Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

"The Shuttered Room"

 

"Biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta" autorstwa Joshiego to pozycja doprawdy fascynująca. Wychwalać jednak jej zalet w sposób rozwlekły nie zamierzam, przynajmniej nie w tym momencie, ale wszystkich zainteresowanych już teraz zachęcam do zapoznania się z nią, gdyż na polskim rynku stanowi nieocenione źródło (słowa uznania dla Mateusza Kopacza, tłumacza owej książki) informacji na temat życia i pracy twórczej 'dżentelmena z Providence'. Co jeszcze ważniejsze, książka inspiruje do ciągłego uzupełniania wiedzy o Lovecrafcie oraz przypomina o wpływie jego dokonań na współczesną popkulturę. Ta ostatnia kwestia została szczegółowo przedstawiona w rozdziale "Twa sztuka nie odeszła (1937-1996)", gdzie możemy przeczytać między innymi o pośmiertnych publikacjach dzieł Lovecrafta, zatargach o spuściznę po zmarłym pisarzu, czy właśnie oddziaływaniu jego twórczości na kulturę masową.

Lektura wspomnianego rozdziału była poniekąd powodem, dla którego sięgnąłem po filmy zainspirowane utworami Lovecrafta. Dawno, dawno temu kierowałem pochwały pod adresem "The Haunted Palace" w reżyserii Rogera Cormana, dziś przyszedł czas na "The Shuttered Room". O ile jednak w przypadku dzieła Cormana nie mamy wątpliwości, iż nawiązuje bezpośrednio do opowiadania "The Case of Charles Dexter Ward", o tyle z drugim filmem sprawa nie jest już taka oczywista. Choć, w czołówce "The Shuttered Room" możemy dostrzec informację jakoby scenariusz opierał się o tekst Lovecrafta, to jednocześnie pojawia się tam nazwisko Augusta Derletha, osoby która dla zachowania pamięci o 'samotniku z Providence' zrobiła tylko dobrego, co i złego. Oficjalnie uznaje się, że autorem opowiadania "The Shuttered Room" był sam Derleth, który jednakże utrzymywał współautorstwo Lovecrafta. Podobne zabiegi stosował Derleth także przy innych utworach swojego autorstwa, zwłaszcza tych odwołujących się do 'mitologii Cthulhu'. Jego poczytania dokładnie opisuje między innymi Joshi w "H.P. Lovecraft: A life":

Już w latach czterdziestych Derleth wpadł w obsesję na punkcie „mitologii Cthulhu” i pisał jedno opowiadanie za drugim. Dwa zbiory, The Mask of Cthulhu (1958) oraz The Trail of Cthulhu (1962), zawierające teksty publikowane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, stanowią jedne z najgorszych fragmentów jego twórczości. Derleth, podobnie jak wieku późniejszych autorów tego typu pastiszów, najwyraźniej uważa, że największym hołdem, jaki można złożyć Lovecraftowi, jest pisanie nieprawdopodobnych, banalnych imitacji jego własnych opowiadań. Niemalże każdy z tych tekstów zawiera katechizm idei Starszych Bogów i żywiołaków, a także „wypędzenie” „złego” Cthulhu, Yog-Sothotha oraz Hastura (którego Derleth zaczął uważać za przyrodniego brata Cthulhu, cokolwiek to oznacza).

I jeszcze jeden fragment:

Już wystarczająco niekorzystne byłoby dla Derletha, gdyby przedstawiał w swojej pracy twórczości własną wizję mitologii – uznano by, że jest to tylko i wyłącznie jego własne (uzasadnione lub nie) rozwiniecie pomysłów Lovecrafta. Derleth posuną się jednak dalej: w kolejnych artykułach przypisywał swoje poglądy Lovecraftowi. Właśnie poprzez tę działalność zasługuje na największe potępienie. W ten właśnie sposób Derleth przez trzydzieści lat utrudniał prawdziwe zrozumienie Lovecrafta, gdyż był traktowany jako „autorytet” w sprawie jego twórczości oraz jako jego rzecznik i obrońca.

Niezależnie jednak od rzeczywistych początków opowiadania "The Shuttered Room", film w reżyserii Davida Greena z 1967 roku jest pod wieloma względami znakomity. Impulsem do jego nakręcenia stał się wzrost zainteresowań mass mediów na początku lat sześćdziesiątych utworami Lovecrafta oraz opublikowanie przez Arkham House (wydawnictwo Derletha) kolejnego zbioru opowieści grozy ("The Shuttered Room and Other Pieces" 1959) zawierającego oprócz tekstów 'dżentelmena z Providence', także utwory innych pisarzy.

