika z wielkości wspomnianego Strangera. Można uznać, że tym razem trafiła kosa na kamień 🙂
------------------------------
#011 "X-Men" vol 1 (03/1965)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby
"Murderworld!" || #146 "Uncanny X-Men" vol 1 (1981)
Kolejna bajeczka od Marvela, kolejny zeszyt "Uncanny X-Men" pisany przez pana Chrisa Claremonta i ciąg dalszy spotkania naszych mutantów z Doctorem Doomem. Jakby ktoś kiedyś planował się z nią zapoznać to podpowiadam, że jest to kontynuacja historyjki "Kidnapped!", kiedy to X-Men chcąc uratować niejakiego Arcade'a zostali zchwytani przez pana w zielonym kapturze. Nie, nie był to Green Arrow 😉
Jak wspomniałem, "Murderworld!" to bajeczka. Fabularnie banalnie prosta i w dodatku niepotrzebnie rozdmuchana, aż do rozmiarów jednego zeszytu. Zeszytu, w którym do połowy przyglądamy się po prostu, jak Doctor Doom testuje swoich niezwykłych gości. Z tego co zrozumiałem jest to pierwsze spotkanie tych bohaterów, więc poniekąd rozumiem fascynację Dooma X-Menami. Będąc naukowcem chce zweryfkować informacje na ich temat, poznać ich mocne i słabe strony, etc. Postrzega ich trochę przez pryzmat laboratoryjnych myszy, które próbują uciec z pułapek w jakich się znalazły. Zamysł całkiem spoko, ale wykonanie - mówię tutaj o rysunkach - pozostawia dużo do życzenia. Pan Dave Cockrum narysował to wszystko bez jakiegoś większego polotu. Szkoda.
Druga część historii to wizyta rezerwowych X-Men - w tych rolach: Havok, Polaris, Iceman i aktualnie pozbawiony mocy Sean Cassidy - w Murderworld, czyli zabójczym lunaparku kontrolowanym przez pomagierkę wspomnianego Arcade'a. Jak można się domyślić już po samej nazwie lokacji nie jest to miejsce zbyt miłe dla odwiedzających. Co więcej, każda z atrakcji została przygotowana specjalnie dla jednego z X-Menów, którzy muszą dać z siebie wszystko, jeżeli chcąć wyjść z tych opresji cało. I jeżeli czujecie, że druga część historii powiela pomysły z jej pierwszej części to macie rację. W sumie mamy tutaj do czynienia z tym samym motywem.
Podsumowując. Bajeczka. Prosta i infantylna ze słabymi rysunkami. Ramotka. W mojej ocenie napisana wyłącznie w celu rozdmuchania pierwszego spotkania X-Men z Doctorem Doomem. Na plus motyw z robotami imitującymi ludzi. Nic specjalnego, ale Dave'a Cockrumowi udało się - i to była jedyna rzecz, która mu się udała w tym zeszycie - narysować całkiem creepy postacie.
------------------------------
"Murderworld!"
#146 "Uncanny X-Men" vol 1 [03/1981]
napisał: Chris Claremont
narysował: Dave Cockrum
pokolorowała: Glynis Wein
"The Coming of... Ka-Zar!" || #010 "X-Men" vol 1 (1965)
Wstawcie sobie, że dnia pewnego mutanci profesora Xaviera trafili do świata, którego nie powstydziłby się sam pan Artur Conan Doyle. Trafili do krainy - przez wielkich Marvela nazwanej później Savage Land - kryjącej się pomiędzy lodami Antarktydy, gdzie czas zatrzymał się i gdzie nadal żyją zwięrzęta uważane przez wszystkich za wymarłe.
Ten świat ma jednego władcę. Ka-Zar to wypisz wymaluj Tarzan pana Edgara Rice'a Burroughsa. Muskularny i pewny siebie władca prehistorycznej dżungli, który nie lubi obcych - nie lubi, jak się go dotyka! - i nie lubi Bagiennych Ludzi. Wrednych, ale pomysłowo uzbrojonych - w końcu to Marvel! - gości, którzy zwykli składać krwawe ofiary panu T-Rexowi. Brzmi strasznie? 😎
Tak się złożyło, że osobami mającymi zostać wspomnianym daniem dnia są Jean Grey i Angel. Nie będę Wam opowiadał, jak to się stało, że potężna Marvel Girl dała się złapać bandzie prymitywów. Fakt faktem pozostaje. Gdyby nie Zabu, Ka-Zar i stado szarżujących mastodontów mielibyśmy o dwóch X-Menów mniej.
