MAŁE ARKANA - 3 - Księżyc


Nie jestem fanem historii pędzących na łeb na szyję, tak samo jak nie lubię gdy kolejni herosi Marvela zamiast ruszać głową prężą muskuły niczym na wybiegu dla modeli. Lubię gdy historia ma własny rytm, niezależny tak od aktualnych trendów jak i - przynajmniej do pewnego stopnia - od oczekiwań czytelników. Kiedy biorę do ręki coś co rzeczywiście chciał przekazać twórca danego komiksu a nie dział marketingu. "Małe Arkana" są takim tytułem. Bardzo odautorskim, z wszystkimi tego zaletami i wadami.

Zacznijmy od tych ostatnich. Na co cierpi ten konkretny cykl Jeffa Lemire'a? Złośliwi powiedzą: dokładnie na to samo co większość ostatnich komiksów jego autorstwa. Historia nie grzeszy tempem. Jej bohaterowie snują się po planszach a z tego snucia wynika niewiele. Nawet jeżeli przy pierwszym spotkaniu czujemy zaciekawienie - choć kolejna dysfunkcyjna familia nie jest czymś czego nie widzieliśmy już wcześniej - to przy kolejnych zaczynamy ziewać. Niestety, w tym wypadku często urozmaicenia w postaci 'scen magicznych' nie pomagają bo z nich również - na tą chwilę - wynika niewiele. Wiemy, że Theresa ma w sobie magicznego wilka a jej matka nie ma choć od lat wmawia mieszkańcom Limberlost, że jest inaczej. Theresa złości się na matkę, złości się na siebie za powrót w rodzinne strony, jej matka wkurza się na nią bo ta ciągle chodzi w nosem na kwintę i tak w kółko. Bywa to męczące. Bywa też prawdziwe.

"Małe Arkana" nie są historią przez duże H ale wydaje mi się, że nigdy nie miały być. Przynajmniej na ten moment - a jestem po lekturze tomu numer trzy - nic na to nie wskazuje. Czy to źle? W żadnym razie. Jak wspomniałem: nie lubię bohaterów prężących muskuły. Wolę klimaty, które ostatnio dostałem w takich seriach jak "Saint-Elme" czy "Friday". Miasteczko gdzie każdy wie kto ma jakie problemy i z kim aktualnie sypia. Miasteczko będące na celowniku złych ludzi i zjawiska nie z tego świata w tle. Takie klimaty uwielbiam i dlatego czytam "Małe Arkana".


Oczywiście miasteczka gdzie każdy dziwnie się uśmiecha i trzyma nóż za plecami czy problemy rodzinne wynikające z niedokończonych spraw sprzed lat to są klisze ale czasami nawet oklepane schematy mogą być ciekawe. Zwłaszcza, jeżeli zabiera się za takie klisze zabiera się Jeff Lemire, który mówicie co chcecie, ale zjadł zęby na prezentacji takich małych społeczności. Wolne tempo narracji absolutnie mi nie przeszkadza m. To co dla innych jest wadą dla mnie jest zaletą. "Małe Arkana" mają własny rytm i ja ten rytm kupuję.


Poza tym nie jest tak, że w tej historii mało się dzieje. Każdy album serii to nowe elementy układanki a w tomie trzecim - "Księżyc" - dostajemy ich najwięcej. Lokalny zbir opowiadający o planie rozpoczętym przed dekadami, 'Tony Iommi' bawiący się w szpiega i wieszający podsłuchy pod dekoracjami rodem ze świątyni Majów czy stara przetwórnia ratowana przez jeszcze starszego pana, który finalnie dostaje łomot. Za co? Za zbieranie podpisów pod petycją. Nie wiemy dlaczego ktoś miałby coś przeciwko owej petycji ale jak mawiali bohaterowie serialu "Dark": wszystko się ze sobą łączy. Nie powiem Wam jeszcze w jaki sposób ale po lekturze niniejszego tomu uważam, że jesteśmy bliżej niż dalej rozwiązania zagadki.

Co jeszcze można napisać o "Księżycu"? Może tylko tyle, że chwilami czytając ten komiks czułem lekki dyskomfort. Jakbym to o czym czytał - rodzinne kłótnie pana policjanta, nowy romans matki Theresy, etc. - było tylko fasadą za którą kryje się coś strasznego. Dziwnego? Niezwykłego? Dokładnie nie wiem ale jestem absolutnie pewien, że źródłem owego creepy vibu nie są jedynie czary mary głównej bohaterki.


O co chodzi ze stowarzyszeniem wydającym rościć sobie prawa do Limberlost? Co ukrywa matka głównej bohaterki? Kim jest Jason McCabe i dlaczego zabunkrował się w melinie dla ćpunów? Dlaczego zdolności Theresy budzą takie zainteresowanie 'innych'? Wszystkie te pytania - i te, o których zapomniałem - są dla mnie tym czynnikiem, który zatrzymuje mnie przy tym cyklu. Fabuła toczy się swoim rytmem ale ja chcę poznać zakończenie tej opowieści i dlatego rozkminiam, dumam i patrzę jak Theresa z pokiereszowanej dziewczyny urasta do rangi lokalnego speca od zjawisk dziwnych. W tym tomie zmiana jej nastawienia jest bardzo widoczna.

Podsumowując. "Księżyc" to dla mnie jak dotąd najlepsza część serii "Małe Arkana". Pozornie niewiele się w niej dzieje. Fabuła nie wychodzi naprzeciw oczekiwań odbiorców, nie przyśpiesza i nie zdradza wielkiego planu swojego stwórcy. To dobrze. Jeff Lemire daje czytelnikom szansę na snucie własnych teorii, co w mojej opiii wydaje mi się czymś bardzo właściwym. Kończąc lekturę ostatniego zeszytu nadal wiemy, że nic nie wiemy. Autor podrzuca kolejne wskazówki, coraz śmielej wprowadza do gry nowe pionki ale nadal nie mówi niczego wprost. Na mnie to działa. W dalszym ciągu jestem ciekaw zagadek Limberlost.

-----------------------------------------------------
#011-#014 "Minor Arcana. The Moon" (12/2025-02/2026)

napisał: Jeff Lemire
narysował: Jeff Lemire
pokolorował: Patricio Delpeche
Komiks otrzymałem od wydawcy, Mucha Comics (09/2026)