Postacią grającą w filmie Greena pierwsze skrzypce jest Susannah Whately, która po siedemnastu latach wraca na wysepkę Dunwich, aby odwiedzić i objąć w posiadanie rodzinne domostwo. W podróży towarzyszy jej małżonek (Gig Young) oraz… strach przed wspomnieniami z dzieciństwa. W rolę Susannah wcieliła się seksowna Carol Lynley (widoczna na zdjęciu), której wdzięki mogliśmy podziwiać chociażby w takich filmach, jak "The Last Sunset" (1961), czy "The Poseidon Adventure" (1972). Zarówno Lynley, jak i Young stworzyli kreacje zasługujące na uznanie, choć nie do końca tak dobre, jak można by było po nich oczekiwać. Pomimo niezbyt ciekawej i w suma sumarum schematycznej historii potwierdzili swoje umiejętności aktorskie, choć na zdecydowanie większą uwagę zasługuje Ethan – przywódca zacofanych, nieokrzesanych i obleśnych wieśniaków. W postać tę wcielił się hollywoodzki macho tamtego okresu, Oliver Reed, który w sposób wiarygodny odtworzył zafascynowanie prostego chłopa piękną i pociągającą panią z miasta.

Twórcom "The Shuttered Room" również należą się słowa uznania. Podczas oglądania filmu cieszyłem się widząc, że oto nie mam do czynienia z horrorem epatującym czy to nadmierną ilością krwi, czy też przyprawiającą o ból zębów, głupotą bohaterów. Zamiast scen pełnych brutalności i przemocy rodem z opowiadań Bierce’a, otrzymałem wciągający obraz o rodzinnej tragedii osadzony w realiach charakterystycznych dla prozy Lovecrafta. Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić w jakim stopniu film odpowiada utworowi Augusta Derletha, a na ile jest tylko wesołą twórczością Davida Greena. Zainteresowanych lekturą pierwowzoru odsyłam jedakże do zbioru opowiadań "Obserwatorzy spoza czasu" wydanego w 2000 roku przez Zysk i S-ka.

"The Shuttered Room" zasługuje na uwagę z jeszcze jednego względu. David Green posługując się motywami stosowanymi w horrorze już wielokrotnie – rodzinna klątwa, nawiedzone domostwo – w dość ciekawy sposób odzwierciedlił obraz Stanów Zjednoczonych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rewolucja seksualna, konflikt pokoleń, migracja ludności ze wsi do miast to przykłady najbardziej rzucające się w oczy. W trakcie seansu niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że czekająca na Susannah 'klątwa' jest jedynie dodatkiem, punktem wyjścia do opowiedzenia historii o wiele bardziej złożonej – historii o zderzeniu się przedstawicieli dwóch światów: ortodoksyjnego i nowoczesnego.

Niezależnie od wszystkiego, "The Shuttered Room" jest pozycją wartą polecenia każdemu miłośnikowi horroru; zwłaszcza fascynatom kina starszej daty. Podtrzymująca napięcie muzyka, przekonywający bohaterowie, atmosfera strachu to czynniki, dzięki którym czas poświęcony kinu Davida Greena nie uważam za stracony.


Słówko o "Planecie małp"

 

Zanim pan Franklin Schaffner przybliżył światu losy jednego z bardziej znanych amerykańskich generałów – za pracę nad filmem "Patton" [1970] otrzymał Nagrodę Akademii Filmowej – brał udział w innym, niemniej istotnym dla dziesiątej muzy przedsięwzięciu. Pod koniec lat sześćdziesiątych otrzymał propozycję przeniesienia na ekrany kin książki Pierre'a Boulle'a o intrygującym tytule "La Planète des singes". Historia tej mało znanej wówczas jeszcze powieści, przez samego autora określanej mianem fantazji społecznej, nie zachęcała jednak do podjęcia reżyserskiego wyzwania. Dla Schaffnera wizja zastępów aktorów przebranych za małpy wydawała się mocno komiczna i podobnej reakcji obawiał się ze strony przyszłej widowni. Do udziału w tym nietypowym projekcie przekonał go ostatecznie Charlton Heston, z którym Schaffner miał okazję pracować kilka lat wcześniej przy obrazie "The War Lord".

Filmowa "Planeta Małp" nie miała łatwego początku. Gdyby nie zacięta determinacja kilku osób – reguła obowiązująca przy większości produkcji – prawdopodobnie szefowie 20th Century-Fox nie podjęliby ryzyka i scenariusz wylądowałby w koszu na śmieci. Człowiekiem, bez którego nigdy nie doszłoby do powstania filmu był agent prasowy Arthur Jacobs, chcący sprawdzić się wówczas w roli producenta. To właśnie Jacobs jako jeden z pierwszych uwierzył w świetlaną, kinową przyszłość pomysłu Pierre'a Boulle'a. Zakupiwszy prawa do ekranizacji powieści już w 1963 roku – dosłownie na kilka tygodni przed oficjalną premierą książki – niemalże od razu rozpoczął prace nad urzeczywistnianiem jej hollywoodzkiej koncepcji. Produkcyjna machina rozruszana przez Arthura Jacoba – wspieranego we wczesnej fazie powstawania filmu między innymi przez Johna Lee Thompsona, reżysera "The Guns of Navarone" – ostatecznie wyhamowała dopiero w 1968 roku. Tyle czasu zajęło wspomnianemu producentowi skompletowanie aktorów, przekonanie możnych z 20th Century-Fox oraz wypracowanie scenariusza prezentującego coś więcej, niż satyryczno-moralizatorskie wykłady francuskiego pisarza.

oryginalny kostium Roddy McDowalla / John Chambers i Walter Mathau

Trzymaj ręce przy sobie, ty przeklęta, brudna małpo.