------------------------------
#010 "X-Men" vol 1 (01/1965)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby
pokolorował: Stan Goldberg
"Kidnapped!" || #145 "Uncanny X-Men" vol 1 (1981)
Jeszcze jedna komiksowa bajeczka przy niedzieli 😎 Nie wiem czy w 2025 roku uda mi się przeczytać większość runu Claremonta, ale postaram się choć trochę nadrobić wieloletnie zaległości. Tak jak ostatnio wspominałem: od kilkanastu miesięcy mam dziką fazę na X-Men i dobrze mi z nią 😁
W lutym 1981 roku pan Chris Claremont postanowił skonfrontować X-Menów z Doctorem Doomem. Ten ostatni najczęściej chwyta się za bary z Fantastic Four, ale tym razem jego intryga dotyczy drużyny profesora Xaviera. Skąd nagłe zainteresowanie mutantami? Historia "Kidnapped!" nie odpowiada na to pytanie.
Jak to często bywało w przypadku takich serii - i historii je wypełniających - ten zeszyt to nic innego, jak rozstawianie figur na planszy. Przygotowanie do czegoś większego i bardziej spektakularnego. Doctor Doom knuje, niejaki Arcade snuje się w cieniu pełniąc rolę przynęty a dzielni X-Men wpadają w zastawioną na nich pułapkę. Proste?
Zdecydowanie. "Kidnapped!" prezentuje się nieźle, ale to bajeczka. Wszyscy zachowują się zgodnie z przewidywaniami. Storm - aktualnie liderka drużyny - ma plan, Wolverine chce iść na całość a pozostali X-Men wypełniają kadry i niewiele więcej.
Na plus budowa świata. Zanim historia dobrnęła do zamku Dooma zostało nam bardzo klarownie wyjaśnione, kto z kim i dlaczego. Dostaliśmy podsumowanie, co aktualnie dzieje się z X-Menami - Beast pracuje z Avengers, Iceman studiuje, Havok i Polaris próbują ułożyć sobie normalne życie a Scott Summers utkną na wyspie z jakąś blondynką - oraz zostało nam przypomniane, że rzeczywistość X-Menów to nasza rzeczywistość. Historia "Kidnapped!" rozpoczyna się w Lincoln Centre, gdzie znajduje się słynna Metropolitan Opera 😁
------------------------------
#145 "Uncanny X-Men" vol 1 [02/1981]
napisał: Chris Claremont
narysował: Dave Cockrum
pokolorowała: Glynis Wein
"Enter, the Avengers" || #009 "X-Men" vol 1 (11/1964)
Pierwsze spotkanie X-Men z Avengers!
Niesamowita ekipa z Marvela znowu to zrobiła!
Dwie mega drużyny stają naprzeciw siebie! Nie możecie tego przegapić!
Takie hasła to standard, jeżeli chodzi o opowieści spod znaku Marvela z lat sześćdziesiątych. Co druga opowieść była epicka, niesamowita oraz taka jakiej nikt wcześniej nie widział. Przypominają mi one dzisiejsze clickbaity, przyciągające naszą uwagę slogany, które często oferują nie tyle ciekawe treści, co skłaniają czytelnika do zrobienia dodatkowego kroku. Zachęcają do tego, abyśmy dłużej zostali na danej stronie, zainteresowali się nią i zaglądali częściej.
Czy za takimi krzykliwymi hasłami rzeczywiście kryły się nijakie i wtórne historyjki? Często tak to niestety wyglądało. Zdarzało się, że historia początkowo brana za mocno nijaką stopniowo nabierała kolorów, ale były to sporadyczne przypadki a nie norma.
W przypadku "Enter, The Avengers" dostajemy standard. Ramotkę bez fajerwerków, z nijakim zakończeniem i bezbarwnym łotrem. W roli tego ostatniego pewny siebie Lucifer planujący… w sumie nie wiadomo co dokładnie. Zapewne ma to związek z podporządkowaniem sobie Ziemi, ale konkretów nie poznajemy. Dzieje się tak dlatego, że to nie pan Lucifer jest wątkiem popychającym fabułę do przodu.
Pojawia się on, gdyż od jakiegoś czasu tropi go - dziwnie to brzmi, ale tak to wygląda - Charles Xavier, który w wyniku wcześniejszego starcia z Lucyferem doznał urazu w nogach. W ramach ciekawostki dopowiem, że właśnie ta historia jest pierwszą historyjką, poruszającą tą kwestię.
Skoro nie straszny Lucifer, to kto przyprawiał czytelników o szybsze bicie serca? Naturalnie z wspomniani Avengers. Zeszyt dziewiąty "The X-Men" to właśnie ten zeszyt, w którym oni debiutują na łamach tej serii.
Samo stracie owych drużyn wygląda typowo dla pojedynków spod znaku Marvela. Czerstwe żarty, przekomarzanie się bohaterów i liczne próby udowodnienia, że ma się większego. Nic specjalnego, standard. Ciekawy był jednak wątek, który doprowadził do tej koleżeńskiej bójki. Otóż X-Men bronili Lucifera, którego serce było połączone z detonatorem wielkiej bomby.
------------------------------
"Enter, the Avengers"
#009 "X-Men" vol 1 (11/1964)
napisał: Stan Lee
narysował: Jack Kirby
"X-Men. Magneto: Testament" || #001-#005 vol 1 (2008-2009)
Mini seria o Maxie Eisenhardtcie oraz losach jego rodziny w czasach drugiej wojny światowej? Komiks historyczny czy prosta historyjka o wojennych doświadczeniach jednego z najpotężniejszych mutantów Marvela?
