"GUN HONEY - 3 - Kurs kolizyjny"


Na wstępie coś sobie wyjaśnijmy. Seria "Gun Honey" - zaliczam do niej również tytuły poboczne typu "Heat Seeker" - nie jest serią ani dla każdego, ani serią zbyt oryginalną. Wystarczy spojrzeć na okładkę aby wiedzieć czy świat aktualnie tworzony przez Charlesa Ardaia jest czy nie jest światem dla nas. Dziewczyna w mocno obcisłej skórze, z pistoletem w lewej ręce oraz prawą ręką spoczywającą na detonatorze może ale nie musi zachęcać do lektury i nie pomogą tutaj żadne szumne slogany, pisane czy to przez Eda Brubakera czy Stephena Kinga.

"Kryminał noir najwyższej próby"? Naprawdę chciałbym aby i tym razem Ed Brubaker miał rację. Rozumiem jednak dlaczego taki slogan widnieje na okładce. Zarówno on jak i King - dwa zdania od niego pojawiają się na tylnej okładce - często w wywiadach podkreślają jak bardzo lubią takie pulpowe historie. Konkretne, dynamiczne, pozbawione zbędnego gadulstwa, skupione wyłącznie na rozrywce i dostarczaniu dużej ilości akcji. Niezależnie jednak od okresu powstawania opowieści takiego typu niewiele mają wspólnego z logiką na tej samej zasadzie z jaką niewiele wspólnego z logiką miały przygody agenta 007 czy historie z detektywami, kowbojami z tanich, amerykańskich magazynów z lat czterdziestych.


Seria pisana przez Charlesa Ardaia i rysowana przez Ang Hor Khenga do pewnego stopnia jest spadkobierczyną  owych magazynów. W mojej opinii nie ma jednak nic wspólnego z noir. Tak naprawdę to serii "Gun Honey" nie po drodze nawet z dzisiejszym kryminałem a co dopiero z twórczością powiedzmy Dashiella Hammetta. Jeżeli jednak miałbym przypiąć serii łatkę to powiedziałbym, że najbliżej jej do powieści szpiegowskich, widowiskowych, z dużą ilością cliffhangerów. Przemawia za tym odpowiednia dynamika fabularna, lore ardaidowej rzeczywistości oraz sama postać, która choć zbudowana na krzydzących kliszach i stereotypach to jednak ma w sobie coś co może się podobać i nie mówię tutaj o jej atrakcyjności fizycznej.

Joanna Tan jest niczym Jason Bourne albo Velvet Templeton, bohaterka Eda Brubakera z serii "Velvet". Doskonale wyszkolona, obdarzona niemalże super wytrzymałością, wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt rodem z technothrillerów Toma Clancy'ego. Do tego Ardai zrobił z niej dziewczynę bardzo zmysłową, świadomą swoich wdzięków i nie mającą problemów z wykorzystywaniem ciała jako broni. Taka bohaterka w zestawieniu z fabułą skoncentrowaną na akcji rzeczywiście może się podobać ale i nie musi.


Fabularnie "Kurs kolizyjny" nie oferuje wiele więcej poza prostą akcją. Bohaterowie jak po sznurku przemieszczają się z punktu A do punktu Z, po drodze strzelając, przeklinając i robiąc efektowne fikołki. Tak jak powiedziałem: z logiką te historie nie mają wiele wspólnego. Do tego dochodzi nagość nie mająca w sobie nic ze zmysłowej erotyki. To jest największy minus tej serii. Lubię pulpowe historie, nie mam problemu z niedorzecznością wydarzeń i czarno-białymi, przerysowanymi postaciami. Mam jednak kłopot z tym jak prezentowane są w tym komiksie dziewczyny. Właściwie pojawiają one jedynie po to aby czytelnik mógł zobaczyć kilka nagich piersi. Nic więcej. Niby Charles Ardai próbuje usprawiedliwiać ich obecność - w tej historii obecne są pustelniczki oddane medytacji i przebywające w dawnym klasztorze [!] będącym aktualnie tajną bazą jednego z bohaterów - ale robi to bardzo niedbale. Dostajemy jedno zdanie wyjaśnienia a następnie kadr z trzema nagimi kobietami. W mojej ocenie takie działania jedynie szkodzą serii i sprawiają, że historie mogące być ciekawym echem dawnych the pulps stają się zwyczajnie niesamczne.


Graficznie seria dostosowuje się do tego co dostajemy w scenariuszu. Inna sprawa, że Ang Hor Kheng - w Polsce, podobnie jak i Ardai, znany tylko z tej jednej serii - nie dostaje dużo miejsca na zabawę rysunkiem czy na większe skupienie na tytułowej postaci. Do jego głównych zadań należy właściwie zdynamizowanie historii i z tego zadania wywiązuje się dobrze. Nie można zarzucić mu planszowej opieszałości, braku pomysłów na urozmaicanie kadrów czy nieodpowiedniej ekspozycji kobiecego ciała. Nie są to rysunki zbyt wyszukane i na pewno nie mają w sobie niczego ze starej szkoły rysowania; skupionej na detalach - chociażby na precyzyjnym odwierciedlaniu rysów bohaterów - na drugim, trzecim planie, etc. Całościowo rysunki nie prezentują się jednak źle. Powiedziałbym nawet, że w kategoriach komiksu sensacyjnego wyglądają bardzo przyzwoicie.

Poniższą okładkę do drugiego zeszytu "Collision Course" narysował Sean Phillips.


-----------------------------------------------------

#001-#004 "Gun Honey: Collision Course" (05-08/2024)

napisał: Charles Ardai
narysował: Ang Hor Kheng
pokolorował: João Rodri
polskie wydanie: "Gun Honey - 3 - Kurs kolizyjny" (Egmont Polska, 03/2026)
Komiks otrzymałem od wydawcy.