[George Taylor]

Pamiętając ile razy miałem przyjemność oglądać "Planetę Małp" można z całą pewnością uznać, że jestem niepoprawnym fanem tej niesamowitej serii. Nigdy nie miałem problemów z właściwym odbiorem filmu, nigdy nie wzbudzał we mnie – poza pewnymi wyjątkami, jak na przykład rozmowa Tylora z Luciusem [Lou Wagner] na temat zachowania dorosłych czy obraz gorylich myśliwych pstrykających sobie pamiątkowe fotki – ataku wesołości. Nie śmieszył widok aktorów paradujących w gumowych kostiumach, ani zwierzęce zachowanie przedstawicieli ludzkiej rasy. Duża w tym zasługa mistrza charakteryzacji Johna Chambersa, ojca małpiego wizerunku – za wykreowanie owego wizerunku otrzymał w 1968 roku honorowego Oscara – z oryginalnych filmów. Artysta dodał władcom tytułowej planety powagi, odpowiedniej estymy, autorytetu właściwego osobom zarządzającym daną społecznością. Współpracując z kostiumografem Mortonem Haackiem, wykorzystując wszystko co było pod ręką – dla przykładu: peruki małp zostały wykonane z ludzkich włosów – makijaż i wygląd poszczególnych postaci doprowadzili wspólnymi siłami do czystej perfekcji.

Niewątpliwym sukcesem Johna Chambersa było także nadanie bohaterom ekranowego realizmu. Obserwując działania filmowych antagonistów człowieka dalecy jesteśmy od bagatelizowania problemów przybliżonych przez Franklina Schaffnera, wręcz przeciwnie. Małpy, z których wielu w początkowej fazie powstawania produkcji otwarcie pokpiwało, w pewnym momencie spoważniały i zaczęły budzić autentyczną grozę. Patrząc na doktora Zaiusa – w tej roli znakomicie odnalazł się szekspirowski aktor Maurice Evans – jesteśmy dalecy od postrzegania jego postaci w kategoriach istoty śmiesznej czy też mało przekonywującej. Podczas procesu Tylora – dla zainteresowanych dopowiem, że scena została zainspirowana rozprawą sądową z lat dwudziestych, gdzie nauczyciela z Tennessee oskarżono o szerzenie teorii Karola Darwina – trudno nie traktować wspomnianego Ministra Nauki i Obrońcy Wiary inaczej, niż z należnym mu szacunkiem. Dążenia doktora Zaiusa do utrzymania obecnego status quo, jego ignorancja wobec nawet najbardziej racjonalnych argumentów i ślepe zaufanie do świętych przykazań okazanych przez Dawcę Praw wypadają niezwykle autentycznie.


Powiedzcie mi jeszcze: czy człowiek, zadziwiający i osobliwy cud wszechświata, zdolny wysłać mnie w kosmos, wciąż walczy ze swoim bratem i pozwala by dzieci sąsiadów głodowały?

[George Taylor]

Niewątpliwą siłą "Planety Małp" jest prostota i bezpośredniość wizji, którą przekazuje. Za sterami scenariusza niemalże od samego początku stał Rod Serling, który na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych święcił sukcesy ze znakomitym serialem "Twilight Zone". Wstępnie jego zadanie miało polegać na bardzo drobiazgowym przeniesieniu wizji Pierre'a Boulle'a na ekrany kin. Scenariusz miał być wyłącznie wierną adaptacją książki. Widzowie mieli zostać przeniesieni na planetę do złudzenia przypominającą Ziemię, pełną tętniących życiem metropolii. Z takich rozwiązań na szczęście – przynajmniej w mojej opinii – szybko zrezygnowano. Władze  20th Century-Fox oszacowały, że koszt takiej produkcji z pewnością przekroczyłby sto milionów dolarów a na taki wydatek nie mogli sobie pozwolić, gdyż wytwórnia jeszcze lizała rany po produkcji filmu "Cleopatra" z Elizabeth Taylor w roli tytułowej. Ostatecznie, po licznych przeróbkach – w jednym ze skryptów dowodem na istnienie zapomnianej rasy ludzkiej miała być trumna z ludzkim szkieletem, w innym rolka filmu prezentująca eksplozję bomby atomowej – wielkie miasta zastąpiono prymitywnymi jaskiniami, zredukowano także poziom zaawansowania technologicznego społeczeństwa małp. Wszystkie te zabiegi pozwoliły obniżyć koszty i doprowadziły do szczęśliwej premiery 8 lutego 1968 roku.