Jak powiedziałem: ostatnio jestem 'team X-Men' i systematycznie pochłaniam kolejne historie z tego uniwersum. Nie wybrzydzam. Staram się czytać zeszyt po zeszycie, zaczynając - jak to zwykle u mnie bywa - od tych najstarszych. Naturalnie, zdarza mi się jednak robić wyjątki od tej reguły.
I tak jest właśnie tym razem. "X-Men. Magneto. Testament" to pięciozeszytowa historia, której fabuła została osadzona w czasie drugiej wojny światowej oraz w latach bezpośrednio przed jej rozpoczęciem.
Pan Grek Pak, scenarzysta owej serii, skupia się jednak nie tyle na samych działaniach wojennych, co na traumatycznych doświadczeniach Maxa Eisenhardt. Okrucieństwa wojny, nazistowskie działania prowadzące do eksterminacji ludności żydowskiej oraz zywkła agresja jednych ludzi wobec innych, to wszystko poznajemy właśnie z perspektywy Maxa. Późniejszego Magneto.
Jeżeli chodzi o sam sposób opowiadania historii to... z całą pewnością nie jest to lekkostrawna historyjka. Autorzy serii mocno wręcz stronią od superbohaterskiej papki, właściwie to nawet nie próbują iść w tym kierunku. Dla nich klimaty superhero nie istnieją.
To historia pisana na poważnie, historia nie dająca emocjonalnego wytchnienia. Historia mogąca chwycić za serducho i zmusić czytelników, aby przypomnieli sobie o tym, jak wyglądała druga wojna światowa i jakich czynów dopuszczał się wówczas człowiek.
W krótkim posłowiu pan Greg Pak wprost podkreślia, że pracując nad opowieścią o wojennych doświadczeniach Magneto chciał maksymalnie wiernie pisać o tym, do czego dochodziło chociażby w przedwojennych Niemczech, warszawskim getcie czy obozie Auschwitz-Birkenau.
Czy mu się udało? Kilka razy złapałem się na tym, że zaciskam pięści ze zdenerwowania. Choć nie jest to typowy komiks historyczny - jednak każdy wie, kim w przyszłości zostanie jego bohater - to jednak jego treść nie pozostawia czytelnika obojętnym i to chyba najlepiej świadczy o tej opowieści.
------------------------------
#001-005 "X-Men. Magneto: Testament" vol 1 (09/2008-02/2009)
napisał: Greg Pak
narysował: Carmine Di Giandomenico
polskie wydanie: brak
"Dark Phoenix" (1980) || "X-Men" #135
Chris Claremont, John Byrne i kolejna odsłona Dark Phoenix Saga. Fabularnie dostajemy trykociarski standard. Jest widowiskowo, wybuchowo a chwilami nawet dramatycznie. Oprócz tytułowych bohaterów pojawia się dużo dodatkowych postaci ze świata Marvela, których rola sprowadza się do jednego: do wyrażenia swojego podziwu wobec potęgi Dark Phoenix. Brawa dla scenarzystów za takie zagranie, gdyż nie każdy z czytelników może znać Jean Grey od jej kosmicznej strony. Dla niektórych jej metamorfoza może być czymś totalnie nowym, więc dobrze, że pada kilka zdań podkreślających wagę problemu.
Problemu, którym jest Jean Grey tracąca kontrolę nad swoimi mocami. Już pierwsze kadry pokazują, że tym razem Dark Pheonix idzie na całość i nie zamierza zadowolić się połowicznym sukcesem. Z tego co możemy wyczytać planuje ona zerwać ze swoją ziemską egzystencją i całkowicie oddać się kosmosowi. Aby jednak tego dokonać i poczuć się całkowicie wolną zamierza pozbyć się X-Men, czyli zlikwidować ostatni element przypominający Jean Grey o jej ziemskim życiu. Czy jej działania wieńczy sukces? Na ten moment, zdecydowanie tak! "Dark Pheonix" to właściwie obraz zniszczeń dokonywanych przez rosnącą potęgę Jean Grey. Jak wielkich zniszczeń? Cóż, po zdruzgotaniu X-Men tytułowa istota opuszcza Ziemię, aby wciąż i wciąż przemierzać przestrzeń kosmiczną, zachwycając się swoją potęgą i zwiększając jej rozmiar poprzez pochłanianie energii kolejnych słońc.
