STAR WARS. RYCERZE JEDI - 1 - Strażnicy Republiki


Przeczytałem i można uznać, że jestem dość pozytywnie nastawiony do tego co otrzymaliśmy. Zanim jednak do konkretów wyjaśniam, że od zawsze byłem fanem historii krótkich i ta zasada dotyczy wszystkich komiksów, nie tylko tych ze świata Star Wars. Jak widzę słowo 'event' z reguły - tak, wyjątki mają miejsce - wlatuje pierwszy minus, tak z zasady i mojego wewnętrznego oporu przed historiami zbyt rozdmuchanymi.

W przypadku tego tytułu na tą chwilę nie ma mowy o żadnym evencie. Każda historia to de facto osobny rozdział z życia Jedi, tak mistrzów, jak i rycerzy czy padawnów. Gdzieś w tle majaczy jeden wątek świadczący o tym, że misje naszych bohaterów rozgrywają się mniej więcej w tej samej przestrzeni czasowej - retrospekcje także się zdarzają - ale nie jest to wątek dominujący. To dobrze. Jego istota nie przyćmiewa ważnych dla Republiki działań Jedi.

Pierwszy album "Rycerzy Jedi" zbiera pięć zeszytów serii głównej oraz jeden zeszyt dodatkowy, wydany w ramach Dnia Darmowego Komiksu w 2025 roku. Jak już zaznaczyłem, Każdy z zeszytów to oddzielna opowieść dziejąca się w jednej, wspólnej przestrzeni. Krótkie sprawozdanie z kolejnych ważnych misji Strażników Republiki i nowe okazje do przypomnienia o kilku dość - czasami bardziej, czasami mniej - istotnych kwestiach związanych z działalnością Jedi.


Co daje Jedi mają prawo wtrącania się w cudze sprawy? Czy są niczym wierne pieski na pasku władz Republiki? Czy mogą sami decydować o tym co jest dobre a co złe dla przyszłości galaktyki? Jak wielka jest Moc w rękach osób potrafiących nią władać? Do czego może dojść, gdy Jedi stają się obiektem napaści ze strony zwykłych rabusiów? Czy Jedi można nazwać policją Republiki? Jakiej rasy przedstawicielem trzeba być aby oszukać dwójkę mistrzów Jedi? Odpowiadający za scenariusz Marc Guggenheim takie właśnie pytania stawia przed czytelnikami, którzy znajdują odpowiedzi czytając właśnie niniejszy album. Symbioza idealna.

"Strażnicy Republiki" są dokładnie tym czego się spodziewacie. Szybka akcja, różnorodne fabuły, dyskusje między tytułowymi bohaterami, sporo machania mieczami i przeciwnicy, którzy są groźni jedynie do czasu aż nie spotkają na swej drodze Jedi. Prawdę mówiąc ciężko w tych historiach znaleźć coś czego nie widzieliście wcześniej. Czy jest to minus? Do pewnego stopnia tak - byłoby miło dostać w końcu coś świeżego - ale jak już kiedyś pisałem: komiksy Star Wars rządzą się swoimi prawami i ja te prawa szanuję. Tytuły z tego uniwersum przyjmuję ze wszystkimi ich zaletami i wadami.


Traktuje je w kategoriach bardzo przyjemnych czasoumilaczy. Akceptuję fakt, że czasami scenariusz ustępuje pola rysunkom - kosmiczne dinozaury to jest to! - oraz że nie zawsze takie historie grzeszą oryginalnością. Nie przeszkadza mi ich infantylność i cieszę się jak dziecko za każdym razem, gdy w historii pojawia się postać poboczna, która miała swój epizod, np. w filmach. A w tym albumie takich bohaterów drugiego planu mamy kilku.

Dostajemy też jedną historię dobrą a nawet bardzo dobrą. W zeszycie numer cztery obserwujemy działania niejakiej Phaedry, niezwykle inteligentnej geniuszki zbrodni. Zachowaniem postać trochę przypomina Hana Solo a trochę Annalee Call z filmu "Alien Resurrection" i ogólnie sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Więcej na jej temat nie zdradzę, przekonajcie się sami i trzymajcie kciuki za to, aby ta bohaterka pojawiła się w przyszłości.


Kończąc powiem tylko tyle, że zamierzam dalej mieć tą serię na radarze. Co prawda nawet gdyby był to najgorszy komiks świata to również sięgnąłbym po kolejny jej tom - w końcu mówimy o Gwiezdnych Wojnach! - ale ten album naprawdę przypadł mi do gustu. Tak, wizualnie jak i scenariuszowo. Polecam!

-----------------------------------------------------

napisał: Marc Guggenheim
narysował: Madibek Musabekov
pokolorował: Luis Guerrero
Komiks otrzymałem od wydawcy, Egmont Polska (08/2026)