Momentem przełomowym w trakcie prac nad "Planetą Małp" było pojawienie się koncepcji związanej z niemalże całkowitą zagładą cywilizacji człowieka. Wraz z rozwojem scenariusza twórcy filmu coraz bardziej porzucali pierwowzór literacki, co nie do końca podobało się między innymi panu Boulle, na rzecz przedstawienia realnych zagrożeń połowy dwudziestego wieku. Rod Serling obserwując nastroje społeczne, przede wszystkim obawy świata przed wojną nuklearną – pamiętajmy, że mówimy tu o okresie tuż po zakończeniu kryzysu kubańskiego – postanowił wzbogacić produkcję o mocno pesymistyczne przesłanie. Scena finałowa, w której jadący plażą Taylor odkrywa ruiny Statuy Wolności – początkowo jej obecność na planecie miała zostać zdradzona wcześniej, ale stwierdzono, że zepsuje to końcowy efekt – to jedna z najbardziej rozpoznawalnych scen w historii kina. Ostatni monolog bohatera do dzisiaj robi na mnie niesamowite wrażenie i zmusza do refleksji. 'O mój Boże, wróciłem. Jestem w domu. Wylądowaliśmy na… Więc doprowadziliśmy do tego. Szaleńcy! Wszystko zniszczyliście. Niech was szlag, niech was wszystkich jasny szlag!'.

– Pani doktor, chciałbym panią pocałować na pożegnanie.

– No dobrze, ale jesteś taki brzydki.

[George Taylor i dr Zira]

Trudno dzisiaj wyobrazić sobie "Planetę Małp" bez Charltona Hestona. Aktor – mający już wówczas w dorobku wiele rozpoznawalnych kreacji, takich jak chociażby rolę żydowskiego księcia Ben Hura – nadał Taylorowi niezwykłej wyrazistości. Będąc na planie po prostu góruje nad pozostałą obsadą, choć pozycja granej przez niego postaci powinna de facto w dużym stopniu to uniemożliwiać. Heston, mający za całe odzienie kawałek skóry – pomysł podsunął sam aktor, który chciał w ten sposób dobitniej pokazać zwierzęcą pozycję człowieka w społeczeństwie małp – niewiele większy od chusteczki do nosa potrafił mimo wszystko zdominować otoczenie i wziąć na swoje barki ciężar prowadzenia akcji. Za jego sprawą gardzący wszystkim ziemski astronauta urasta do rangi filozofa, poszukiwacza istoty lepszej od człowieka oraz spostrzegawczego obserwatora. Dysputy Taylora ze wspomnianym wcześniej Zaiusem na temat podobieństw pomiędzy obiema rasami czy też luźna wymiana zdań z doktor Zirą [Kim Hunter] i archeologiem Corneliusem [Roddy McDowall] stanowią kwintesencję filmu i podkreślają jego moralizatorski wydźwięk.

Jak wyglądałaby film Franklina Schaffnera bez wspomnianych aktorów? Bez charyzmy Taylora i naukowej waleczności doktor Ziry? Bez marzeń Corneliusa o odkrywaniu nieznanego? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Arthur Jacobs bardzo długo kompletował zespół i marzył o pozyskaniu dla projektu wielu znanych osobistości. Wśród aktorów przymierzanych do roli pierwszoplanowej wymieniano między innymi Johna Wayne'a, w roli Zaiusa widziano Edwarda Robinsona a piękną Novę miała zagrać dziewczyna Agenta 007 Ursula Andress ["Dr. No"]. Cieszę się jednak, że nic nie wyszło z owych planów. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Taylora w kowbojskim kapeluszu.

"Planeta Małp" zrobiła kolosalne wrażenie. Większość recenzentów zachwalała napięcie towarzyszące historii oraz dystopijny charakter filmu. Widzowie podkreślali, że Rod Serling idealnie zdiagnozował pesymistyczną – spotęgowaną dodatkowo tragiczną śmiercią Martina Luther Kinga i Roberta Kennedy’ego – atmosferę amerykańskiego społeczeństwa. Dla wielu twórców obraz Arthura Jacobsa stał się wyznacznikiem nowych trendów, jeżeli chodzi o kino science fiction. Dla mnie "Planeta Małp" to przede wszystkim dobrym film, porządnie zrobiony, ze świetną scenografią i zapadającą w pamięci muzyką Jerry’ego Goldsmitha. I choć żałuję, że twórcy zrezygnowali z pewnych rozwiązań fabularnych – w jednym ze scenariuszy Taylor w końcowych scenach zostaje zamordowany przez snajpera a będąca w ciąży Nova ucieka do Zakazanej Strefy – to jednak zawsze będę wracał do Planety Małp z wielkim sentymentem.



"Damnation Alley"


W 1969 roku Roger Zelazny napisał jedną z ciekawszych powieści postapokaliptycznych, tj. "Damnation Alley". Najogólniej mówiąc historia stanowi zapis podróży Czarta Tannera, bohatera walczącego o odkupienie, przez zniszczoną wojną i kataklizmami Amerykę. Osoby zainteresowane książką odsyłam do cyklu Wehikuł Czasu; wydawnictwo Rebis jakiś czas temu postanowiło przypomnieć polskim czytelnikom klasykę fantastyki. Ostrzegam jednak, że jest to dość twarde science fiction i choć zawiera pewną dawkę przemyśleń – nazwijmy je – filozoficznymi, światopoglądowymi to nie stanowią one głównego obszaru zainteresowań autora. Warto także wspomnieć, że początkowo "Damnation Alley" miało kształt opowiadania i zostało opublikowane w październiku 1967 na łamach "Galaxy Magazine".