Tak jak pisałem wyżej "Dark Pheonix" to historyjka pełna fajerwerków. Właściwie jej fabuła ogranicza się do dwóch wątków. Pierwszym z nich jest pokaz umiejętności ognistej Jean Grey i ten wątek został świetnie uwypuklony poprzez zestawienie Dark Phoenix z przedstawicielami Shi'ar Empire. Drugi zaś element fabuły rzucający się w oczy to prezentacja osób, które będą prawdopodobnie zaangażowane w zażegnanie aktualnego zagrożenia. Nie dostajemy tych wtrętów wiele, ale gdzieś pomiędzy kadrami widzimy profesora Charlesa Xaviera a także Doctora Strange'a i ekipę Fantastic Four. Nie pamiętam, czy oni wszyscy będą brali udział w finałowej konfrontacji z Dark Pheonix, ale jak tylko się tego dowiem to dam Wam znać 😉
_________________________
#135 "X-Men" vol 1 [04/1980]
Scenariusz: Chris Claremont, John Byrne
Rysunki: John Byrne
Tusz: Terry Austin
Kolory: Bob Sharen
Okładka: John Byrne, Terry Austin, Jim Novak
Polskie wydanie: "Dark Phoenix" [TM-Semic 04/1992]
"Too Late, the Heroes!" (1980) || "X-Men" #134
Choć komiksy mające swoje lata czytam od bardzo dawna to często zastanawiam się nad dwiema, frapującymi kwestiami. Pierwszą jest obowiązkowa niemalże w każdym zeszycie ściana tekstu. Odautorskie przesłanie dla czytelnika aby ten przypadkiem należycie zrozumiał to co aktualnie dzieje się na danych planszach. Drugą jest poziom rozdmuchania przeważnie krótkiego epizodu do rozmiarów pojedynczego zeszytu. Doprawdy, często zastanawiam się co siedziało w głowach ówczesnych twórców. W tym konkretnym przypadku w głowach Chrisa Claremonta oraz Johna Byrne.
Fabularnie "Too Late, the Heroes!" rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyła się wcześniejsza historia o naszych mutantach. Jesteśmy w siedzibie Hellfire Club, jesteśmy w trakcie walki X-Men ze złymi członkami tego klubu oraz widzimy jak Jean Grey powoli odzyskuje siły, co w naturalny sposób przyczynia się do tego, że Cyclops i reszta nareszcie mogą swobodnie oddychać. To tak w wielkim skrócie. To na co warto i trzeba zwrócić uwagę do stopniowa zmiana zachodząca właśnie w Jean Grey albo w Jeannie jak nazywa ją Wolverine 🙂
Nasza bohatera bowiem pokazuje różki. Jak była pod wpływem Masterminda - Jasona Wyngarde'a - albo jak spod tego wpływu uwalniała się coś w niej pękło. I owe coś to jej ciemna strona, która zwie się Dark Phoenix. Potężny byt/istota - niemalże o kosmicznej mocy - rzuca wyzwanie X-Menom. Także… zobaczymy jak to dalej wszystko będzie wyglądało. Na ten moment jestem ciekaw dalszych części, choć tylko przemiana Jean Grey na plus. Wszystko obok - walka X-Menów z Hellfire Club - wypada mocno przeciętnie. Zapewne dla wielu czytelników ta historia nie przetrwała próby czasu.
I drobna uwaga na koniec. Cameo zalicza Henry McCoy czyli Beast, który aktualnie jest członkiem Avengers 🙂
_________________________
#134 "X-Men" vol 1 [03/1980]
Scenariusz: Chris Claremont, John Byrne
Rysunki: John Byrne
Tusz: Terry Austin
Kolory: Bob Sharen
Okładka: John Byrne, Terry Austin, Gaspar Saladino
Polskie wydanie: "Przegrani bohaterowie" [TM-Semic 03/1992]
"Rządy X. Wolverine" (2020-2021) || Wolverine vol 7 #008-012
Zachwalałem pierwszy album "Wolverine’a" spod pióra Benjamina Percy'ego i drugi także powiem złego słowa. A to dlatego, że to naprawdę dobrze napisany komiks. Jak pamiętacie mam problem ze współczesnym trykociarstwem ze stajni Marvela, ale tytuły będące częścią świata Jonathana Hickamana wchodzą mi zaskakująco łatwo. Wydaje mi się że w odróżnieniu od pana Jasona Aarona jest on scenarzystą zmierzającym twardo do celu, kimś potrafiącym bawić się swoimi zabawkami w dobrze przemyślany sposób.
"Rządy X. Wolverine". Klamrą fabularną łączącą poszczególne wątki jest przeszłość Logana a konkretnie jego tajne akcje w Team X. To ówczesna służba Wolverine'a w tej spec jednostce sprawia, że porzuca on ciepłe pielesze Krakoi i wraca do Madripooru, aby odszukać Davida Northa. Dawnego kumpla od spec zadań, aktualnie lidera wysoko wykwalifikowanych najemników. Tylko czy stary towarzysz broni zechce z nim rozmawiać?
