Nie jestem fanem Kylo Rena i raczej nigdy nie będę. Czy jest w masce czy bez maski nie jestem w stanie traktować go poważnie. Po prostu nie. Zawsze wyobrażałem sobie, że widząc spadkobiercę Dartha Vadera będę czuł doniosłość chwili, powagę sytuacji i będę rzeczywiście wiedział, że oto jestem świadkiem narodzin nowej legendy. Niestety, jak dotąd i filmowa trylogia - a już w szczególności sceny z udziałem bohatera dzisiejszego wpisu - i powieści z udziałem Kylo Rena to dla mnie rozczarowanie. Jak na ich tle wypada niniejszy komiks? Czy historia pisana przez Charlesa Soule'a przekonała mnie?
Nie jestem pewien. Nie zaskoczyła, to na pewno. Choć, ostatnią trylogię pamiętam jak przez mgłę to jestem bardziej niż pewien, że zachowanie Kylo Rena z niniejszego komiksu oddaje zachowanie filmowego Kylo Rena. Widzimy bohatera szukającego własnej drogi. Widzimy kogoś, kto z jednej strony czuje ciążącą nad nim spuściznę dziadka, z drugiej chce zerwać z przeszłością i kroczyć własną ścieżką. I ten wątek zdecydowanie dominuje w historii "Rządy Kylo Rena".
Charles Soule zestawiając teraźniejszość z przeszłością rozgrywa wspomniany motyw ciekawie a przy tym nie ogranicza się do zbędnego słowotoku. Rosnąca megalomania dziedzica Vadera, jego monologi, złote myśli - mające sugerować prawdopodobnie dojrzałość nowego lidera Najwyższego Porządku - nie są czymś irytującym. Są tym elementem, który prawidłowo charakteryzuje Kylo Reno na początku jego drogi a jak sądzę o taki właśnie efekt chodziło panu scenarzyście.