Kilka lat później Jack Smight – reżyser takich filmów, jak "The Illustrated Man" czy "Harper" podjął się przeniesienia powieści Rogera Zelaznego na ekrany kin. Czy mu się udało? Kilka dni temu miałem okazję poznać ową produkcję, ale niestety nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Domyślałem się, że w "Damnation Alley" trudno będzie o jakieś specjalne fajerwerki, ale nie sądziłem, że będzie aż tak źle. Zarówno efekty specjalne – podobno wytwórnia Twentieth Century Fox wydała blisko siedemnaście milionów dolarów! – jak i gra aktorska pozostawiają wiele do życzenia. Sytuację na ekranie próbował ratować George Peppard – późniejszy Hannibal z serialu "The A-Team" – grający stanowczego i momentami chamskiego majora Eugena Dentona, ale działając w pojedynkę niewiele mógł zrobić. Prawdopodobnie z całego obrazu zapamiętam dwie rzeczy, mianowicie niesamowitej konstrukcji pojazd zwany Landmasterem oraz wielkie krwiożercze karaluchy atakujące nieostrożnych przybyszów.

Jeżeli chodzi o samą historię to film pana Smighta zdecydowanie odbiega od książki Zelaznego. Choć za scenariusz odpowiadał duet doświadczonych twórców – Lukas Heller ["Parszywa dwunastka", "Start Feniksa"] oraz Alan Sharp ["W mroku nocy", "Rob Roy", "Jesteśmy snem"] – to ewidentnie nie sprostał on literackiemu pierwowzorowi. Brakuje mu charyzmy, fabularnego pazura, który należycie zahipnotyzowałby odbiorcę. Co ciekawe, początek filmu wygląda obiecująco i zapowiada całkiem przyzwoite kino postapokaliptyczne. Mamy tajną bazę wojskową i początek nuklearnego konfliktu, świat w morzu ognia, przechylenie osi Ziemi, zmiany klimatyczne, potężne burze pustynne, tornada i powodzie. Do tego zmutowane robale – chociaż koszmarnie wykonane – i człowieka walczącego o przetrwanie. Wydawałoby się, że w związku z obecnością powyższych czynników wyprawa głównych bohaterów do Albany będzie pasjonującą podróżą przez świat prawdziwie apokaliptyczny, świadectwem ludzkiej tragedii, ale nic z tego. W pewnym momencie ich wędrówka zaczyna przypominać uporządkowaną przejażdżkę, a napotykane przez bohaterów przeszkody wyglądają mało przekonywająco.

Produkcji Jacka Smighta nie pomagają także sporadyczne uwagi bohaterów na temat przyszłości ludzkiej cywilizacji. Rozważania odnośnie konfrontacji natury z zaawansowaną technologią, pytania o możliwość odbudowania zdziesiątkowanego społeczeństwa czy nostalgiczne wspominki dawnych dni – świetna scena w kasynie – wydają się być wtrącane na siłę i szybko urywane. Wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że scenarzyści chcieliby powiedzieć coś więcej, ale zwyczajnie nie mieli pomysłu na właściwe przedstawienie zagadnienia. Jakby tego było mało końcówka filmu próbuje odpowiedzieć na pytanie 'czy będzie tak, jak dawniej?' i rozpalić promyk nadziei na lepsze jutro. Do mnie jednak zupełnie nie przemawia i sprawia wrażenie strasznie infantylnej.

"Damnation Alley" nie jest produkcją wybitną, czy nawet dobrą i naprawdę wielka szkoda, że z powieści Rogera Zelaznego zostało tak niewiele zaczerpnięte. Być może gdyby twórcy filmu zamiast promować kaskaderskie wyczyny motocyklistów, poświęcili więcej uwagi przedstawieniu zmian zachodzących w świecie po totalnym kataklizmie, ocena byłaby wyższa.



Giuseppe de Liguoro i jego "L’Inferno"


Jeżeli miałby ktoś ochotę na włoskie kino nieme to polecam "L’Inferno" z 1911 roku, czyli filmową wersję "Boskiej Komedii" Dante Alighieri. Obraz Giuseppe de Liguoro przykuwa uwagę już od pierwszych minut, co przy produkcji dźwiękowej bardzo dobrze wróży. Choć fabuła filmu bazuje głównie na wspomnianym średniowiecznym poemacie a kolejne kadry odzwierciedlają prace francuskiego grafika Gustava Doré, widza nie ogrania znużenie, wręcz przeciwnie. Wędrówka Dantego przez Piekło została przedstawiona niezwykle dynamicznie. Zaskakują zwłaszcza efekty specjalne (latająca Beatrycze, znikający Wergiliusz, człowiek niosący własną głowę, olbrzym unoszący Danego i Wergiliusza, płonące mogiły, trzygłowy Cerber), których pomysłowość musiała robić prawdziwą furorę na początku drugiej dekady dwudziestego wieku. Pod tym względem, "L’Inferno" jest pozycją obowiązkową dla osób zainteresowanych rozwojem kinowych 'special effects'.