Bez wątpienia Benjamin Percy to scenarzysta, któremu zależy. Mógłby iść na skróty, rzucić nam kolejną krucjatę Wolverine'a i uraczyć wątkiem na temat jego tragicznej przeszłości. Ku mojemu zadowoleniu rezygnuje jednak z chałtury i rozkopując przeszłość Logana stara się wpleść w fabułę komiksu wątki fajnie spajające świat ludzi ze światem mutantów. Robi to przypominając nam o powiązaniach dawnej Team X z CIA oraz dając jasno do zrozumienia, że choć lata mijają to zakulisowe gierki mają się dobrze. Co więcej, robi to z wyczuciem. Typową dla takich opowieści widowiskowość sprowadza do minimum na rzecz przemyślanych oraz wiele mówiących retrospekcji. Zamiast popuścić wodze fantazji i dać się wyszaleć Wolverinowi stawia go często w roli bohatera milczącego, dającego porady, dobitnie sugerującego, że faktycznie przyszedł czas na zmiany. Na stabilizację. Na znalezienie dla siebie miejsca, które można nazwać domem. Tak prezentuje się pierwsza część komiksu.
Jego uzupełnieniem jest kolejna odsłona walki Wolverine'a z wampirami. Przypomnę, że gra toczy się o skórę samego Logana a mówiąc precyzyjniej o jego krew. Ten wątek jest już dużo bardziej sztampowy. Mam też wrażenie, że został skierowany do odbiorców lubiących popatrzeć na efekciarskie wyczyny tytułowego superbohatera. Logan w tej historii to po prostu wielki Logan. Twardziel, zabijaka, mutant, pewny swego mężczyzna. Dla tego Rosomaka prawie wszystkie problemy można rozwiązać poprzez odpowiednie cięcie. Choć nie przepadam za tą wersją bohatera to jednak w tej konkretnej opowieści kupuję go całkowicie. W tej historii mamy stado wampirów próbujących uodpornić się na światło słoneczne. Mamy Draculę, który próbuje zwiększyć swoją rolę na arenie międzynarodowej - typ pozazdrościł mutantom ich Krakoi - oraz zdecydowanie za dużo ofiar wśród cywili. A tego bohaterowie nie lubią a już w szczególności Wolverine.
Wizualnie komiks także trafia w moje gusta. Za rysunki do części pierwszej odpowiada pan Adam Kubert i to jest kreska, którą lubię. Jest w niej dużo zabawy liniami a postacie nie są tak mocno wymuskane, jak to czasem się zdarza w obrębie komiksowego mainstreamu. Do tego kreska Kuberta dobrze koresponduje z kolorami Franka Martina, którego praca troszeczkę przypominała mi prace Jacoba Phillipsa. Mam wrażenie, że panu Kubertowi bardzo mocno zależało, aby poszczególne kolory podkreślały charakter danej chwili. Taka uwaga artystyczna wydaje mi się być czymś naturalnym przy pracy nad albumami niezależnymi, ale przy historiach budowanych na potrzeby superbohaterskich serii to rzecz chyba nie tak często spotykana.
I dlatego będę bronił tej serii i szczerze zachęcał, abyście dali jej szansę. Być może moje zachwyty są troszeczkę na wyrost, ale uważam, że na tle innych serii superbohaterskich "Wolverine" Benjamina Percy'ego wybija się znacząco.
____________________
#008 "Wolverine. Prologue: War Stories. The Past Ain't Dead" vol 7 [12/2020]
#009 "Wolverine. Bidding War" vol 7 [01/2021]
#010 "Wolverine. Mercenaries" vol 7 [02/2021]
#011 "Wolverine. A Confusion of Monsters" vol 7 [03/2021]
#012 "Wolverine. Penumbra" vol 7 [04/2021]
Tytuł polski: "Świt X. Wolverine"
Scenarzysta: Benjamin Percy
Rysunki: Adam Kubert, Viktor Bogdanović, Scot Eaton
Tusz: Adam Kubert, Viktor Bogdanović, JP Mayer, Oren Junior
Kolor: Frank Martin, Matthew Wilson
Tłumacz: Bartosz Czartoryski
Seria: Marvel Fresh, Rządy X
Format: 167x255 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788328171145
Data wydania: 25 wrzesień 2024
Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Kto intryguje przeciwko ekipie Logana? Odpowiedź czeka w stolicy zbrodni, Madripoorze. Tam, na czarnorynkowej aukcji, Logan odkryje, że na sprzedaż wystawiono… jego dawnego sojusznika Mavericka! Czy wspólnie z nim zdoła przebić się przez miejscowy półświatek? I czy Maverick jest gotów zacząć życie od nowa na Krakoi? Niedługo potem Wolverine stawi czoło wampirom, próbując powstrzymać spisek samego Draculi. Co będzie gotów poświęcić? Na jakie moralne kompromisy sobie pozwoli?
"Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!" (1964) || #006 X-Men
Kolejna przygoda z udziałem dzielnych X-Men! Kilka miesięcy temu obiecałem sobie, że do końca roku przeczytam pięćdziesiąt pierwszych zeszytów serii podstawowej, ale dzisiaj wiem jedno: będę zmuszony odwołać swoje plany. Gdzieś w ferworze nagrywania kolejnych odcinków podcastu Retro komiks trochę zapomniałem o tym postanowieniu, co mnie lekko wkurza. Zwykle jak coś postanowię to raczej wywiązuje się z obietnic. Tym razem jest jednak inaczej. Być może w 2025 roku będzie więcej mutantów 🙂
Niezależnie jednak od moich dawnych planów dzisiaj słówko o historii "Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!" z maja 1964 roku. Jak wskazuje sama nazwa dostajemy w niej postać, której raz… przedstawiać nie trzeba, dwa… postać debiutującą na łamach serii "X-Men". Mowa o księciu Namorze, personie będącej wówczas na topie, jeżeli chodzi o świat Marvela. To on często spędzał sen z powiek fantastycznemu Reedowi - i nie tylko dlatego, że Namor czynił podchody do Susan Storm 😉 - i to on w tej historii odpowiada za jej właściwe tempo.
Wszystko bowiem sprowadza się do tego, że książe Namor - będący bez wątpienia kimś o wyjątkowej sile, zwinności, pomysłowości, etc. - jest łakomym kąskiem dla dwóch, zajadle zwalczających się drużyn. Mowa oczywiście o ekipie szkolonej przez profesora Xaviera oraz o Bractwie Złych Munatnów kierowanych przez wielkiego Magneto, który nie ma sobie równych dzięki "the universal power od magnetism!". Czy jednak można tak po prostu zwerbować wielkiego władcę mórz?
Zaimponować i przekonać księcia Namora do swoich planów nie jest jednak tak łatwo. Zwłaszcza, jeżeli ktoś nie odnosi się z należytym szacunkiem do kobiet. Tak, dokładnie! W tej historii oprócz standardowej, trykociarskiej wymiany ciosów dostajemy obraz Sub-Marinera, obrońcę płci pięknej. Dla czytelników znających tę postać nie powinna być to jednak żadna nowość, gdyż ten element fabuły bardzo często był wykorzystywany także w serii "Fantastic Four". W tym konkretnym zeszycie szczególną opiekę roztacza nad Scarlet Witch - "That Witch is much too attractive!", jak mówi o niej Jean Grey - co ostatecznie doprowadza do jego otwartej walki z Magneto.
Gdzie w tym powstałym zamieszaniu jest miejsca dla X-Men? Nasi bohaterowie stoją trochę z boku. Profesor X chcący początkowo zwerbować księcia Namora do swojej drużyny ostatecznie rezygnuje twierdząc, że Sub-Mariner służy tylko jednej sprawie… królestwu Atlantydy. I jak zawsze nasz lider ma rację!
_________________________
"Sub-Mariner Joins the Evil Mutants!"
#006 "X-Men" vol 1 [05/1964]
Scenarzysta: Stan Lee
Rysownik: Jack Kirby
Tusz: Chic Stone
Twórcy okładki: Jack Kirby, Chic Stone, Stan Goldberg, Artie Simek
[1994-1995] "X-men: Era Apocalypse'a. Wojna"
"Era Apocalypse'a" księga trzecia. Chciałbym napisać z tej okazji coś odkrywczego ale na moje czytelnicze oko dostajemy dokładnie to samo co w tomie wcześniejszym. W dalszym ciągu różni autorzy rozwijają różne wątki i powoli szykują nas na wielką komiksową koniunkcję w albumie finałowym. Osobiście nie mam nic przeciwko dzieleniu tej historii na drobne ale kilkakrotnie spotkałem się z opinią, że w pewnym momencie ów event poszedł w złą stronę. Podejrzewam, że gdyby fabuła została bardziej skondensowana to i historia wypadałoby ciekawiej. A tak… niby wszystko gra ale tak nie do końca.
Mam wrażenie, że zgrzyty pojawiają się gdy bohaterami opowieści zostają drugoligowcy ale tutaj możemy w sumie dostać tyle opinii ilu jest czytelników. Każdy ma swoich faworytów i standardowo każda z historii - dodajmy: jeden tytuł to jeden wątek eventu - będzie miała tak zwolenników jak i wrogów. Elementem spajającym fabułę poszczególnych zeszytów jest oczywiście walka z tytułowym bossem. To jego działania, jego wizja - selekcja jednostek, próba wyłowienia tych najwartościowszych - napędzają i jednych i drugich do wysiłku. To co jest pewnym novum to przechodzenie dotychczasowych zwolenników Apocalypse'a na stronę homo sapiens czy też mutantów, którzy zachowali trzeźwy osąd rzeczywistości. Nie mamy tych przypadków wiele ale widać, że bezsensowność działań En Sabah Nura dociera do coraz większego grona mutantów.
Jeżeli zaś chodzi o fabularne szczegóły to w trzecim tomie "Ery Apocalypse'a" można wyróżnić pięć podstawowych wątków. W mojej ocenie z nich wszystkich najciekawiej prezentuje się wątek Nathaniela Grey'a, czyli młodego i potężnego telepaty, którego lęka się sam Apocalypse. Wygląda na to, że to właśnie na niego wskazali twórcy eventu jako tego, który położy kres trwającej rzezi. Czy jednak tak faktycznie będzie? Zastanawiam się. Możliwe, że problem o nazwie 'Nate' to tylko zasłona dymna a całe zło zakończy się wraz z naprawieniem linii czasu przez drużyny powiązane z Magneto. Mówię tutaj o wątku skupionym wokół llyany Rasputin oraz wątku będącym relacją z kosmicznej przygody Gambita, którego ekipa w dalszym ciągu próbuje zdobyć kawałek kryształu M'Kraan. Choć oba pojawiają się na sam koniec albumu to jednak najbardziej posuwają historię do przodu i dzięki nim w końcu opowieść zaczyna nabierać wiatru w żagle.