Oceniając "L’Inferno" trzeba przyznać, że jego twórcy podeszli do zadania bardzo poważnie a dzieło wywołało prawdziwą zawieruchę wśród krytyki. I nie chodzi tylko o to, że prace nad filmem trwały ponad trzy lata, a zyski z niego osiągnęły zawrotną wówczas sumę dwóch milionów dolarów. Giuseppe de Liguoro zachwycił publiczność (premiera filmu miała miejsce w Neapolu w Teatrze Mercadante 10 marca 1911 roku) wręcz monumentalnym wizerunkiem dantejskiego piekła, dbałością o jego detale (wrażenie robi zarówno ogólna scenografia, jak i poszczególne kostiumy) oraz adekwatną do niego, i potęgowaną wraz z prezentowaniem kolejnych diabelskich czeluści, atmosferą strachu. Podążając za Dantem (Salvatore Papa) i Wergiliuszem (Arturo Pirovano) widzimy, jak bardzo zależało reżyserowi na przekonaniu widza o autentycznym okrucieństwie kar czekających grzeszników. Prezentowane piekielne męki mogą wstrząsnąć nawet dzisiejszym odbiorcą (Lucyfer zjadający grzeszników, ludzie z powykręcanymi kończynami). Dodatkowo, w "L’Inferno" można zauważyć dość odważne podejście do tematu nagości w filmie. Oczywiście, większość aktorów ma pozakrywane intymne części ciała (np. woreczki przykrywające członki, pieluchy), ale nie brakuje także scen prezentujących, np. kobiece piersi. Gdzieniegdzie 'strategiczne miejsca' są tak pomysłowo osłonięte, że widz do końca nie może być pewien, co dokładnie zobaczył.

"L’Inferno" warto zobaczyć. Nie tylko z uwagi na jego wartość historyczną dla wszystkich interesujących się rozwojem i możliwościami kina z początku minionego stulecia, ale również dlatego, że jest to pierwszy pełnometrażowy film włoski. Jak wspomniałem, Giuseppe de Liguoro pracował nad nim ponad trzy lata i efekt jest doprawdy imponujący. Efekty specjalne, kostiumy, imponująca scenografia zadowolą każdego fana starego kina. Na koniec dodam, że jakiś czas temu do filmu wkomponowano muzykę w wykonaniu zespołu Tangerine Dream, czego niestety nie mogę uznać za plus.

Słówko o "Lokatorze" Hitchcocka


W opracowaniach poświęconych początkom kina bardzo często wspomina się o "The Lodger - A Story of the London Fog" w kontekście pierwszego, naprawdę wartościowego dzieła młodego Alfreda Hitchcocka. Co więcej, w niektórych środowiskach film umiejscawia się w zaszczytnym gronie najlepszych brytyjskich obrazów kinematografii lat dwudziestych. Niezależnie jednak od końcowej oceny warto przypomnieć, że opowieść o londyńskim mordercy kobiet nie miała łatwego startu. Nakręcona w 1926 roku początkowo nie sprostała oczekiwaniom producentów i została odłożona na przysłowiową półkę. Jeżeli wierzyć plotkom sprawcą całego zamieszania był reżyser Graham Cutts, który w utalentowanym Hitchcocku widział przyszłego rywala. Prawdopodobnie nigdy nie będziemy pewni owych rewelacji, lecz tak czy inaczej scenariusz filmu poprawiono a premierę przesunięto w czasie. Jako ciekawostkę dodam, że osobą wspierającą Hitchcocka w nanoszeniu stosownych poprawek był Ivor Montagu, angielski krytyk filmowy, producent, filmowiec a także późniejszy mistrz tenisa stołowego oraz agent sowieckiego wywiadu.

Mrs Bunting [Marie Ault] witająca tajemniczego Lokatora [Ivor Novello]

Patrząc na początkowe problemy na linii reżyser-producent oraz wiedząc o zmianach w scenariuszu względem powieści Marie Belloc Lowndes* - w oryginalnej historii tytułowy lokator dużo mocniej jawi się jako tajemniczy morderca - aż trudno uwierzyć, że "The Lodger - A Story of the London Fog" w tak dużym stopniu oczarował zarówno krytyków, jak i samą widownię. Premiera filmu miała miejsce w połowie stycznia 1927 roku w słynnym - pierwszym, do którego zawitali król i królowa** - kinie Marble Arch Pavilion. Pochlebne opinie pojawiły się w wielu branżowych czasopismach, chociażby w "The Bioscope". Naturalnie, dzisiaj opowieść o Mścicielu polującym na piękne blondynki nie wzbudza takich emocji jak w latach dwudziestych. Trudno, aby współczesny widz torpedowany kolejnymi, szokującymi thrillerami drżał na widok kuchennego noża. Prawdę powiedziawszy nie drżał także wówczas, kiedy Ivor Novello debiutował w roli Jonathana Drew.

Wieczór z szachami, Ivor Novello oraz June Tripp

Sukces filmu Alfreda Hitchcocka nie narodził się ani w makabrze ani w grozie rodem z "Gabinetu doktora Caligari". Na próżno go szukać w dosadnych scenach morderstw popenianych przez Mściciela czy obrazach poświęconych jego ofiarom. Gwoli ścisłości, takich kadrów podczas seansu nawet nie uświadczymy. Najprościej byłoby powiedzieć, że wszystkiemu winne umiejętne budowanie fabularnego napięcia przez samego reżysera. I choć brzmi to jak sztampowy, oklepany frazes to można dostrzec w nim ziarno prawdy. Nastrój kreowany przez Hitchcocka nie ma jednak charakteru sensacyjnego, choć historii nie można odmówić zawrotnego - jak na ówczesne standardy - tempa. Jego siła tkwi w stopniowym i bardzo intrygującym raczeniu widza kawałkami większej układanki. Bardzo dobrze schemat ów oddaje początek filmu skoncentrowany na ukazaniu narastającej paniki londyńczyków zestawionej z procesem rozpowszechniania się wieści odnośnie kolejnych zbrodni. Hitchcock odsłania karty ale powoli, nieśpiesznie. Pokazuje jak jedna z nich oddziałuje na kolejne, aż do finału opowieści.

June Tripp, Malcolm Keen, Marie Ault

Jeżeli miałbym pokusić się o opisanie filmu "The Lodger - A Story of the London Fog" w dwóch zdaniach to nazwałbym go historią o złych wyborach podejmowanych zbyt pośpiesznie i pod wpływem presji tłumu. Hitchcock zafundował widzom opowieść, w której domysły wygrały ze zdrowym rozsądkiem. W dodatku zrobił w iście mistrzowskim, eleganckim stylu, tj. bazując na prostych relacjach między ludzkich i uczuciach im towarzyszących. Pokazując na ekranie panikę, miłość, rozczarowanie, zazdrość oraz lęk przed nieznanym. A przede wszystkim tworząc widowisko nie tyle w oparciu o 'specjalne efekty', ile pobudzając wyobraźnię widza przy pomocy prostych - wyrazistych w swojej symbolice - rekwizytów.


* Mowa o powieści "The Lodger", która wspólnie ze sztuką "Who Is On?" stała się podstawą filmu.

** 11 listopada 1924 roku król Jerzy V oraz królowa Maria mieli okazję obejrzeć film "Zeebrugge".


[1950] Destination Moon

Zakładam, że większość z nas zna albo przynajmniej kojarzy Roberta Ansona Heinleina. Amerykański autor obracający się w kręgach fantastyki naukowej, którego kilka powieści – m.in. The Puppet Masters [1951], Starship Troopers [1959], Stranger in a Strange Land [1961] – znalazło uznanie także na naszym rodzimym podwórku. Oficer marynarki wojennej, inżynier, pisarz często stawiany obok takich sław jak  Isaac Asimov czy sir Arthur Charles Clarke. Prawdziwy ojciec twardej science fiction. Warto jednak wiedzieć, że zanim pan Heinlein rozpoczął tworzyć 'na poważnie', prognozować przyszłość i kreślić ogólną wizję rozwoju ludzkości, napisał także kilka prostych, wręcz infantylnych tekstów fantastyczno-przygodowych. Przeznaczonych w dużej mierze dla młodszego pokolenia czytelników, których świat nauki dopiero zaczynał fascynować. Do grona owych tekstów należy chociażby powieść Rocket Ship Galileo z 1947 roku, która stała się podstawą scenariusza filmu Destination Moon.

pierwsze wydanie powieści Rocket Ship Galileo,
wyd. Charles Scribner's Sons, 13/10/1947

Mówi się, że Destination Moon odpowiadał za wielki boom tematyki science fiction kina lat pięćdziesiątych. I choć tak faktycznie było to prawdę powiedziawszy początkowo nic nie zapowiadało, aż tak wielkiego sukcesu. Za kamerami stanął Irving Pichel, którego bardziej kojarzono z kinem antywojennym niż stricte science fiction. Opieki nad całym przedsięwzięciem podjął się George Pal, który choć dobrze znany w Hollywood to jednak utożsamiany głównie ze środowiskiem filmów krótkometrażowych oraz kreskówek. Nie były to wielkie osobistości tamtych czasów. Wśród aktorów także zabrakło powszechnie rozpoznawalnych twarzy. Skąd zatem wspomniany sukces filmu? Destination Moon swoje powodzenie zawdzięcza w dużej mierze odpowiedniemu, starannemu marketingowi. O produkcji naprawdę było głośno. Pisano o niej w gazetach familijnych, w większości czasopism poświęconych fantastyce – chociażby w lipcowym numerze Astounding Science Fiction – a także w słynnym magazynie Life. Nie bez znaczenia była także tematyka filmu. Człowiek rzucający wyzwanie Księżycowi? Od ponad dwudziestu lat, od filmu Fritza Langa Woman in the Moon z 1929 roku świat kina nie podejmował podobnej tematyki. Summa summarum Destination Moon po prostu musiał wzbudzać zainteresowanie.