Całą historię uzupełniają wątki obrazujące walkę bohaterów z tyranią popleczników Apocalypse'a. Pozornie mogą one wydawać się nijakie i bez większego znaczenia ale tak nie jest. Cały ten event to obraz zmagań uciśnionych z ich oprawcami. Obraz walki na różnych frontach, walki prowadzonej przez różnych bohaterów. Logan, Magneto, Jean Grey, Quicksilver, Rogue, Nightcrawler, etc. Oni wszyscy występują na kartach tego eventu jako Ci wykonujący być może zadania najtrudniejsze. Do nich bowiem należy ochrona ludzi przed tymi, którzy dążą do rasowej eksterminacji jednostek słabych, nieprzydatnych. Pamiętacie jak przy omawianiu wcześniejszych albumów serii przyrównałem rządy Apocalypse'a to rządów autorytarnych, nazistowskich? Podtrzymuję swoje zdanie na ten temat. Pod tym względem event zyskuje w oczach bardzo mocno. Być może chwilami historia wydaje się trywialna ale jak się uważniej przyjrzeć widać, że wspaniały świat En Sabah Nura niewiele różni się od wizji świata pewnych polityków z lat czterdziestych.
_______________________
#002 "X-Man. Choosing Sides" vol 1 [04/1995]
#003 "X-Calibre. Body Heat" vol 1 [05/1995]
#003 "Factor X. Open Wounds" vol 1 [05/1995]
#003 "Astonishing X-Men. In Excess" vol 1 [05/1995]
#003 "Amazing X-Men. Parents of the Atom" vol 1 [05/1005]
#003 "X-Man. Turning Point" vol 1 [05/1995]
#003 "Weapon X. The Common Right of Toads and Men" vol 1 [05/1995]
#003 "Generation Next. It Only Hurts When I Sing" vol 1 [05/1995]
#003 "Gambit and the X-Ternals. To the Limits of Infinity" vol 1 [05/1995]
Tytuł polski: "Era Apocalypse'a. Księga trzecia: Wojna"
Scenarzyści: Jeph Loeb, Warren Ellis, John Francis Moore, Scott Lobdell, Fabian Nicieza, Larry Hama,
Rysunki: Steve Skroce, Ken Lashley, Steve Epting, Terry Dodson, Joe Madureira, Andy Kubert, Adam Kubert, Chris Bachalo, Salvador Larroca
Tusz: Kevin Conrad, Scott Hanna, Bud LaRosa, Mike Sellers, Phil Moy, Tom Wegrzyn, Al Milgrom, Tim Townsend, Matt Ryan, Dan Green, Mark Buckingham
Kolory: Mike Thomas, Joe Rosas, Glynis Oliver, Steve Buccellato, Kevin Somers, Marie Javins, Matt Webb
Tłumacz: Arek Wróblewski
Seria: X-men: Era Apocalypse'a
Format: 180x275 mm
Liczba stron: 230
Oprawa: twarda
Druk: ["kolor"]
ISBN-13: 9788366589551
Data wydania: 5 październik 2021
Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do opinii.
Opis wydawcy:
Profesor X nie żyje! Alternatywny świat, który powstał w następstwie tej tragedii, jest mroczną dystopią rządzoną przez wiecznego Apocalypse’a i jego akolitów. Liczy się w nim jedynie przetrwanie najsilniejszych mutantów, ludzkość zaś skazana jest na wyginięcie. X-Men nie zamierzają się jednak poddać. Ich przywódca – Magneto – wierzy, że uda mu się przywrócić pierwotną rzeczywistość, jeśli tylko członkowie drużyny zgromadzą wszystkie elementy jego szalonego planu... nawet kosztem ich własnego życia! Co więcej, kiedy w szeregach Apocalypse’a pojawia się zdrajca, wydaje się, że X-Men zyskali przewagę, o której wcześniej nie śnili. Lecz nawet sukces, jakim okazał się wielki przerzut niedobitków ludzkości z Ameryki do Europy, w mgnieniu oka staje się odległym wspomnieniem, gdy szalony despota postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przypuścić niszczący atak na bazę buntowniczych mutantów.