Podczas promocji Destination Moon a także zaraz po jego pierwszych pokazach dość głośno było także o aspektach technicznych filmu. Duże brawa zebrali Chesley Bonestell – popularyzator podróży kosmicznych, ilustrator, współtwórca takich magazynów jak Astounding Science Fiction czy The Magazine of Fantasy and Science Fiction – oraz Leland Zavitz trzymający pieczę nad efektami wizualnymi i ostatecznie nagrodzony za swoje starania Oscarem. Dzisiaj, co zupełnie zrozumiałe, praca obu panów nie robi już takiego wrażenia, ale ponad siedemdziesiąt lat temu obraz oddalającej się Ziemi – widzianej oczyma jednego z bohaterów spektaklu – wzbudzał prawdziwe emocje. Podobnie jak spacer kosmonautów po Księżycu czy rakieta zawieszona w pustce kosmosu. Ówczesnych widzów nie raziły proste rozwiązania techniczne, powiedzmy gumowe przyssawki w butach czy tekturowe elementy scenografii. Dla nich liczyła się sama podróż. Wspólnie z doktorem Charlesem Cargravesem opuszczali rodzinną planetę i to w czasach gdy wyobraźnia społeczeństwa amerykańskiego nie była stymulowana kosmiczną rywalizacją dwóch mocarstw. W dodatku do części odbiorców z pewnością przemawiały wyjaśnienia techniczne całego projektu. Choć podane w sposób bardzo lakoniczny a momentami wręcz humorystyczny – w filmie pojawia się krótka, zabwna animacja z udziałem Woody'ego Woodpeckera – pozytywnie nakręcały wszystkich zafascynowanych zagadnieniami science fiction.

Chesley Bonestell i Woody Woodpecker, którą to postać stworzył Walter Lantz, wieloletni przyjaciel George'a Pala.

Wielkie makiety, gipsowe kratery, popękany Księżyc, plastikowe modele. Czy to wszystko może przykuć uwagę współczesnego odbiorcy? Czy będzie on w stanie zaakceptować działanie termojądrowej "Luny" rozdzierającej przestrzeń kosmiczną z prędkością około 4 000 metrów na sekundę? Na ten pytania nie otrzymamy prawidłowej odpowiedzi. Dla jednych będzie to ciekawa wyprawa w przeszłość, inni sprowadzą Destination Moon do roli podmiotu badań nad rozwojem kinematografii. Znajdą się i tacy, którzy po piętnastu minutach zrezygnują z seansu. Dla nich będzie to koszmarna strata czasu. Totalna bzdura, którą będą oceniać – niestety – wyłączenie w odniesieniu do standardów dzisiejszych produkcji. Jeżeli o mnie chodzi widziałem film dwa, trzy razy i za każdym razem świetnie się bawiłem. Można krytykować film za momentami zbyt frywolne zobrazowanie tematu, za zbyt humorystyczne podejście do jakby nie było poważnego zagadnienia. Warto jednak pamiętać, że przed 1950 rokiem powstało niewiele filmów science fiction, które zostały nakręcone z takim rozmachem jak Destination Moon. Jeżeli ktoś widział Dr Cyclops [1940] czy The Purple Monster Strikes [1945] będzie wiedział o czym dokładnie mówię.

Destination Moon – jak wskazuje sam tytuł filmu – to przede wszystkim relacja z podróży człowieka na Księżyc. Konkretnie czterech bohaterów, specjalistów nadzorujących cały projekt od początku do końca. W trakcie owej wycieczki astronauci mierzą się z różnymi problemami, dokonują stosownych napraw – także poza rakietą, spacerując w kosmosie – i skomplikowanych wyliczeń. Ich działaniom nie towarzyszy panika. Widz także nie odczuwa specjalnego zagrożenia. Jak się zastanowić to bohaterowie filmu przypominają postaci z książek Juliusza Verne'a. Odważni, opanowani, znający się na swojej robocie, śmiało zmierzający z jednego punktu do drugiego. Patrioci chcący dotrzeć do wyznaczonego celu w imię ludzkości i Stanów Zjednoczonych. Widać, że Irving Pichel starał się uniknąć – do pewnego stopnia nawet mu się to udało – politycznych przesłań. Temat rywalizacji ówczesnych mocarstw praktycznie nie istnieje. Na samym początku zostaje jedynie przywołany strach amerykańskiego społeczeństwa przed skażeniem radiologicznym, ale wraz z oderwaniem się rakiety od ziemi zostaje on stłumiony przez wszechobecną euforię.

Strange Adventures. Destination: Moon vol 1 [09/1950]
DC Comics

Isaac Asimov nazwał niniejszy film "the first intelligent science-fiction movie made". Destination Moon pokazał jak należy podchodzić do kina inspirującego się fantastyką naukową. Wyznaczył kierunek, którym podążyło – w bardzo krótkim czasie – wielu twórców. Nie wszystkim udało się doścignąć produkcję George'a Pala, ale próby zostały podjęte a artyści – także ci związani ze światem komiksu – zyskali nowe pole do działania.