"Marvel Comics Presents. Save the Tiger" part I-II [09/1988]
Piątkowa sjesta upłynęła mi przy historyjkach "Save the Tiger. The Good Guy" oraz "Save the Tiger. The Bad Guy!", które w polskim komiksowie zaistniały za sprawą albumu "Epic Collection. Wolverine. Noce Madripooru" od Egmont Polska. A że jestem starym fanem opowieści o mutantach - bez różnicy czy tytuł prezentuje drużynę czy tylko jednego osobnika - to nie miałem problemu z podejściem do tej historyjki z dużym przymrużeniem oka. Czyli tak jak trzeba. Bowiem ta opowieść to przede wszystkim bajeczka a właściwie wstęp do niej. Kipiąca od prostoty, naiwności i przerysowanych zapożyczeń z filmów noir 😀
Historia zaczyna się jak dobry kryminał. Pewną wieczorową porą do baru "Princess" wchodzi facet w kapeluszu i papierosem w ustach. To jeden z tych facetów, którzy choć nie szukają kłopotów to kłopoty znajdują. I tak jest także tym razem. Nasz nieznajomy - albo znajomy, jeśli znacie tytułową postać 😉 - zostaje świadkiem gangsterskiej zawieruchy, co akurat mu na rękę gdyż… wygląda na znudzonego. Reszty łatwo się domyślić. Po krótkiej wymianie ciosów on zamawia coś do picia i zaczyna swoją opowieść.
I jedna i druga część "Save the Tiger" to wstęp do czegoś większego, przynajmniej wszystko o tym świadczy. Poznajemy tego Dobrego, poznajemy tego Złego - pana Roche'a - oraz dostajemy garść informacji na temat super zdolności zadymiarza z baru, tj. Wolverine’a. BTW, nie wiedziałem że Logan potrafi przeciąć dłonią miecz 😐 Całość dostajemy skąpaną w przyjemnym klimacie. Logan wygląda jak koleś z czarnego kryminału, boss przypomina przerysowane czarne charaktery z filmów sensacyjnych lat osiemdziesiątych a jego pomagierzy to wypisz wymaluj podrzędne typki z filmów klasy B, których mogliście widzieć dawno temu na VHSach albo na seansach serwowanych przez ekipę Najlepsze z Najgorszych 😀 Historyjki cud miód. Idealne ramotki na piątek.
_________________________
"Save the Tiger. The Good Guy"
"Save the Tiger. The Bad Guy!"
#001-002 "Marvel Comics Presents" vol 1 [09/1988]
Scenarzysta: Chris Claremont
Rysownik: John Buscema
Kolor: Glynis Oliver
Tusz: Klaus Janson
Twórca okładki: Walt Simonson
Polskie wydanie: "Epic Collection. Wolverine. Noce Madripooru" [Egmont, 11/2023]
#133 "The Uncanny X-Men. Wolverine: Alone!" [05/1980]
Na dobry początek tygodnia zapraszam Was na ciąg dalszy sagi "Dark Phoenix". Historii będącej z jednej strony prościutką opowieścią o starciu naszych mutantów z gorszą częścią Hellfire Club, z drugiej zapisem konfrontacji Scotta Summersa z jego starym mentorem, z trzeciej obrazem miłości łączącej Jean Grey i wspomnianego już pana Summersa. Na dobrą sprawę każdy zeszyt tego mini eventu zawiera wspomniane wątki. W zależności od sytuacji są one jednakże mniej lub bardziej rozbudowywane.
"Wolverine: Alone!" to przykład zeszytu czerpiącego po trochu z każdego z wymienionych wątków. Mamy dość agresywnego, nie bojącego się używać szponów Wolverine'a. Mamy zmartwionego Charlesa Xaviera, który coraz silniej zaczyna czuć się jak przysłowiowe koło u wozu. Mamy unieruchomionego Cyclopsa chcącego uwolnić Jean Grey spod wpływu Wyngarde'a. Sama fabuła nie wyrywa zbytnio do przodu - X-Meni jak byli uwięzieni tak i uwięzieni pozostają - ale na nudę czytelnik nie powinien narzekać. Jak na trykociarską przygodówkę całkiem przyjemne czytadło.
I jeszcze słówko o Rosomaku. Podobno w tym zeszycie pierwszy raz zaprezentowano jego regeneracyjne możliwości. Początkowo nie załapałem w czym rzecz - moje postrzeganie mocy Wolverine'a różni się znacznie od postrzegania fana komiksów lat osiemdziesiątych - ale faktycznie scena pojedynku Logana z ochroniarzami jest dość wymowna.
_________________________
"Wolverine: Alone!"
#133 "X-Men" vol 1 [05/1980]
Scenarzyści: Chris Claremont, John Byrne
Rysownik: John Byrne
Kolor: Glynis Wein
Tusz: Terry Austin
Twórcy okładki: John Byrne, Terry Austin, Gaspar Saladino
Polskie wydanie: "X-Men. Wolverine sam!" [TM-Semic, 03/1992], "Essential X-Men #1" [Mandragora, 06/2006], "The Uncanny X-Men. Mroczna Phoenix" [Hachette, WKKM, 02/2013]
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































.webp)



.jpg)


.jpg)







